Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 39 из 71

–  Nie pocisz się – szepnęła, wpółuśmiechnięta, już powoli oddalająca się od świata.

– Zimno tu.

–  Wcale nie. Mhm, na co ty patrzysz?

–  Na ciebie, na ciebie.

–  Jakbyś był zupełnie gdzie indziej…

–  Kocham cię – powiedział człowiekoidem, szczerze i w zgodzie z bestią.

A za oknami stała noc, cała w śniegu i księżycowej poświacie.

listopad 1995-styczeń 1996

Pojawiający się w opowiadaniu Himmlerowski instytut Ahnenerbe istniał w rzeczywistości, jednakże wpisana w jego strukturę tajemnicza Grupa – Die Gruppe – stanowi już mój osobisty wymysł – co zresztą samo w sobie, rzecz jasna, nie wyklucza jej historycznej realności. O książce, którą Koń darowuje Trudnemu, mogę powiedzieć tyle, że mogłaby istnieć w rzeczywistości. Matematyk Charles Howard Hinton, żyjący na przełomie XIX i XX wieku, jest postacią autentyczną (autentyzm owej postaci zdaje mi się nawet nazbyt wielki: bardziej, aniżeli z racji swych dokonań naukowych, zasłynął Hinton z powodu dowiedzionej mu wielokrotnej bigamii oraz jako wynalazca maszyny do miotania piłek baseballowych; zaś jego ojciec, szanowny James Hinton, autentyczny aż do bólu, był religijnym przywódcą sekty propagującej poligamię i wolną miłość – na wiek przed hippisami). Tenże Charles Hinton jeszcze grubo przed I wojną światową opublikował był w prasie anglojęzycznej – nie tylko stricte naukowej – wiele artykułów popularyzujących ideę czwartego wymiaru przestrze

Xavras Wyżrn

Prusy Wschodnie – Bukowina

Z północy nadleciał klucz szturmowych śmigłowców. Witschko uniósł rękę i Amerykanin zamarł w pół kroku. Gapili się w szare niebo przez bezlistne jeszcze gałęzie drzew, w tej części lasu rosnących bardzo gęsto. Wąskie, ciemne maszyny z czarnymi krzyżami Reichswehry na bokach przemknęły ponad nimi w dźwiękowej chmurze rozedrganego grzmotu. Jeden, dwa, trzy, pięć, siedem. Jak apokaliptyczna szarańcza. Smith żałował, że nie ma na głowie kołpaka, byłoby świetne ujęcie. Gdy zniknęły, spojrzał na zegarek. Szósta szesnaście.

–  Często tak? – spytał Ślązaka. Przemytnik wzruszył ramionami.

–  Ruskie ich ostrzeliwują, ale bez przekonania. Od śmierci Stalina nie było na Pomorzu poważnego incydentu. Przecież pan wie. Prewencja. Przekraczają granicę o trzydzieści kilometrów i więcej. Moskwa nawet nie ma Pretensji: strzelają do tych, co trzeba.

Rozmawiali po rosyjsku, bo Smith w niemieckim był słaby, a Witschko bał się przeciwpiechotnych min językowych.

Szli lasem już pięć godzin. Granicę i pas zmilitaryzowany opuścili jeszcze przed północą, lecz z uwagi na układ dróg i ukształtowanie terenu nie mogli kierować się bezpośrednio na południe i w efekcie, za radą Ślązaka, maszerowali jakimś przedziwnym równoleżnikowym halsem. Bo tutaj drogi biegły niemal wyłącznie ze wschodu na zachód, Prusy nie istniały dla rosyjskich planistów. Smith miał w komputerze mapę, ale już kilkakrotnie zdążył się przekonać, iż odpowiada ona rzeczywistości w stopniu dalece niezadowalającym, mimo że – zgodnie z informacją producenta programu – aktualizowana była podług danych z satelitów geodezyjnych co rok, ostatnio siedem miesięcy temu. Czyżby wojna powodowała przemieszczanie się autostrad? Witschko śmiał się szyderczo w odpowiedzi na narzekania Amerykanina. Nic nie jest niezmie

