Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 52 из 71

–  Każdy ma prawo. To nie jest dobry człowiek.

–  Ach, pan już go poznał na wylot. Smith zignorował ironię.

–  To jest potwór.

–  A cóż w nim takiego potwornego?

Smith ze złością wyrwał źdźbło trawy, splótł między palcami i rozerwał.

–  Ja tego nie potrafię wyrazić. To nie jest żadne słowo, to nie jest żaden obraz. Ja to po prostu czuję.

–  Znam to. Nie pan pierwszy. Pospolita choroba. Recepta jest taka: zażywaj Xavrasa w małych i bardzo powoli rosnących dawkach.

–  Co ksiądz, do diabła, plecie?

–  Hę, hę, hę. Moralista Freudowski. Powi

–  Nie, ja rozumiem, musicie mieć swoje symbole, swoje sztandary.

Ksiądz ponownie zwrócił wzrok na Smitha i Ian odczytał na dnie ciemnych oczu Śmigi zwykłą, brudną pogardę. – Taak. Filmuj pan, filmuj.

Odkurzył stare zabawki; miał takiego drewnianego pajacyka o imieniu Relatywizm Kulturowy, podrygiwał on uciesznie na przegniłych sznurkach, główka chybotała mu się na boki niczym pijakowi, na twarzy miał wyrzezany szeroki uśmiech wyższości. Murzyni skaczący w rytm bębna dookoła ogniska; tak, tak, to było bardzo malownicze, kołpak lubi takie rzeczy.

Bo cóż i

Bladym świtem, gdy z przełęczy schodziła zimna mgła, powlókł się przez obóz w poszukiwaniu księdza Śmigi; ktoś wskazał mu drogę. Teraz już Smith bez przerwy chodził w kołpaku, takie były zasady tej gry: nie znasz dnia ani godziny, każda chwila może okazać się tą jedyną. Utracił twarz, ludzie Wyżryna rozpoznawali go po elektronicznej masce, zlał się w ich pamięci z wszystkimi wcześniejszymi wysła

Okazało się, że to niedziela, Śmiga odprawiał mszę. Ian dotarł na sam jej koniec; wiernych było czternastu, za ołtarz robił nie okorowany pień drzewa. Łacina Śmigi płynęła wartkim strumieniem, Smith nie widział jego twarzy, lecz z szybkich, oszczędnych ruchów rąk księdza i twardo wyprostowanych pleców z łatwością odczytywał kolor jego myśli. Skończywszy, ksiądz pozbierał swoje rzeczy i schował je do chlebaka; wierni rozeszli się bez słowa. Smith podszedł do Śmigi.

–  Czego? – warknął nań tamten.

– Może byłby ksiądz tak dobry i z łaski swojej…

–  Filmował pan? Co? Filmował pan? – Postukał palcem w kołpak; Ian uchylił się, odstąpił krok.

– Nie. Co się ksiądz tak wścieka?

Śmiga wzruszył ramionami.

– Nie mam teraz czasu, idę do Wyżryna.

– No to ja z księdzem.

Śmiga posłał mu dziwne spojrzenie, po chwili jednak powtórnie wzruszył ramionami i pomaszerował między drzewa.

Wyżryn wraz z ponurym grubasem i jeszcze trzema mężczyznami siedział nad rozłożonymi na żółtej, plastikowej płachcie mapami, liczył coś na kalkulatorze. Opodal Wyszedł I

–  Co jest? – mruknął obliźniony starzec w brązowym płaszczu, spoglądając na intruzów spode łba.

–  Wyłącz! – warknął Wyżryn na Smitha, podnosząc się z ziemi i wskazując kalkulatorem w stronę głowy Iana.

W efekcie wszyscy skupili spojrzenia na kołpaku Amerykanina i płonącym na nim czerwono napisie: ON.

A wtedy Śmiga sięgnął do wnętrza chlebaka, wyrwał zeń pistolet i wymierzył w Xavrasa.

Smith odwrócił się i zrobił krok w bok, by w pełni uchwycić obraz śmierci pułkownika. Tym samym jednak mimowolnie wszedł na ułamek sekundy na linię strzału Śmigi.

Rozległ się wrzask i huk. Księdza z rozerwaną na strzępy klatką piersiową rzuciło na krzywy pień sosny.

Wyszedł I

–  Wyłącz – powtórzył Wyżryn. Smith wyłączył.

Tamci tymczasem poderwali się na nogi i podeszli do zwłok Śmigi; ksiądz wciąż zaciskał dłoń na rękojeści czarnego pistoletu. Kulawy rudzielec w czarnych okularach trącił trupa czubkiem ciężkiego buta. Ponury grubas zaś podrapał się w głowę i obejrzał na Xavrasa.

–  To nie jest dobra reklama – rzekł.

–  Ano nie jest – mruknął Wyżryn i rzucił przez ramię swemu przybocznemu: – Skocz no po Jewrieja.

Wyszedł I

Smith przysiadł na ziemi. Żabia perspektywa monstrualizowała w jego obiektywach postaci wyżrynowców.

–  Więc jednak wzięło go – szepnął.

Xavras usłyszał. W zamyśleniu wydął policzek.

–  Flegma – zawołał na grubasa. – Obudź człowieka i przejdź się po rzeczy księdza.

–  Aha – przytaknął Flegma i odszedł.

Pozostała trójka zabrała się do przeszukiwania ubrania i chlebaka Śmigi.

Xavras usiadł obok Smitha. Postukał się kalkulatorem w nie ogolony podbródek.

–  Życie mi uratowałeś – rzekł, Ian spojrzał nań jak na wariata.

–  Tak, tak – potwierdził Wyżryn. Smith ze złością zerwał kołpak z głowy.

–  To ta maszyna – warknął. – To ta kamera.

Bierze się to stąd, że operator z okiem przyłożonym do okularu kamery czy fotograf z wycelowanym aparatem gubią gdzieś ciało i dają się w całości zassać spojrzeniu, jakby nałożyli pierścień Gygesa. Połowa przypadków śmierci reporterów woje

–  Ach, maszyna. Maszyna. Więc nie ty. No to wszystko w porządku. – Xavras zaczął zbierać mapy.

Wrócił Wyszedł I

–  Jest twój Judasz – oznajmił Xavras, nie podnosząc się, nie przestając rolować plastikowej płachty, w ogóle nie patrząc na mężczyznę w kominiarce.

–  Kto? – Jewriej miał niski, ochrypły, drżący głos, sugerujący bardzo podeszły wiek.

–  Śmiga.

–  Cóż.

Wtem rudzielec w okularach przeciwsłonecznych zakrzyknął znad trupa:

–  Mam! – i uniósł rękę z czymś ostro lśniącym w promieniach wschodzącego słońca.

Wyżryn wstał, podszedł doń i odebrał przedmiot.

–  No, no – mruczał, obracając go w dłoni. – Nosił przy sobie. Co za miniaturyzacja. Jaką to może mieć moc? -Wrócił do Smitha i pokazał mu posrebrzaną papierośnicę Śmigi, z odłupanym podwójnym denkiem i rozbebeszoną elektroniką, która była ukryta pod nim. – Może to satelitarna? Co, panie Sniith? Nie zna się pan?