Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 12 из 33

– Ja w kompanii, ale podobnież trochę sobie podkurzyli; a już to Panu Szanownemu wiadomo, że nikt tutaj znajomości nie wybiera; nieraz i lepiej byłoby, żeby się Znajomi w Nieznajomych przemienili.

A tam hałasują. Ale powiada:

– Rozumiem przymusowi Pana położenie i, jeśli wola, proszę z nami spokojniejszej zażyć zabawy. Dalej tedy rozmawiamy. Człowiek ten nadzwyczajnie zacnym, przyzwoitym był, rysów suchych, regularnych, silnie szpakowaty, oko jasne, siwe i bardzo krzaczaste, twarz sucha, ale omszała, głos także omszały, ręka sucha a również omszała, nos orli, ale krzaczasty i bardzo omszały i takoż uszy, kępkami włosów siwych, starych zarośnięte. Syn z bliska dość zręcznym, składnym mnie się wydal, a tak jemu ręka, noga, tak zęby, czupryna, że szelma, szelma, o, szelma Gonzalo! A tam krzyczą, pokrzykują! Dopiroż Stary do mnie, że Syna Jedynego do wojska wyprawia, a jeśli on do Kraju się nie przedostanie, to w Anglii lub we Francji się zaciągnie, żeby choć z tej strony wrogów szarpał. Owóż, mówi, my do Parku tego zaszliśmy, żeby mój lgnąc przed odjazdem trochę się rozerwał i jemu Ludowe Zabawy pokazać pragnę. Mówi, a tam piją. Co więc w tym człowieku uwagę zwracało, to nadzwyczajna jakaś w mowie i w całym zachowaniu się roztropność, a już tak roztropnym, tak to ostrożnym był w każdem słowie i uczynku swoim, że jak Astronom jaki wciąż tam w sobie bada, nasłuchuje. Nadzwyczaj tyż grzeczny.

Wobec takiej Grzeczności, a we wszystkim Roztropności, Honorowości jakiejś, wobec widomej nadzwyczajnej czystości, prawości wszystkich spraw, zamysłów, mnie coraz większy wstyd za Kompanów moich i sprawy a sprawinki moje. Ale, nie chcąc się jemu z tych kłopotów moich wyznawać, to tylko mówię:

– Najlepiej ja życzę zacnej W. Pana intencji, a niech i z Synem jego za pomyślność zamiarów zacnych, szlachetnych wypiję. Toś my się stuknęli. Ale, gdy ja z Synem się stuknąłem, tam Gonzalo do mnie przepił – i takoż Baron, Pyckal, Ciumkała do mnie przepili. – Hoc, hoc, hoc, pijmy, używajmy! Musiałem tedy do nich przepić; oni do mnie. Dopiroż Stary:

– A to, widzę, piją.

– Owszem, piją.

– Do pana tyż przepijają.

– Przepijają bo po znajomości.

Zamyślił się, zaalterował… aż wreszcie mówi, troszki ciszej:

– Oj, chyba nie pora na zabawy takie… nie pora…

Mnie wstyd! Dopiroż, nachyliwszy się, jemu do ucha w te słowa po cichu ozwałem się:

– Na rany Chrystusa, odejdź pan lepiej stąd razem z synem swoim i po przyjaźni ja tobie to mówię, a bo Piją, ale nie do mnie! Naburmuszył się Stary:

– A do kogo piją? Powiadam:

– Oni tam do tego Cudzoziemca, Kompana mego piją, ale on nie do nich, ani do mnie, tylko do Syna twojego.

Nasrożył się, zdębiał:

– Do Ignasia pije? Jakże to?

– A do Ignasia, do Ignasia i uchodź ty z Ignasiem swoim, bo on za Ignasiem się ugania! Uchodź, uchodź, mówię!

A tu Huczą, Doją, Trąbią, Hałasują, raz wraz szklanki kufle, kieliszki wychylają! A hoc, a hoc, a Jasio Małgosia Rejwach, huk jak na jarmarku! Sczerwieniał stary jak pomidor:

– Ja tyż zmiarkowałem, że coś on tu na Syna mi zerka, ale nie wiedziałem z jakiej przyczyny.

– Uchodź, uchodź z Synem, bo tylko na śmiech ludzki się narazisz!

– Ja z Ignacem (a wciąż po cichu do ucha rozmawiamy) ja z Ignacem uciekał nie będę, bo mój Ignąc nie panienka! Na Boga, ty mnie do tego nie mieszaj, Ignacowi nie mów! Już ja to sam z tym człowiekiem załatwię. Tymczasem do Gonzala silnie Baron z Pyckalem przepili, a Gonzalo ku nam chusteczką machnął i kubek wychyla, oj, cieszmy się, oj, używajmy!

Stary kubek swój ujął, jakby do Gonzala przepić chciał,, aż nagle kubkiem tym o stół trzasnął, od stołu się zerwał! Powstał też Gonzalo! Zaraz tyż i

Otóż tak stoi Stary; i stoi Gonzalo. Ten, pomimo zniewieściałości swojej, dosyć okazałym był mężczyzną; ale, gdy tak Biciem zaleciało, zmiękł bardzo; a tak Puto się boi, a stary stoi; Puto się boi, a stary stoi; Puto się boi, a Stary stoi. I tak dosyć długo było. Gonzalo palcami lewej ręki z lekka cicho pofiglował, a jakby ogonem merdając i o to się prosząc, żeby wszystko w żart, w figielek obrócone było. Ale stary stoi i już Gonzalo ze strachu swojego, w trwodze, w niepewności, kubek co go w drugiej ręce trzymał do ust podniósł, Zapił. To nieszczęście jego! Zapomniał chyba, że właśnie o to Picie zwad. była! Jakoż Starego dało się słyszeć zapytanie:

– Do kogo pan pijesz?

