Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 54 из 69

W czasie lotu jeszcze się jej pogorszyło. Czuła się tak źle, że postanowiła po przylocie nadać depeszę do Burta. Ale kto ją miał zastąpić? Od rozpoczęcia akcji dzieliły ją zaledwie godziny… wytrzyma! Analizując objawy choroby doszła do wniosku, że jest to rodzaj tropikalnej gorączki. Musiała nabawić się jej u Bongote, a złośliwie odezwała się właśnie teraz.

Znów targnęły nią mdłości. Podniosła się z fotela. Bardzo słaba powlokła się przez pustawą kabinę pierwszej klasy w stronę toalety. Przy drzwiach potknęła się, prawie upadła…

– Pomogę pani – krzykliwie ubrana amerykańska turystka w kapelusiku poderwała się z miejsca i podtrzymała Barbarę.

– Dziękuję – wyszeptała – sama nie wiem, co mi jest…

– W czym mogę pomóc?

– Proszę otworzyć mi drzwi do toalety.

– Wejdę z panią. Przypadkowo jestem dyplomowaną pielęgniarką. Nazywam się Stone. Tu jest woda. Od kiedy pani źle się czuje?

– Od kilkunastu godzin. Tylko, że to się chyba pogarsza.

– Nudności, biegunka, zawroty głowy?

– Tak, ale…

– Spędziła pani może trochę czasu na słońcu?

– Trzy godziny w Miami.

– Wystarczy, to normalny udar…

– Udar?

– Nic groźnego. Potrzeba trochę witamin, snu…

– Czuję się jakbym zaraz miała umrzeć.

– Od tego się nie umiera. Zaraz zrobię pani zastrzyk.

– Zastrzyk? – mimo złego stanu pa

– Na wzmocnienie! Proszę, może pani sobie obejrzeć kapsułkę… Na szczęście zawsze mam przy sobie jednorazowe strzykawki.

W pięć minut później elegancka dziewczyna w jasnobeżowym kostiumie opuściła toaletę i odszukała stewardesę.

– Już pani lepiej? – zapytała ta, proponując kawę.

– Mnie tak… ale moja koleżanka… Pa

Krzykliwie ubrana Amerykanka leżała bezwładnie wsparta o sedes.

– Nie mam pojęcia, co jej się mogło stać… Może ciśnienie? Jest tu dosyć duszno. Dobrze by było, gdyby na lotnisku czekała karetka.

– Naturalnie. Może tylko przeniesiemy ją na moją kozetkę. Chwilę potem dziewczyna w beżowym kostiumie weszła do kabiny drugiej klasy i nachyliła się nad szczupłym mężczyzną w koloratce studiującym Pismo Święte.

– Już! – powiedziała mu wzrokiem.

– To dobrze – odpowiedziało jego spojrzenie.

W Honolulu wydłużające się cienie wskazywały późne popołudnie. Od strony morza wiał orzeźwiający wietrzyk.

– Przyjechała – ucieszył się Wang, od lat prawa ręka Ziu Donga, drobny Chińczyk, wyznaczony na szefa grupy bojowej – Burt niedawno telefonował i pytał się o twoje zdrowie.

– Kryzys minął – przybyła przywitała się z resztą oczekujących – to była chwilowa niedyspozycja. A co u was?

Czarterówka na Raronga odlatuje za pół godziny. Wszystko idzie według harmonogramu. Możemy po drodze wypić jednego drinka.

Przez bramę lotniska przenikliwie wyjąc wjeżdża karetka reanimacyjna.

– Coś się musiało stać – odzywa się szef grupy.

– Tak, zasłabła jedna z pasażerek, amerykańska pielęgniarka, ale to nic poważnego – informuje dziewczyna.

W klimatyzowanym pawilonie zbiera się grupa odlatujących do Raronga, kilku żółtoskórych “płetwonurków", dwójka starych Melanezyjczyków. W ostatniej chwili dołączył do nich wysoki ksiądz o pociągłej twarzy.

Oczywiście nikt z ekipy azjatyckich specjalistów nie ma pojęcia, że w locie towarzyszyć im będzie dublerka Barbary Gray – Maggi, dziś obsadzona przez profesora Levecque'a w roli głównej, i znany skądinąd Lion Groner.

W położonym na wulkanicznym stoku szpitalu wokół nieprzytomnej pacjentki z papierami Maggy Stone uwija się kilku specjalistów.

– To niesamowite! – mamroce ściągnięty z oddziału medycyny nuklearnej docent George Yoyer – skąd ona tu się wzięła, z poligonu w Nevadzie, z atolu Bikini…?

– Zadziwiające – dodaje drugi specjalista – wygląda to na wyjątkowo ostry przypadek choroby popromie

– Wycieku? Przecież ona promieniuje jak nie osłonięty reaktor! Z trzystu metrów można by już ją wykryć za pomocą odpowiedniej aparatury. Wygląda jakby od pewnego czasu celowo odżywiała się materiałami rozszczepialnymi.

– Jakie rokowania? – dopytuje się młoda lekarka z oddziału intensywnej terapii.

– Moim zdaniem żadnych – odpowiada docent Vioyer i cofa się o krok od łóżka – i proszę lepiej do niej się nie zbliżać bez odzieży ochro

– Doktorze Pavlovsky, doktorzee… – cichy szept wydobywa się ze spierzchniętych ust Barbary Gray.

Wielki bilard

Życia w żadnym wypadku nie można przyrównać do mechanizmu, w którym wszystkie tryby, łożyska, dźwignie i przekładnie działają precyzyjnie zsynchronizowane ze sobą. Znacznie trafniejszą metaforą byłby tu stół bilardowy, i to nie w trakcie partyjki gry, lecz podczas jakiejś olbrzymiej wielobilowej piramidki. Kontrolujemy dokładnie pierwsze uderzenie i ruch dwóch, trzech bil, ale przecież niechcący, lub przypadkowo, uruchamiamy również pozostałe, tworzy się bałagan, gipsowe kulki z głuchym łomotem wpadają do otworów, a do końca nikt nie wie, jaki będzie rezultat uderzenia.

Wynalazek Virena, szlachetne wizje De

Plan De

Zamysły Gardinera zakładały, że gdy De

Na razie jednak współpracowali solidarnie i szło im wyjątkowo dobrze. Nafaszerowanie Barbary izotopem podanym w kawie podczas sfingowanego przesłuchania w Kinszasie było pomysłem profesorka.

Zrealizował go Gardiner przy pomocy swoich ludzi. Zauważmy, że częste zmiany przesłuchujących podyktowane były niezwykłym humanitaryzmem Reda. Nie chciał, aby ktokolwiek z jego współpracowników przebywał dłużej niż to konieczne w zasięgu promieniotwórczej substancji.

Pomysł – zaiste szatański -nie był tylko sposobem egzekucji o opóźnionym zapłonie – pragnąc dotrzeć do kryjówki De

A czego chciał, czego pragnął w wigilię akcji ekskomisarz Bo