Страница 52 из 69
Ojciec i córka spotkali się w małym hoteliku blisko lotniska w Miami, natychmiast po przylocie samolotu z Caracas, w którym pa
De
– Marnie wyglądasz, należy ci się wypoczynek – rzekł, czochrając palcami jej kusą czuprynkę.
– Wypoczniemy wszyscy po zwycięstwie – odparła Barbara.
– Mylisz się, wtedy dopiero zacznie się robota. Czy zdajesz sobie sprawę z ogromu zagrożeń, niebezpieczeństw? Owszem, posiadać będziemy w ręku instrument szantażu, ale przede wszystkim będziemy musieli ludzi przekonać. Najpierw do zjednoczenia się pod sztandarem ekologizmu, potem do wielu wyrzeczeń. A ile trudu wymagać będzie poskromienie “wściekłych" w naszych szeregach. Przejście do epoki “małej konsumpcji" to praca na lata. Wariaci, w rodzaju Eriki Studder, chcieliby załatwić w tydzień wszystko. I wiesz, czego by to wymagało?
– Nowej Kampuczy.
– Tysiąca Kampuczy! Eksterminacji, głodu, terroru. Ograniczając urodzenia, możemy w najlepszym razie za kilka lat osiągnąć zerowy przyrost, a dopiero w dalszej przyszłości znacznie zmniejszyć ziemską produkcję. Ludzie wiele muszą zrozumieć. Wyrzec się indywidualnych samochodów, wycofać samoloty, eliminować środki piorące. Sam nie wiem, jak wytłumaczymy kobietom, że jedna sukienka powi
– Ale jesteś optymistą?
– Gdybym nie był, czyż podejmowałbym takie ryzyko? Niestety, wiem, że nie ma i
– Nie musisz mnie agitować. Jestem z wami. Chciałabym jednak sama wam pomóc! Na pewno ci się przydam.
De
– Nie wyglądasz zdrowo.
– To zmęczenie, podniecenie. Czuję się naprawdę dobrze – nadrabiała miną pa
– Po śmierci Wyłka chciałem powierzyć to zadanie Bobowi – zaczął Burt – ale…
– Czyżby jeszcze nie wrócił z Lusaki?… Konwojował tego młodego Polaka, wiesz, Jan jest chyba we mnie zakochany… – urwała dostrzegając zmianę w twarzy ojca.
– Bob nie żyje! Ktoś z tych południowoafrykańskich sukinsynów podłożył mu bombę w samochodzie.
Barbara zaciska usta.
– To jakie było jego zadanie? – pyta.
– Trudne…
Przez godzinę ojciec zapoznaje ją ze szczegółami. Potem przebierają się w kostiumy i idą na basen.
– Przyda mi się słońce – szepcze dziewczyna – ale zdaje się, że na Raronga też są wspaniałe plaże.
Kiedy w trzy godziny potem opuszczają hotel, Burt wydaje się zrelaksowany i młodszy o parę lat, natomiast Barbara nadal czuje się zmęczona. Jakiś dzieciak z polaroidem zaczepia ich na schodkach. I wołając “Foto, foto" – usiłuje namówić na zdjęcie. De
Potem Hawaje. A w Honolulu, po spotkaniu z chińską ekipą “płetwonurków", czarter na środkowy Pacyfik.
Mały Portorykańczyk wydobywa zdjęcie z aparatu i wyraz zdziwienia przebiega przez jego śniadą twarzyczkę. Powierzchnia kartonika jest całkowicie czarna!
Z notatek doktora
Rozpacz i bezradność. Dwa słowa, które chyba oddają najlepiej mój nastrój owej nocy z Wielkiego Czwartku na Piątek. Nie potrafiłem się cieszyć powrotem do domu, mimo że takie rozwiązanie, spokojne i bezpieczne, oddalało mnie od dramatycznej afery Zielonych. Nie mogłem spać. Sto razy rozpamiętywałem słowa Boba, rzucone w którymś momencie naszej podróży – “Jeszcze ten weekend". Jeszcze… a potem?
Jakie miałem szansę działania? Bez pieniędzy, z polskim paszportem, być może tropiony przez agentów RPA – dokąd miałem się udać, gdzie dzwonić? De
Latający olbrzym usiadł lekko na głównym pasie lotniska im. Margaret Thatcher. Samolot Lotu miał według rozkładu wystartować za cztery godziny. Czego mogłem dokonać w ciągu czterech godzin?
Los zdecydował za mnie. Popijając z tekturowego kubka kawę szedłem w stronę poczty, aby szukać szczęścia w książce telefonicznej, kiedy z głośnika padło moje wykoślawione nazwisko. Ktoś prosił, aby Jan Pavlovski zgłosił się… Nie usłyszałem gdzie, rzuciłem się do ucieczki. Dokąd mogłem jednak uciekać? Szczytem mych pomysłów było schronienie się w męskiej toalecie. Nagle wyparowały wszystkie idee na temat zbawienia ludzkości czy odwracania biegu wydarzeń. Siedziałem na sedesie znerwicowany i czekałem kiedy mnie znajdą.
Znajomy dźwięk mowy. Krótkie dosadne słowo oznaczające najstarszą profesję świata. Rodacy! Wyskoczyłem z kabiny. Było ich dwóch. Myli ręce. Zagadałem. Odpowiadali niezbyt chętnie. Też czekali na wieczorny lot, ale zamierzali jeszcze wyjść do miasta.
– A wizy?
– Skąd pan przybywa młody człowieku. Zniesione!
W godzinę później stałem już na Trafalgar Square i obserwowałem krążące pikiety ekologistów, nawołujących do masowego udziału w Światowym Dniu Protestu – Dniu Zieleni.
Bob zostawił mi niewiele pieniędzy. Znaczną ich część pochłonęła taksówka do city. Nawet nie szukałem telefonów De
Rozważając różne możliwości doszedłem do londyńskiego sztabu Dnia Protestu, na co dzień Kwatery Brytyjskiego Ruchu Ekologicznego. Istniała wprawdzie możliwość, że natknę się tam na Gardinera, ale miałem nadzieję, że do tego nie dojdzie, a przeciwnie – trafię na ślad Burta.
Wszedłem do środka. Na korytarzach i w pootwieranych pomieszczeniach panowało znaczne ożywienie, kręciły się różnojęzyczne ekipy telewizyjne. Bardzo ruchliwe były hostessy, w zielonych protestacyjnych trykotach uwydatniających sterczące sutki -typowy objaw podniecenia aktywistek. Jedna z nich, oliwkowa i aerodynamiczna, zagadnięta o De
– Nikt nie wie, gdzie go szukać, pewnie zjawi się na obradach w Miami. Pojutrze.
– Gdzie w Miami?
Popatrzyła uważniej na mnie, uderzona zapewne obcym akcentem, ale najwyraźniej oględziny wypadły pozytywnie, bo rzuciła:
– Hotel Plazza! Callius Avenue.
I odeszła, uroczo kręcąc zielonym jak główka kapusty kuperkiem.
Spojrzałem na zegarek. Mój samolot odlatywał za dwie godziny. Nie pozostawało nic i
Puknięcie w ramię. Podskoczyłem. Pukającym jednak nie był ani King Kong, ani rewolwerowiec z RPA, tylko ta sama oliwkowa hostessa.