Страница 30 из 42
– Schneller, Fischke!
Gdy ich kroki ucichły, zszedłem ze strychu, na którym dusiłem się już od dymu, napływającego przez wyloty wentylacyjne z położonych niżej mieszkań, i wróciłem do mojego pokoju. Miałem nadzieję, że ogień podłożono na postrach i zajmie tylko parter, lokatorzy zaś po kontroli dokumentów powrócą do swych
mieszkań. Wziąłem do ręki jakąś książkę i usiłowałem ją czytać, lecz nie udawało mi się zrozumieć z jej treści ani słowa. Odłożyłem ją na bok, przymknąłem oczy i czekałem, nie otwierając ich, aż usłyszę jakieś ludzkie głosy.
Zdecydowałem się na ponowne wyjście na korytarz dopiero po zapadnięciu zmroku. Mój pokój był coraz bardziej wypełniony czadem i dymem, czerwonym od blasku ognia, świecącego z zewnątrz przez okno. Na klatce schodowej było tak gęsto od dymu, że nie mogłem dojrzeć poręczy schodów. Z niżej położonych pięter słychać było huk szalejącego pożaru, trzask pękającego drewna i łomot walących się stropów. O zejściu na dół tymi schodami nie mogło już być nawet mowy.
Podszedłem do okna. Dom otoczony był w pewnej odległości przez SS. Z cywilów nie było widać nikogo.
Cały budynek stał w ogniu, a Niemcy czekali zapewne jeszcze tylko na to, by ogień zajął najwyższe piętra.
Tak więc miała wyglądać moja śmierć – śmierć, na którą czekałem od pięciu lat, której wymykałem się dzień po dniu, aby mogła mnie dopaść właśnie teraz. Niejeden raz przedtem starałem sieją sobie wyobrazić.
Spodziewałem się ujęcia i torturowania przez Niemców, potem zastrzelenia lub uduszenia w komorze gazowej. Nigdy jednak nie przypuszczałem, że spłonę żywcem.
Zaśmiałem się z perfidii losu. Byłem całkiem spokojny, przeświadczony o tym, że nie da się już zmienić rozwoju wydarzeń. Rozejrzałem się po pokoju: jego kontury w gęstniejącym dymie i zmroku były zamazane, przez co sprawiał straszne, przytłaczające wrażenie. Oddychanie sprawiało mi coraz większą trudność, czułem narastający szum w głowie i byłem bliski omdlenia. Pierwsze oznaki działania czadu.
Położyłem się z powrotem na tapczanie. Nie miało sensu dać się spalić żywcem, skoro mogłem tego uniknąć, łykając tabletki nase
Wyjąłem flakonik z tabletkami, wsypałem je sobie wszystkie do ust i przełknąłem. Chciałem jeszcze sięgnąć po opium, aby dla wszelkiej pewności zażyć jeszcze i ten narkotyk, ale nie zdążyłem. Tabletki nase
Zapadłem w sen.
16 Śmierć miasta
Nie umarłem. Widocznie pastylki były za stare i nie dość silne. Obudziłem się rano. Czułem nudności. W głowie mi szumiało, w skroniach odczuwałem bolesne tętnienie, oczy wysadzało mi z orbit, zaś race i nogi miałem jak sparaliżowane. Tak naprawdę, obudziło mnie łaskotanie w szyją. Chodziła po mnie mucha, najpewniej też półżywa i odurzona przeżyciami tej nocy. Musiałem dobyć wszystkich sił, aby ją odpędzić. Pierwszym moim uczuciem nie było rozczarowanie, że nie umarłem, lecz radość, że żyją. Odczuwałem niepohamowaną, zwierzęcą wręcz chęć życia za wszelką ceną. Byle teraz móc jakoś się uratować, skoro udało mi się przeżyć tę noc w płonącym domu.
Przeleżałem jeszcze jakiś czas, nim doszedłem do siebie wystarczająco, by móc zsunąć się z tapczanu i podczołgać do drzwi. Pokój był nadal pełen dymu, a klamka, gdy za nią złapałem, tak gorąca, że z miejsca ją puściłem, by dopiero za drugim razem przemóc ból i za nią pociągnąć. Na schodach było mniej dymu niż w pokoju. Uchodził przez wypalone otwory po wysokich oknach na klatce schodowej. Stopnie były całe i można było zaryzykować zejście na dół. Zebrałem wszystkie siły, by wstać, uczepiłem się poręczy i zacząłem schodzić. Piętro niżej było całkiem wypalone – tam zatrzymał się pożar. Ramy drzwi do mieszkań jeszcze się tliły, a wewnątrz czuło się wibracje, rozgrzanego od żaru powietrza. Na podłodze dopalały się resztki mebli i rzeczy, przemienione już prawie całkiem w biały popiół.
Na wysokości pierwszego piętra leżał na schodach spalony trup mężczyzny, w zwęglonym ubraniu, brązowy i potwornie napuchnięty. Zagradzał mi drogę. Musiałem jakoś tę przeszkodę pokonać, by móc schodzić dalej. Łudziłem się, że uda mi się unieść nogi, którymi ledwie powłóczyłem, by móc nad nim przejść. Przy pierwszej jednak próbie potrąciłem stopą o jego brzuch, straciłem równowagę, upadłem na zwłoki i stoczyłem się wraz z nimi pół piętra niżej, tak jednak szczęśliwie, że ciało leżało już powyżej mnie i mogłem bez przeszkód iść w kierunku parteru. Wydostałem się na podwórze, otoczone niskim, porośniętym winem murkiem. Doczołgałem się do tego murku i skryłem w jego narożnej niszy, oddalonej o kilka metrów od spalonego domu. Nakryłem się liśćmi wina oraz nacią pomidorów, których krzaki rosły na przydomowej grządce, i czekałem.
Strzelanina nie ustawała. Przelatywały nade mną pociski, słyszałem głosy Niemców przechodzących ulicznym chodnikiem po drugiej stronie muru. Wieczorem zauważyłem na ścianie płonącego budynku rysę. Gdy ściana upadnie, z pewnością mnie przygniecie. Postanowiłem jednak wytrwać w bezruchu, dopóki nie zapadnie zmierzch i nie odzyskam sił po wczorajszym zatruciu środkami nase
Następnego dnia rano postanowiłem rozejrzeć się po budynku. Z przerażeniem stwierdziłem, że pełno w nim było tapczanów, materaców, żelaznych i porcelanowych naczyń oraz i
W odległym kącie odkryłem rupieciarnie,: składnice, starego złomu, rur i piecyków. Ułożyłem się tam i przeleżałem następne dwa dni.
15 sierpnia, jak obliczyłem za pomocą kieszonkowego kalendarzyka, który miałem przy sobie i w którym stara
Siedzieli na tarasie, popijając herbatę,. Od ulicy 6 Sierpnia nadchodził ukraiński oddział żołnierzy SS. Zbierał trupy, układał je w stosy i po oblaniu benzyną – podpalał. W pewnej chwili usłyszałem dochodzący z korytarza dźwięk zbliżających się kroków. Zeskoczyłem z parapetu i skryłem się za jakąś skrzynią. Do separatki, w której się znajdowałem, wszedł SS-man. Rozejrzał się i wyszedł. Wybiegłem na korytarz, dopadłem schodów, wbiegłem nimi na górę i schroniłem się w mojej rupieciarni. Wkrótce do gmachu szpitala wszedł duży oddział żołnierzy i zaczął rewidować wszystkie jego pomieszczenia. Do mojej kryjówki nie trafili, choć z całkiem bliska słyszałem ich śmiechy, podśpiewywanie, gwizdanie i ponaglające pytania: