Страница 57 из 69
W pawilonie hotelowym dla kosmonautów w bazie Patric Air Force, Edwin O'Neal i Jefferson Hammersmith przechodzili ostatnią kontrolę lekarską. Z zadań poprzedzających start czekały ich jeszcze rutynowe uściski szefa programu i niedaleka droga do wahadłowca.
Lee Grant, w małej kabinie obok głównej dyspozytorni lotu, był już również przygotowany do działania…
W tym samym czasie Bo
Louis cofnął się do łazienki. Nigdy nic nie wiadomo. Naciągnąwszy dół pidżamy, Bo
– Jestem z polecenia Admirała – burknął bez wstępów Człowiek-Cytryna – sytuacja się zmieniła.
Marcel cofnął się o krok i poprosił oficera do wnętrza.
– Miałeś rację ze swymi podejrzeniami, stary. I dlatego cholernie jest nam przykro. Admirał prosił, aby powiedzieć ci to od niego. Levecque rzeczywiście postępuje niewyraźnie. Wymknął się spod kontroli. Oczywiście twoje krzywdy zostaną naprawione. Być może zostaniesz nawet awansowany – odmierzone porcje informacji wyskakują z ust oficera.
Bo
– Cieszę się bardzo – mówi powoli. – Czym mogę służyć?
– Przede wszystkim chcę zobaczyć raport, który przygotowujesz. Czas nagli i powi
Stary policjant rozkłada ręce w geście ubolewania.
– Nie mam go przy sobie. Zdeponowałem… “Cytryna" wygląda jeszcze bardziej kwaśno niż zwykle.
– Muszę mieć go jeszcze dziś.
– Będzie trudne…
– Postaraj się.
Otwierają się drzwi. Czarnoskóra, piersiasta kelnerka wnosi zamówione śniadanie.
– Dwie porcje. Nie jesteś sam? Louis jest tu również?
– Krąży po mieście – odpowiada Bo
– Nie jestem głodny – sucho odpowiada major – chętnie natomiast bym się napił. W gardle mi zaschło.
– Zaraz przyniosę coś z lodówki.
Marcel wraca po trzydziestu sekundach. To naturalnie wystarczyło majorowi. Wychyla drinka, wstaje i rzuca już na progu:
– Wpadnę za dwie godziny.
Ledwie zamknęły się za nim drzwi, z łazienki wysuwa się Louis.
– Czego tu węszył? – dopytuje się.
– Nie wiem. A może ty orientujesz się, co robił gdy mnie tu nie było?
Loulou w zamyśleniu czochra kudłatą czuprynę.
– Przez szczelinę niewiele było widać. Wykonał koci ruch przez pokój z lewej na prawo, potem równie błyskawicznie wrócił.
– Na prawo, mówisz… – Bo
Urywa, albowiem Loulou wykonuje skok ze zwi
Nikt nie twierdzi, że operacja opanowania Californii należała do łatwych przedsięwzięć, zwłaszcza zamiana autentycznego O'Neala i Hammersmitha była wręcz arcytrudna. De
Żadnych szans.
Na ekranie w ośrodku dyspozycyjnym widać już było przedsionek łącznika prowadzącego wprost do kabiny statku. Patty Blum i Rosę Higgins jako pierwsze zniknęły wewnątrz kosmicznego wehikułu. O'Neal i Hammersmith zamierzali pójść w ich ślady, kiedy purpurowy czujnik zapłonął na jednym z pulpitów. Ktoś w dyspozytorni zaklął. Czujnik sygnalizował usterkę układu wewnętrznego chłodzenia obu skafandrów ochro
– Czy zdążycie sprawdzić? – Czy też musimy przerwać odliczanie – zapytał szef.
– Zawsze są kłopoty z tą kontrolą – zauważył jajogłowy naukowiec. – Czujnik może być nieprecyzyjny. Często zdarza się, że sygnalizuje awarię, tam gdzie jej nie ma. Niech zjadą na dół. Zamienimy skafandry. Nie zabierze to więcej niż dziesięć minut, a mamy w zapasie kwadrans.
O'Neal był przesądny, co zdarza się również kosmonautom. Cofać się nie lubił. Uważał to za zły prognostyk. Hammersmith za to dowcipkował, że panienki polecą bez nich i na orbicie zrobi się piekielnie nudno.
Weszli do przebieralni, dwóch młodych mechaników pomagało im. Spieszyli się. Jeden mocno potrącił O'Nealem, Edwin oczywiście zlekceważył ten drobiazg. Łyknął coli i poprosił o nowy skafander. Otwarto odpowiednią skrzynię i… kosmonauta zdębiał. Skafander bowiem wyszedł sam. Jak zareagował Hammersmith, trudno orzec. Dwaj technicy bowiem, równocześnie niczym bracia bliźniacy, wykonali dwa ulubione ciosy karateków znad Żółtej Rzeki – za te dwa ciosy De
Ugodzeni kosmonauci osunęli się na ziemię. Technicy zapakowali ich do skrzyni, a dublerzy, po odczekaniu kilku minut, ruszyli z powrotem ku windzie.
Kanał piątej regionalnej Miami BC wypełniała transmisja idąca na żywo ze startu wahadłowca. W lewym rogu ekranu pojawił się już zegar kontrolny. W prawym rogu widać było wzruszoną twarz szefa lotów załogowych. W końcu ekipa O'Neal – Hammersmith – Blum – Higgins miała być pierwszą regularną obsadą po zbudowaniu laboratorium California. Grupy montażowe zakończyły swoje prace w zeszłym miesiącu i zamiast latających dotąd załóg technicznych rozpocząć miała się normalna, rutynowa służba.
Levecque wziął prysznic i wycierając się chodził po apartamencie; podenerwowany, rozemocjonowany, nie zwracając uwagi na wodę kapiącą na miękkie wykładziny. Przed chwilą odebrał sygnał od Gardinera. U Murzyna wszystko przebiegało w porządku. Spojrzał na telewizor.
Wahadłowiec drgnął. Najpierw wolno, potem coraz szybciej, na obłoku ognia począł się unosić ku górze. Zdecydowanie szybko, nieodwracalnie. Levecque zamarł pamiętając o tragicznej awarii promu “Challenger" sprzed lat, gdyby tym razem zdarzyło się to samo…?
Ale się nie zdarzyło. Prom zmienił się w maleńką świetlistą plamkę roztapiającą się w błękicie. Przebitka na wiwatującą salę kontroli lotów. Potem na kabinę wahadłowca. W porządku. Levecque przyjrzał się twarzom kosmonautów. Wyglądały absolutnie oryginalnie. Wniosek – któryś z kosmonautów został przez De
Powiew wiatru. Przeciąg poruszył stojące powietrze klimatyzowanego wnętrza. Balkon? Levecque odwrócił się. Na tle rozświetlonego przedpołudniowym żarem okna wydało mu się, że widzi sylwetkę sępa. Znał ją. Znał też doskonale samopowtarzalny pistolet średniego kalibru należący do stałego ekwipunku pracowników Ich Komórki. Pistolet ten trzymał w ręku major “Cytryna".