Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 42 из 69

Nadal mówił to wszystko niesłychanie spokojnym tonem człowieka doskonale wychowanego, może w ostatnim zdaniu uniósł minimalnie głos. Dopiero teraz w twarzy tchnącej spokojem i uprzejmością dostrzegłem płonące oczy pantery. Rozszerzone źrenice szaleńca. A może narkomana?

– Ale po co ja pana zanudzam ideologią? Pożyje pan z nami, pozna przyjemność jaką daje dzieło tworzenia, oczywiście po dokładnym zniwelowaniu starego. I, słowo honoru, nie będę pana do niczego przekonywał! Sam pan dojrzeje. Zresztą potrzebujemy lekarza, nie bojowca.

– A ten anestezjolog, opuścił was? – zapytałem.

Bongote chyba w pierwszej chwili nie zrozumiał pytania. Popatrzył na mnie jak entomolog na egzotycznego motyla, a potem wybuchnął cichym, równym śmieszkiem.

– Nas się nie opuszcza, doktorze – mówił wśród rechotu – nas można najwyżej zdradzić, a doktor Macon miał nieszczęśliwy wypadek. Bardzo nieszczęśliwy… – nie przestając się śmiać podszedł do szafki stojącej pod ścianą. Już wcześniej zauważyłem na górnej półce duży, rudawy orzech kokosowy. Kapitan odwrócił go. Zdrętwiałem. To co brałem za łupinę, było krótko ostrzyżonymi włosami, całość zaś stanowiła wyblakłą, odrąbaną głowę ludzką.

– No, nie przeszkadzam w śniadaniu doktorze – powiedział ucinając śmieszek Bongote – sądzę, że od jutra przejmie pan obowiązki naszego “głównego ordynatora".

Ukłonił się po wojskowemu i wyszedł. A ja zwymiotowałem.

Pracy rzeczywiście było moc. W pierwszej chwili liczyłem, że otrzymam do pomocy Barbarę, która dotąd znakomicie wywiązywała się z roli pielęgniarki, ale widocznie przeznaczono ją do i

– W Stanach? – dopytywałem się.

– Nie, na Podhalu.

Oczywiście chodziło o Nowy Targ. A więc w środku interioru trafiłem na rodaczkę. Nie muszę dodawać, jak niebywałą frajdą był dla mnie, po przeszło roku cudzoziemszczyzny, powrót do rodzi

Tego wieczora rozmawialibyśmy dłużej, gdybym nie zauważył brzydkich spojrzeń Pereza i jego pomagiera, wściekłych, że nie rozumieją ni w ząb naszej konwersacji.

Nazajutrz rano wezwał mnie Bongote. Po raz pierwszy zaprowadzono mnie do jego apartamentu. Po drodze, idąc długim korytarzem, minąłem silnie uzbrojony posterunek. Mieszkanie wodza urządzone było ze smakiem, choć dobór mebli z konieczności cechowała przypadkowość. Tym razem kapitan powitał mnie w kwiecistym szlafroku. Poczęstował cygarem i zaproponował filiżankę mocnej kawy. Nie odmówiłem, rozglądając się ciekawie. Kawę podała Barbara. Grzeczna, posłuszna pani domu. Ominęła mój wzrok. Ale nie musiałem długo myśleć nad jej obecnym statusem. Funkcja kochanki szefa rzucała się aż nadto w oczy.

Wypiliśmy kawę gawędząc o rzeczach obojętnych. Nie wiem, jak powściągnąłem nienawiść do Czarnucha, który stał się właścicielem Barbary. Mojej Barbary! Mojej, która nigdy nie była moja. Nie, uchowaj Boże, nigdy nie byłem rasistą, ale podczas owej sympatycznej kawusi czułem się jak cały Ku-Klux-Klan i prezydent RPA w jednej osobie.

– Jak praca, interesująca? – zapytał Bongote.

Przytaknąłem. W gruncie rzeczy poza jednym ropniem i doglądaniem ra

– Miałbym jedną prośbę – powiedział na odchodnym dowódca ZFWsWD – kiedy rozmawia pan z siostrą Bernardą, proszę nie używać raniącego uszy personelu szwargotu. Jesteśmy tu wielką rodziną, nie mamy tajemnic.

O rodzi

– Pan wybaczy, kapitanie – odparłem – ale siostra Bernarda jest moją rodaczką i pewne terminy fachowe łatwiej przypominają mi się, kiedy mówię po polsku.

– Powiedziałem o odczuciach pańskiego personelu, nic więcej – rzekł bez uśmiechu Bongote.

Wychodziłem, kiedy Barbara wróciła, aby posprzątać naczynia. Tym razem nie unikała mego spojrzenia. Przeciwnie, stojąc przez moment tyłem do wodza, puściła mi najbardziej wymowne oko, z jakim spotkałem się w życiu. Jego sens w dużym skrócie sprowadzał się do informacji:

– Wybacz stary, ale ze względu na twoje i moje dobro muszę postępować tak, jak muszę. Duszą jestem twoja i jeszcze kiedyś przekonasz się, że nie tylko duszą. Do tego jednak muszę zdobyć zaufanie tego negatywa, więc nie denerwuj się jak mały, głupi, zakochany szczeniak. Nawiasem mówiąc, to o czym myślisz, się nie wymydli. A teraz zmykaj".

Chociaż porozumiewawcze spojrzenie Barbary potraktowałem jako zapowiedź lepszego jutra, już następny dzień rozwiał moje nadzieje.

Jeszcze przed świtem Bongote nakazał wymarsz znacznej części swych oddziałów. Przenosili się, wraz z dogodną do działań zaczepnych porą deszczową, na i