Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 28 из 42

Znowu byłem więc uratowany. Przebywałem u miłych, życzliwych mi ludzi. Od razu wykąpałem się, po czym zjedliśmy smaczną, zakrapianą wódką kolację, co niestety zaszkodziło mojej wątrobie. Niemniej, mimo przyjemnej atmosfery, a przede wszystkim możności nagadania się do woli po długich miesiącach przymusowego milczenia, nie chciałem nadużywać gości

Wszystkie moje starania o nową kryjówkę spełzały na niczym i zewsząd nadchodziły odpowiedzi odmowne; nikt nie chciał ukrywać Żyda, gdyż groziła za to jedna tylko kara – kara śmierci. Znajdowałem się już w stanie skrajnej depresji, gdy los zesłał mi nagle, w ostatniej chwili, ratunek w osobie pani Heleny Lewickiej – bratowej pani Zofii Jaworskiej. Nigdy mnie przedtem nie spotkała, teraz zaś, widząc mnie po raz pierwszy i słysząc o moich przeżyciach, zgodziła się natychmiast przyjąć mnie do siebie. Płakała nad moim losem, mimo że i jej własne życie nie było łatwe i z pewnością nie brak było powodów do płaczu nad losem jej własnych przyjaciół i bliskich.

21 sierpnia, po ostatniej nocy u państwa Jaworskich, podczas której w okolicy szalało gestapo, utrzymując nas całą noc w strachu, przeniosłem się do dużego bloku w alei Niepodległości. Miała to być moja ostatnia kryjówka przed Powstaniem Warszawskim i związanym z nim zburzeniem miasta. Obszerny pokój na czwartym piętrze miał wejście bezpośrednio z klatki schodowej. Były tam gaz i prąd, nie było zaś wody. Trzeba było wychodzić po nią na korytarz, gdzie obok wspólnej toalety znajdował się kran. Obok mnie mieszkali inteligentni ludzie, ludzie o wyższym poziomie niż sąsiedzi z ulicy Puławskiej, którzy kłócili się całymi dniami, tłukli w rozstrojony fortepian i później chcieli mnie wydać Niemcom. Tu sąsiadowałem z małżeństwem działaczy podziemia, którzy byli poszukiwani i z tego powodu nie sypiali w domu. Nie było to dla mnie zbyt bezpieczne, ale wolałem to niż sąsiedztwo lojalnych prymitywów, którzy ze strachu mogli mnie wydać. W sąsiednich domach mieszkali przeważnie Niemcy oraz mieściły się różne wojskowe urzędy. Naprzeciw moich okien stał niewykończony wielki budynek szpitalny, który wykorzystywano teraz na magazyny. Codzie

Czułbym się w tej mojej nowej kryjówce całkiem dobrze, gdybym nie podupadał szybko na zdrowiu. Coraz bardziej dokuczała mi wątroba. W początkach grudnia złapał mnie tak silny atak bólu, że całą siłą woli powstrzymywałem się od krzyku. Trwało to całą noc. Lekarz, którego sprowadziła pani Lewicka, stwierdził ostry stan zapalny woreczka żółciowego i zalecił ścisłą dietę. Na szczęście nie byłem w tym czasie zdany na łaskę Szałasa, lecz opiekowała się mną najofiarniejsza z kobiet, jaką była pani Helena. Dzięki niej wracałem powoli do zdrowia.

Przyszedł rok 1944. Starałem się ze wszystkich sił prowadzić w miarę unormowany tryb życia. Od dziewiątej do jedenastej uczyłem się angielskiego, potem do pierwszej czytałem, potem gotowałem sobie obiad, a między trzecią a siódmą znowu zajmowałem się językiem angielskim i lekturą. Tymczasem na Niemców spadały klęski jedna za drugą. Nie było już mowy o jakichkolwiek kontrofensywach. Ze wszystkich frontów wycofywali się „zgodnie z planem”, tłumacząc w prasie, że ustępując z terenów pozbawionych znaczenia, korzystnie skracają linię frontu. Jednak wraz z ich porażkami frontowymi wzrastał terror wewnętrzny w okupowanych przez nich krajach. Publiczne egzekucje, które zaczęli przeprowadzać w Warszawie jesienią poprzedniego roku, odbywały się teraz prawie codzie

6 czerwca 1944 roku, po południu, przyszła do mnie pani Helena z rozpromienioną twarzą i przyniosła wiadomość o lądowaniu Amerykanów i Anglików w Normandii. Przełamali niemiecki opór i posuwają się do przodu. Najwspanialsze meldunki mnożyły się teraz błyskawicznie: zajęcie Francji, kapitulacja Włoch, Armia Czerwona na granicy Polski i wyzwolenie Lublina.

