Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 54 из 71

Wyżryna jest bardzo prosta i jasna: w stosunkach między-Państwowych jedyną niesamobójczą postawą pozostaje twardy egoizm, a wszelkie obserwowalne różnice i zmiany mają swe źródło w różnicach i zmianach odległości politycznego horyzontu (i

Zgodnie z liczącym wiele tysięcy lat tradycyjnym rytuałem zorganizowanego zadawania śmierci, atak nastąpić miał o świcie.

Sztab mieścił się w wioskowej szkole z salą gimnastyczną oraz w przylegającym do niej dwupiętrowym budynku internatu; część oficerów mieszkała także po drugiej stronie szosy, w kwaterach prywatnych, to znaczy w chłopskich domach. Kompania piechoty zmotoryzowanej, przydzielona do ochrony jednostki sztabowej, rozłożyła się w lesie za szkołą; posterunki obejmowały całą wieś, rozciągniętą wzdłuż drogi i nad wysychającą pod zardzewiałym mostem rzeczką.

Plan był bardzo prosty, zresztą nie mógł być i

Ludzie Wyżryna docierali na miejsce akcji w dziesięcio-, piętnastoosobowych grupkach; Smith przybył na leśne zbocze ponad wsią w towarzystwie samego Wyżryna, Jewrieja, Flegmy, pary apokaliptycznych komandosów oraz tuzina mężczyzn wyposażonych jedynie w broń lekką; dowodził nimi ów chromy rudzielec o oczach trwale ukrytych za czarnymi szkłami, zwali go Jebaka.

Druga piętnaście na wewnętrznym timerze kołpaka Smitha; rozpoczęło się oczekiwanie na słońce. Świt nastąpić powinien mniej więcej za godzinę.

Nikt nic nie mówił. Nie wykonywano zbędnych ruchów; po prawdzie, teraz już każdy ruch był zbędny: kamera Smitha, pracująca w trybie „złodzieja światła", rejestrowała nieruchome bryły ludzkich twarzy, korpusów, kończyn. Ciemność można było jeść. Nikt nie palił papierosów; Ian musiał zakleić przylepcem zewnętrzny znacznik: żadnego jaśniejszego punktu. Podczas marszu nie mógł wyjść z podziwu dla Jebaki, który, mimo iż nie zdjął swych czarnych jak krzyk kruka okularów, nie potknął się ani razu.

Wszyscy trzymali w rękach broń, tylko Smith nie miał na czym zacisnąć dłoni. Po raz pierwszy pomyślał o sobie jako o uczestniku: czy nie byłoby rozsądniej zabrać jakiegoś gnata…? Dyrektywy WCN były w tym punkcie wyjątkowo niejasne. Z jednej strony -neutralność dzie

– Już.

To Morze Wydało Zmarłych.

Ian ocknął się momentalnie. Chciał przetrzeć oczy, ale trafił na zimny kołpak. Z nerwów ziewnął, aż zatrzeszczała szczęka.

Potrząsnął głową, wstał, obejrzał się. Instynktownie zmienił czułość: wschodziło słońce.

Spojrzał na Wyżryna. Pułkownik skinął głową. Smith rozpoczął procedurę inicjacji transmisji na żywo. Pójdzie to w eter na cały świat, bo antena satelitarna Amerykanina nie nadawała się do użytku w ruchu, daleko jej do klasy Śmigowej papierośnicy. Więc każdy będzie mógł obejrzeć; ale to nie ma znaczenia, bo przecież i tak zobaczyliby wszystko w swoich telewizorach, wystarczy się przełączyć na WCN.

A tam…

– Hhhwyhhhh, hwyyyy-yyyhhh, hyh, hwyyyyy… – to dyszy Ian Smith, nasz wysła

Biegniemy. Mokre gałęzie chlaszczą nas po otwartych oczach. Świat kołysze się rytmicznie, ktoś wykopał klin spod jego bieguna: pnie drzew, krzaki, zieleń i brąz, niebo i ziemia, ludzie w przedzie, wszystko skacze – to w lewo, to w prawo, a czasami nawet w górę i w dół.

Nasz oddech nie zagłusza wszystkiego i słychać przez jego wiatr przewalające się ponad lasem pomniejsze gromy wojny: granatniki, moździerze, lekkie rakiety ziemia-ziemia; nie widać ich, lecz ucho przywykłe do tej muzyki bez trudu rozróżnia poszczególne instrumenty w orkiestrze. Wystrzały ze zwykłej broni palnej nie są na razie liczne; częściej pojedyncze niż serie.