Ale do kogo on tam pił? Do nikogo nie pił. Pił ze strachu i od ust kubka nie odejmuje, bo gdyby odjął toby odpowiedzieć musiał! Pije tedy pije, żeby zapić. Ale bida z tym, diabli, diabli, że gdy poprzednio do Syna pił ukradkowo, teraz jemu Picie znowuż do Syna się kieruje (Syn przy stole siedział, ani się ruszył) i tak to stoi Szelma Ona, a do Chłopaczka ciut, ciut, swego Pije i Przepija! Spostrzegł się i, gniewu strasznego Tomasza się lękając, zmiękł jak szmata, a przecie ze strachu jeszcze bardziej pije i tym Piciem na gniew Tomasza się wydaje… a gniewu coraz bardziej się lękając pije i pije i pije! Wykrzyknął Tomasz:

– A, do mnie pan pijesz!

A przecie nie do niego pił; tylko do Syna. Widać jednak Tomasz umyślnie tak krzyknął, żeby od Syna picie Gonzala odwrócić. Tam Pyckal, Baron, Ciumkała śmiechem się zanieśli! Gonzalo na starego okiem zerka, a pije i pije i, choć już wszystko wypił, wciąż pije i pije… Ale już teraz wyraźnie do Chłopaczka pije, już piciem tym swoim siebie w Kobitę przemienia i w Niej, w kobicie, ucieczkę, ochronę przed gniewem Tomasza znajduje! Bo już i nie Mężczyzna! Już Kobita! Zawołał Tomasz, od gniewu jak pomidor straszny:

– Zakazuje ja panu do mnie pić i zabraniam, żeby kto Nieznajomy pił do mnie!

Ale jaki to pan? Nie pan a Pani! I nie do niego przecie pije, a do Syna. Ale pije, pije i, choć już pusty kubek, pije, pije, i tak picie swoje w nieskończoność dłuży i Piciem się broni, Piciem tym zapija i pije i pije i Pić nie przestaje. Aż dopiero, pić już dłużej nie mogąc, gdy Picie już jemu się skończyło, kubek od ust odjął, w Starego cisnął!

Dopiroż trzasnęło! Tomaszowi kubek w drobne kawałki nad okiem się rozprysł!

Ale Tomasz ani się ruszy, tylko stoi. Wtenczas syn się zerwał; ale krzyknął Tomasz:

– Nie wtrącaj się Ignac!

I nic tylko stoi. A krew jemu ukazała się i jedna duża Kropla po policzku się stoczyła. Owóż to tam już widać, że bitka, za łby się pobiorą… więc Pyckal, Baron, Ciumkała od stołu się ruszyli i za co bądź jęli brać, jeden za kufel, drugi za buty trzeci może za kołek jaki albo zydel; ale Tomasz ani się ruszy tylko stoi! Ze łbów się kurzy, aż ciemno! Ci co dalej byli, bliże, się przysuwają, a już Pyckal, Baron, nie śmiejąc tam bitki z kim zaczynać, między Sobą tarmosić Siebie zaczynają i a kudły, a już chyba łbów rozbijanie, uszów obrywanie… i ciemni mnie w oczach, Szum, Tuman, bom też wypił. Ale Tomasz stoi. I jemu druga Kropla ukazała się, która śladem pierwsze ściekła.

Ja patrzę; ale nic tylko Stoi Tomasz; i stoi Gonzalo. Tomaszowi trzecia Kropla powoli wyciekła, śladem dwóch pierszych i na kamizelkę spadła. Na miłosierdzie Boże, co to dlaczego nie rusza się Tomasz? Ale tylko stoi. I nowa, czwarta Kropla, jemu ścieka. Od kropel tych Tomasza cichych cicho się zrobiło i Tomasz na nas patrzy a my na Tomasza; i tyłka jemu piąta Kropla ścieka. Kapie tedy, Kapie. My wszyscy stojemy. Gonzalo ani się ruszy. Wtem do stolika swojego powrócił, kapelusz bierze i powoli odszedł… aż plecy jego nam z oczu zginęły. Owóż… gdy odszedł Gonzalo, już tam każden się zakręcił, kapelusz; wziął, do domu poszedł i tak wszyscy się rozeszli, wszystko Się Rozeszło.

Nocy tej długo oka zmrużyć nie mogłem. O, po cóżem ja Poselstwu był powolny? Po cóż na to Przyjęcie chodziłem; Po cóż ja na tym przyjęciu Chodziłem? Przecie mnie tego; wstydu tam w Poselstwie nie darują, a pewnie ja już od wszystkich wyśmiany, wzgardzony, za pajaca ogłoszony. A gdy jeden jedyny człowiek, który mnie uznania swego a może i jakiego takiego uwielbienia nie odmówił, putem się okazał i gdy on mnie do swoich zalotów na raj fura wciągnął, jakaż Hańba i Sromota moja! Dopiroż, na łóżku się przewracając wzdycham, jęczę, o, Gombrowicz, Gombrowicz, o, gdzie wielkość i wybitność twoja, już ty chyba Wybitny, ale Rajfur Wielki, ale Łotra Przyjaciel na zgubę Rodaka swojego zacnego dobrego, a i Syna jego młodego, dobrego. A gdy tam w dali, za wodą krew, tu tyż krew; i Tomasza krople za sprawą mą wyciekające. O, jakże mnie ta krew Tomasza ciążyła, jak ona mnie związkiem swoim z tamtejszą krwią wyciekająca przestraszała! I na łóżku bólem miotany to czułem, że krew z krwi poczęta, tu wylana, do jeszcze cięższej krwi mnie doprowadzi…