Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 32 из 69

Podmuch eksplozji omal nie zgruchotał awionetki. To co przed chwilą było flagową maszyną sił specjalnych, zmieniło się w kłąb kurzu i ognia. Jak w paleontologii – myszy sądzone było przeżyć dinozaura!

Barbara wyprostowała maszynę i poczęła zwiększać szybkość oraz wysokość. I słusznie. Za chwilę rozległa się druga detonacja, zmieniając siodlastą skałę w gigantyczny obłok.

– Grzeczny komputer, wykonał robotę i zatarł ślady – olśniewające ząbki pa

– To było też przygotowane? – wyjąkałem.

– Też.

Kręciło mi się w głowie. Jak potężnym człowiekiem był De

– Czekaj, jednego nie rozumiem. Jeśli rakiety zostały zaprogramowane, dlaczego oszczędziły nas?

Barbara wskazała na małe pudełeczko.

– Ta zabawka?

– Tak, nadajniczek który wysyła na ultrakrótkiej fali czuły sygnał do komputera: “to przyjaciel, to przyjaciel".

Tymczasem wskazówka zbiorników paliwa niebezpiecznie przywarła do końca skali.

– Kończy się benzyna – zawołałem.

– Spokojnie, to też przewidzieliśmy.

I rzeczywiście, nie minęło więcej niż dziesięć minut, gdy Barbara wylądowała przy jakiejś opuszczonej stacji geologicznej. Czekała tam cysterna pełna najlepszego paliwa. Znalazł się również duży kanister z wodą i skrzynka z żywnością.

Dotąd uważałem De

– Odpoczywamy? – spytałem, widząc jak Barbara zwi

– Dopiero w Lusace. Tam czeka kąpiel, kolacyjka, łóżeczko… – Przy słowie łóżeczko popatrzyła na mnie tak wymownie, że aż się zaczerwieniłem. – Ale i tam będziemy musieli mieć się na baczności. Służby RPA mogą sięgnąć daleko. Już zapewne połapali się, że pościg poszedł w niewłaściwym kierunku. Sama się dziwię, że wszystko udało nam się tak łatwo.

Przypomniało mi się ulubione powiedzenie ojca: nie mów hop… Ale postanowiłem nie psuć Barbarze humoru. Ruszyliśmy dalej bez większego trudu. Wietrzna pogoda i ograniczona widoczność zdawały się nam sprzyjać. Myślami byłem naturalnie już w stolicy Zambii. Lusaka! Lusaka i pa

Czy o jakiejkolwiek kobiecie marzyłem tak, jak wówczas o Barbarze? Owszem, trudno taić, miewałem sny chłopięce, nawet wówczas, gdy zgodnie z metryką z chłopca zmieniłem się w mężczyznę. Śniły mi się zarówno gwiazdki filmowe, jak i kolorowe tubylki z odległych archipelagów, które z miłosnego kunsztu uczyniły koronę wszech-rozrywek. Miewałem sny perfidne, w których buszowałem wśród przerażająco młodych nastolatek, jak i wbrew własnej woli wpadałem w objęcia oszalałych bachantek. Zawsze jednak wiedziałem, że jest to tylko gra złudzeń, miraż nie do zrealizowania.

Na tym tle Martha, mimo swego wdzięku i urody zdziwionego dziecka, była przerażająco zwyczajna, szara, coraz bardziej szara z każdym miesiącem rodzi

Naprawdę nieważny był kurz i podkrążone ze zmęczenia oczy. Patrząc na posągowy profil dziewczyny, czułem się świętokradcą myśląc o tym co się zdarzy, co musi się zdarzyć, za parę godzin… Musi.

Z rozmarzenia zapadłem w drzemkę. Śniły mi się zbiorowe toalety w akademiku na Żwirki i Wigury oraz szeroko otwarte okno. Stała w nim kompletnie rozebrana Barbara.

– Błagam cię, nie skacz! – wołałem.

– Czyś ty głupi? – odpowiadała. – Ja nie skaczę, jak się demonstruję.

I wtedy zauważyłem tłum zgromadzony na trawniku. Gromadę ludzi z zadartymi głowami. Mój dziekan. Doktor Rode. Co za bzdura, doktor jest teraz przecież w Joha

– Nie podoba mi się ten stuk – powiedziała Barbara. Otworzyłem oczy. Za oknami kabiny mrok. Słaba poświata aparatury pomiarowej. Ładnie się zdrzemnąłem!

– Tracimy wysokość – rzuciła moja pilotka. – Nie wiem, co z tym zrobić. Zejdę niżej i spróbuję wylądować. Sanitarka ma reflektory.

– Gdzie jesteśmy?

– Kto to wie. Przy wichurze trudno było kontrolować prędkość. Gdzieś nad Kalaharią.

– Hałasuje jak popsuty gaźnik – powiedziałem. Niestety, nie miałem pojęcia czy samoloty mają w ogóle gaźnik. Moja znajomość pojazdów mechanicznych kończyła się na sawie, popularnej mutacji małego fiata lat dziewięćdziesiątych.

Tymczasem w snopach świateł ukazała się już ziemia, kamienista, spękana, mało zachęcająca.

– Cholernie nierówno. Ale trudno, psiakrew, za szybko tracimy prędkość…

Było to ostatnie w pełni zakończone zdanie. Samolot gwałtownie skoczył w dół, trącając kołami jakiś kamienisty garb. Podskoczył jeszcze raz jak kulawa kura. I właśnie wtedy w reflektorach wyrosła koścista łapa wyschniętego drzewa.

– W prawo! – krzyknąłem.

Awionetka rzuciła się w bok, ale na próżno. Lewe skrzydło zawadziło o pień, zdążyłem jeszcze usłyszeć przerażający trzask, a potem wszystko zakręciło się, niebo upadło na mnie, zrolowało się razem z ziemią. Czy krzyczałem? Pewnie, że krzyczałem! Znów uderzenie, jeszcze… A potem zapadanie się w głąb kopalnianego szybu z wrażeniem, że wokół, od dna piekła, wznosi się ogień, ogień, ogień!

5 marca

Dzień wstał mglisty i nieprzyjemny. Prawie cały kontynent europejski znajdował się pod wpływem niżu. Od Nordkapu po przylądek Matapan chłostały go deszcze, mżawki, tu i ówdzie dodatkowo prószył śnieg. Admirał w swej kwaterze chodził smutny i zaaferowany dotkliwie dającymi znać o sobie korzonkami. Podkomisarz Gelder i pani Loosinhorn udali się na spotkanie z rodzinami policjantów poległych na stanowisku podczas zamieszek na Placu Centralnym. Samolot profesora Levecque'a wylądował na płycie lotniska w Sztokholmie. Marcel Bo

Po południu rozpoczęło się drugie posiedzenie Konwentu Ekologicznego. Jak było do przewidzenia, po poprzedniej sesji ra

“Autorytety" czają się -doniósł w swej korespondencji France Soir. Czyżby ekologizm miał umrzeć na uwiąd starczy?

Głosowanie nad wnioskiem Van Thorpa o potępieniu “Arkadyjczyków" dowiodło rozbicia. Sto czterdzieści dwa głosy padły za, osiemdziesiąt pięć przeciw i aż dwustu trzydziestu siedmiu delegatów wstrzymało się od zajęcia stanowiska. Podobno bohater wydarzeń, dziś już legendarny “towarzysz Lion", miał przebywać w kuluarach, ale widocznie była to plotka, albo też Groner został świetnie ucharakteryzowany, ponieważ nie wypatrzyła go ani policja, Interpol rozesłał za Gronerem listy gończe po całej Europie, ani nikt z dzie