Страница 16 из 74
Miejsce to musiało rzeczywiście łączyć się dla księcia z jakimś strasznym wspomnieniem, gdyż zawsze mówiąc o nim przymykał oczy, co było dowodem najwyższego strachu. I tym razem także starzec przymknął oczy i dłuższy czas łapał oddech bladymi wargami.
Wreszcie rzekł od niechcenia:
– Tu w ogóle straszy.
Cholawicki wzdrygnął się. To był drugi ulubiony konik maniaka. Ciągle napomykał, że straszy, a mówił to złośliwie, z pewną filuterią i przekorą.
Cholawickiemu zdawało się nieraz, że stary bawi się jego nerwowym lękiem, którego nie umiał ukryć – rzeczywiście nerwy miał roztrzęsione i żył w nieusta
Nawet śmiech jego był nadmiernie piskliwy – i ciągle rozglądał się, oczy jego pracowały nieusta
Co prawda Cholawicki wiedział, że on sam wywiera podobne wrażenie. To nieuchwytna, a przejmująca atmosfera zamku musiała tak wpływać na nich obu.
I
Cóż takiego mogło mu się zdarzyć? Dlaczego krzyczał „Franio”? Co to był za Franio? O przeszłości księcia wiedział tylko tyle, iż w młodości bawił się hucznie i wesoło we wszystkich stolicach Europy. Potem ożenił się, ale żona umarła podczas połogu.
Wówczas osiedlił się na zamku i pędził egzystencję zupełnie samotną. Odezwała się w nim natura Holszańskich. Gdy go Cholawicki po raz pierwszy parę lat temu ujrzał, wyglądał już zupełnie tak samo, jak teraz i tak samo podlegał atakom lęku.
Dlaczego w zachowaniu jego było tyle strachu? Grzegorz nie umiał wyjaśnić tych spraw Cholawickiemu, któremu zresztą przyćmienie umysłowe księcia było bardzo na rękę. Temu zawdzięczał, iż książę ujrzawszy w nocy Leszczuka wziął go za „Frania” – widocznie każdy młody chłopiec wydawał mu się owym „Franiem”, o którym nigdy nie chciał mówić.
– Niech książę weźmie krople – rzekł. – Znowu gorzej z nerwami. Nalał mu podwójną porcję mocnego środka nase
– Grzegorzu!
– A co tam? – odezwał się stary kamerdyner z głębi niewielkiej ciupki, ja ką zajmował w pobliżu głównych schodów.
– Niech Grzegorz pójdzie ze mną. Jest coś do roboty.
– Zara, tylko się odzieję. Tyż! Po nocy…
– Prędzej!
– Zara, zara… Phi, jakie rozkazy!
Kamerdyner nie znosił Cholawickiego, ale przewidywał w nim przyszłego pana, wolał więc nie zadzierać zanadto. Prowadził na ogół politykę ścisłej neutralności. Księcia nie wtajemniczał w swoje podejrzenia co do „kombinacji” sekretarza, a Cholawickiemu również nie udzielał żadnych informacji.
– Ja ta nie wiem – odpowiadał, gdy sekretarz pragnął go wybadać – pań stwa nie podglądam, to nic nie wiem!
Cholawicki najchętniej obyłby się bez jego pomocy, ale nie chciał, by Grzegorz nabrał przeświadczenia, iż coś tu się „spekuluje” w tajemnicy przed nim.
– Grzegorz mi pomoże – rzekł. – Trzeba będzie pozdejmować niektóre obrazy i przenieść gdzie indziej.
– A po co? Wisiały tyli czas, to niech wiszą.
– Niech Grzegorz się nie spiera ze mną! Powiedziałem i koniec! A księciu niech Grzegorz nic nie mówi. Muszę pokazać te obrazy jednemu panu. Bardzo zniszczone, trzeba je odświeżyć.
– Dużo to pomoże odświeżenie takim mazajkom!
Pomimo to zabrał się do zdejmowania obrazów wskazanych przez Cholawickiego. Zdjęli nie bez trudu prawie wszystkie płótna – oprócz kilku, tak brzydkich, iż nie można było mieć złudzeń co do ich wartości. Zwinęli niektóre makaty i dywany.