Rosyjskie lotnictwo coraz częściej dokonywało nalotów na Warszawę, a ogień eksplozji mogłem widzieć z mojego okna. Od wschodu słychać było pomruk. Z początku słaby, później zaś coraz potężniejszy: to była rosyjska artyleria. Niemcy ewakuują Warszawę, ewakuują także niewykończony gmach szpitala z przeciwka.

Patrzę na to z nadzieją i rosnącym w sercu przekonaniem, że będę jednak żył! Będę wolny!

29 lipca wpadła pani Lewicka: powstanie w Warszawie powi

Zakup pewnej liczby karabinów maszynowych zlecono mojemu niezapomnianemu gospodarzowi z ulicy Fałata, Zbigniewowi Jaworskiemu. Niestety trafił na gorszych od Niemców – na Ukraińców. Pod pretekstem wydania mu zakupionej przez niego broni zaprowadzili go na dziedziniec Akademii Rolniczej i tam go zastrzelili.

1 sierpnia pani Helena przyszła około czwartej po południu, by sprowadzić mnie do piwnicy. Powstanie ma wybuchnąć za godzinę! Kierowany nieomylnym instynktem, który mnie wielokrotnie już ratował, zdecydowałem, że zostanę na górze. Moja opiekunka żegnała się ze mną jak z synem, ze łzami w oczach i zdławionym głosem zadając ostatnie pytanie:

– Władku, czy my się jeszcze kiedyś zobaczymy?

15 W płonącym domu

Mimo zapewnień pani Heleny, że powstanie wybuchnie o piątej, czyli już za kilka minut, nie mogłem w to uwierzyć. W czasie okupacji coraz to krążyły plotki o mających nastąpić wydarzeniach politycznych, które jednak później nie następowały. Ewakuacja Warszawy przez Niemców, którą także mogłem obserwować z mojego okna, oraz paniczna ucieczka obładowanych po brzegi ciężarówek i prywatnych samochodów w kierunku zachodnim, ustały w ostatnich dniach prawie zupełnie. Także dudnienie rosyjskich dział, tak już wyraźnie słyszalne nocą przed kilku dniami, oddaliło się teraz od miasta i było coraz słabsze. Zbliżyłem się do okna: na ulicy panował spokój i normalny, może trochę mniej niż zwykle ożywiony ruch przechodniów, ale w tej części alei Niepodległości nie był on nigdy zbyt intensywny. Od strony Politechniki nadjechał tramwaj i zatrzymał się na przystanku. Był prawie pusty. Wysiadło parą osób: jakieś kobiety i starszy mężczyzna o lasce. Rozeszli się w różne strony. Po chwili wysiadło jeszcze trzech młodych ludzi, niosących w rękach podłużne przedmioty zawinięte w gazety. Przystanęli przed pierwszym wagonem. Jeden z nich spojrzał na zegarek, potem rozejrzał się wokoło, nagle przyklęknął na jezdni, przyłożył paczkę do ramienia i rozległa się seria szybko po sobie następujących wystrzałów. Papier u końca paczki zaczął się tlić, ukazując lufę karabinu maszynowego. Jednocześnie pozostali dwaj nerwowo rozpakowywali swoją broń. Strzały młodego człowieka były jakby sygnałem wywoławczym dla całej okolicy: chwilę później strzelano już wszędzie, a gdy pobliskie wybuchy na chwilę milkły, słychać było odgłos wystrzałów w centrum miasta, niezliczonych, gęstych i zlewających się w jeden dźwięk przypominający bulgotanie wrzącej wody w ogromnym, przykrytym pokrywą kotle. Ulica opustoszała. Biegł nią jeszcze tylko ten starszy pan o lasce, śpiesząc się i z trudem chwytając oddech, ale i on dopadł jakiejś bramy, w której zdołał się ukryć. Podszedłem do drzwi i przyłożyłem do nich ucho. Na korytarzu i na klatce schodowej panował zgiełk i ruch. Drzwi mieszkań otwierały się i z hukiem zatrzaskiwały. Słychać było bezładną bieganinę. Jakaś kobieta krzyczała „Jezus, Maria!”. I