Страница 15 из 42
Matka krzyknęła, zasłaniając sobie oczy. Ojciec odbiegł od okna daleko w głąb pokoju. Halina pośpieszyła ku niemu, a Regina objęła matkę ramieniem i powiedziała rozkazującym tonem całkiem głośno i bardzo wyraźnie:
– Spokój!
Nie mogliśmy z Henrykiem oderwać się od okna. Widzieliśmy starca, gdy wisiał jeszcze przez sekundą w fotelu nad ulicą, a później, gdy z niego wypadł, usłyszeliśmy osobno uderzenie fotela o bruk i odgłos chlaśnięcia ludzkiego ciała o płyty chodnikowe. Staliśmy w bezruchu, niezdolni do cofnięcia się czy też do odwrócenia wzroku od tego, co tam się działo. Jednocześnie SS-mani wyprowadzali już parą tuzinów mężczyzn na ulicą. Włączyli reflektory samochodowe, zmusili złapanych do ustawienia się w ich świetle, włączyli silnik i kazali tym ludziom biec przed siebie w białym kręgu światła. Z okien domu słychać było spazmatyczne krzyki i w tym samym momencie oddano z samochodu serię strzałów z karabinu maszynowego. Biegnący przed autem kolejno upadali, podrywani w górę kulami, przewracając się przez głowę lub kręcąc w koło, jakby przekroczenie granicy życia i śmierci musiało być związane z wykonaniem niezwykle trudnego i zawiłego skoku. Tylko jednemu z nich udało się wydostać z kręgu światła. Biegł ze wszystkich sił i wydawało nam się, że zdoła dotrzeć do najbliższej przecznicy. Jednakże samochód miał przygotowany na taką sytuację wysoko umocowany ruchomy reflektor. Włączono go, wyszukano uciekiniera, padły strzały i on też podskoczył do góry: uniósł ręce nad głową, wygiął się w skoku do tyłu i upadł na plecy.
SS-mani wsiedli do samochodu i ruszyli do przodu, przejeżdżając przez zwłoki, na których pojazd nieznacznie się zatrząsł, jak na jakichś małych wybojach.
Tej nocy zastrzelono w getcie stu mężczyzn, jednakże akcja ta nie wywarła już na nikim tak silnego wrażenia jak poprzednia. Sklepy i kawiarnie następnego dnia były otwarte normalnie.
Ludzie interesowali się poza tym czymś i
Mniej więcej w tym samym czasie, coraz częściej, zaczynały krążyć po getcie różne coraz bardziej niepokojące wieści. Były jak zwykle pozbawione źródeł i nie udało się znaleźć ich autora albo kogoś, kto mógłby potwierdzić, że oparte są na prawdziwych zdarzeniach. Mimo to uchodziły za sprawdzone. Po prostu pewnego dnia zaczynano opowiadać o tym, jak straszne, na przykład, są warunki życia w getcie łódzkim, gdzie zmuszono Żydów do wprowadzenia w obieg ich własnych, żelaznych pieniędzy, za które nic poza gettem nie mogli kupić i teraz tysiącami umierali z głodu. Niektórych takie wiadomości chwytały za serce, i
18 czerwca, w sobotę, mieliśmy z Goldfederem w kawiarni „Pod Fonta
Zebrało się blisko czterysta osób elity i pseudoelity towarzyskiej. Poprzedniej „imprezy masowej” nikt już tu nie wspominał, a jeśli wśród ludzi panowało poruszenie, to tylko z całkiem prozaicznego powodu: eleganckie damy z plutokracji i wytworni parweniusze byli niezwykle ciekawi, czy pani L. przywita się dziś z panią K. Obydwie panie angażowały się w działalność dobroczy
Powodem nieporozumień pomiędzy dwiema damami było wydarzenie, które nastąpiło przed kilkoma dniami w „Sztuce”. Obydwie kobiety były bardzo ładne, każda na swój sposób. Nienawidziły się z całego serca i starały się odbić sobie nawzajem adoratorów, pośród których do najatrakcyjniejszych należał Maurycy Kohn gestapowski agent i właściciel linii tramwajowej, człowiek o interesującej, wrażliwej twarzy aktora. Tego wieczoru w „Sztuce” świetnie się obie bawiły. Siedziały przy barze, każda z nich wśród małego kręgu swoich wielbicieli, i starały się nawzajem przelicytować w wyborze najbardziej wyszukanych alkoholi i snobistycznych przebojów, granych na zamówienie przy stolikach przez akordeonistę orkiestry jazzowej. Pierwsza wyszła pani L., nie wiedząc, że idąca ulicą, obrzmiała z głodu kobieta upadła i zmarła w tym czasie bezpośrednio przed drzwiami baru. Oślepiona światłem pani L., wychodząc, potknęła się o zwłoki. Gdy dojrzała trupa, wpadła w szok i nie mogła się uspokoić. Zupełnie inaczej postąpiła pani K., którą zdołano tymczasem o całym zdarzeniu powiadomić. Gdy stanęła w drzwiach, wyrwał się jej okrzyk zgrozy, jednak natychmiast, jakby ogarnięta głębokim współczuciem, podeszła do zmarłej, wyjęła z torebki pięćset złotych i podała je idącemu za nią Kohnowi ze słowami:
Proszę, niech pan wyświadczy mi przysługę i zadba o to, by została pochowana. Jedna z kobiet z jej towarzystwa szepnęła, tak by wszyscy mogli usłyszeć:
Anioł, jak zawsze!
Pani L. nie mogła tego pani K. wybaczyć. Nazwała ją następnego dnia „podłym babskiem” i oświadczyła, że nie zamierza nigdy więcej jej się kłaniać. Dziś miały obie pojawić się w kawiarni „Pod Fonta
Pierwsza część koncertu dobiegła już końca i wyszliśmy z Goldfederem na ulicę, by wypalić w spokoju papierosa. Występowaliśmy razem już przez cały rok i bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Dziś nie ma już i jego, choć miał pozornie większe szansę na przeżycie niż ja! Był zarówno wybitnym pianistą, jak też i prawnikiem. Ukończył konserwatorium i prawo, jednakże był nadmiernie wymagający w stosunku do siebie i doszedł do wniosku, że nie uda mu się zostać pianistą najwyższej klasy, więc podjął pracę jako adwokat, by później, w czasie wojny, znów być pianistą.
Był, dzięki swej inteligencji, swemu osobistemu urokowi i wytworności, niezwykle popularny i lubiany w przedwoje