– Gdzie to się złoży? – zapytał Grzegorz głosem zachrypniętym od kurzu. Cholawicki zastanowił się. Chodziło o to, żeby nie dźwigać rzeczy daleko, ale schować je gdzieś w pobliżu, a pewnie. Przypomniała mu się narożna komnata, zwana „starą kuchnią”.
Była to izba na uboczu od głównych sal, nikt do niej nie zaglądał, a przy tym zalecała się ciężkimi dębowymi drzwiami, umocnionymi żelazem i zamykanymi na klucz.
– Chodźmy – rzekł. – Zaniesiemy to do starej kuchni.
– Do starej kuchni? A dlaczego do starej kuchni?!
– A dlaczego nie? Co Grzegorzowi się stało?!
– Tam… brudno.
– Wszędzie brudno. No, chodźmy. Ma Grzegorz klucz? Wziął lampkę i poszedł wąskim korytarzem, a stary za nim.
Kiedy jednak znaleźli się pod drzwiami, kamerdyner znowu odezwał się:
– Może lepiej byłoby w sali Ariańskiej?
Niech Grzegorz otwiera! – zawołał Cholawicki, który zaczął coś podejrzewać. Ale tamten wyciągnął ku niemu klucze.
– Niech pan sam otworzy.
– Cóż to takiego?!
– Nic…
Cholawicki przekręcił ogromnym kluczem w zamku.
– Panie, niech pan lepiej nie otwiera – szepnął Grzegorz gorączkowo.
– A dlaczego?
– Tam… straszy.
– Aha – przemknęło przez myśl Cholawickiemu. – Czyżby to była ta „niedobra” komnata?
Otworzył drzwi. Oczom jego ukazała się dosyć duża bielona izba, która rzeczywiście musiała kiedyś służyć za kuchnię, gdyż zachował się w niej piec i komin z rusztem.
Powietrze było tu niezłe, gdyż brakowało paru małych szybek w oknie. Spostrzegł ze zdziwieniem, że pod ścianą stało zwykłe łóżko żelazne, przykryte pledem, a dalej umywalka, szafa… wyglądało jakby ktoś tu mieszkał względnie niedawno. Na podłodze walały się stare gazety.
Chciał wejść do środka, ale Grzegorz chwycił go za rękę.
– Panie – rzekł ostrzegawczo – niech pan nie zaczepia… niech pan da spokój. To jest nieczyste miejsce.
– Cóż tu straszy? – zapytał z ciekawością. – Grzegorz widział?
– Niech mnie Bóg broni! Ale za mojej pamięci dwóch ludzi tu ze strachu marnie skończyło. Będzie piętnaście lat temu pan Rudziański, praktykant, też mówił, że się nie boi duchów i nocował tu umyślnie – to rankiem go znalazłem pod schodami, siedział i tylko się kiwał, a włosy mu sterczały do góry, jak szczotka. Już więcej nie przemówił ani słowa, zwariował ze szczętem. – Przenocuję, powiada, zobaczę. No, przenocował, zobaczył… a teraz siedzi w Czubkach i ciągle ręce przy twarzy trzyma, aż mu się podobnież na ty twarzy wrzody porobiły. A drugi, syn kucharza, Wicuś. Także zgłupiał ze szczętem, aż umarł zaraz potem z ty głupoty!
– Co za głupstwa. Może im się co zwidziało?
– Zwidziało, nie zwidziało. Niech pan wyjdzie stąd. A zresztą są tu znaki dla każdego jawne. Każden może poznać od razu, że tu jest nieczysta silą. Widać przecie.
– Cóż takiego?
– Ja ta nie będę mówił.
Cholawicki podniósł do góry lampę, ale nie dostrzegł nic szczególnego. Białe ściany wydawały się nawet dość przyjemne i pogodne w porównaniu z i
Wreszcie Grzegorz trącił go i milcząc, nieznacznie wskazał palcem ręcznik, szary od kurzu, zawieszony na starym, żelaznym wieszaku. Drżał on z lekka, prawdopodobnie – wskutek prądu świeżego powietrza, idącego od okna.
Ale ruch ten był dziwny. Ten ręcznik nie poruszał się swobodnie na przeciągu, ale drżał i był naprężony. Wywierało to wrażenie jak gdyby niewidzialna dłoń przytrzymywała go od dołu. Ten ruch nie mógł powstać wskutek prądów powietrznych – był to ruch i