Znajdowaliby się już znacznie dalej, gdyby nie nocna eskapada przemytnika po nowe – to znaczy stare – ubranie dla Smitha. Zmusił lana do zdjęcia i zniszczenia paramilitarnego stroju, jaki wyszykowała dlań specjalnie na tę okazję główna pruska ekspozytura sieci w Allenstein; miast niego reporter wdział grube, brudne i cuchnące łachy, które Witschko wycyganił od kogoś znajomego w okolicy. Nawet niespecjalnie pasowały na Smitha. Dobrze, że butów nie kazał mi wyrzucić, myślał Ian. Bo tempo marszu było wprost mordercze. Plecak ciążył Amerykaninowi kanciastym głazem. Szli i szli. Już nawet nie miał siły się bać. Było mu wszystko jedno. Gapił się bezmyślnie na plecy idącego przed nim mężczyzny i podsycał w sobie irracjonalną nienawiść do Ślązaka. On mógłby być moim ojcem, dyszał bezsilnie. Czterdzieści-pięćdziesiąt lat; chudy, kościsty, czarnooki, czarnowłosy, zarośnięty, zawsze z papierosem w ustach, ustach o nierównej i szczerbatej linii żółtych zębów. Wór na plecach, czapka na głowie, szyderstwo na twarzy. Może to zdrajca, może wtyka, może po prostu chciwy morderca, który zarżnie mnie podczas snu; cholera go tam wie.

Kwadrans później przesunęła się ponad nimi ta sama eskadra helikopterów; wracały do bazy. Ostatni, siódmy, cokolwiek spóźniony względem reszty, ciągnął za sobą brudny warkocz dymu. Leciał nisko, chybotliwie. Widzieli go ze szczytu wzgórza, pomiędzy drzewami. Podniósł się jeszcze raz i drugi, zajęczał rozpaczliwie swymi wirnikami – i spadł w las. Huknęło. Wyrósł w bladoszare niebo gorący pióropusz gazów i popiołu. Z północy zawróciły dwie maszyny, pokołowały nad wrakiem, lecz w końcu odleciały: widocznie nie pozostało nic do ratowania. Witschko i Smith schodzili ze wzgórza. Wiatr zamarł i czarny słup śmierci stał pionowo, prosto na ich drodze, Ian nic nie widzącym wzrokiem spojrzał na zegarek, jakby ów odruch zwyczajności był w stanie przywrócić mu dawno utracony spokój umysłu. Szósta czterdzieści dwie, trzydziesty marca 1996 roku. Mord o zimnym poranku. Niech szlag trafi Polskę.

Wieczorem, przy ognisku, Witschko snuł swe przemytnicze opowieści.

– W osiemdziesiątym drugim, w trzecim miesiącu po jego śmierci, tak na początku lutego, zapadł tu gdzieś w okolicy transport wojskowych butów. Ciężarówka cała. Kamasze zaraz się pojawiły na rynku; wóz ponoć do jeziora poszedł. Szum taki sobie, nic specjalnego. Potem to samo z mięsem. A potem, uważasz pan, jaki przeskok, zwinęli z eszełonu atomówkę. Dasz pan wiarę? Pociągiem ją wieźli, na bocznicy stała. Toż dopiero krasnoarmiejców szlag trafił! Paru ludzi pod mur, więcej na Sybir… ale bombki niet. Chodziły tu całe bataliony z psami, węszyli jak wściekli, psy i ludzie. Wykarczowali nawet kawał lasu, pojęcia nie mam, po jaką cholerę. Ze trzy niedziele tak to trwało; nie mogłeś spojrzeć w niebo, żeby nie zobaczyć helikopterów: jak muchy nad trupem. Niemce podobno się rzucali, że niby wzmożona aktywność wojska i tak dalej. Na pewno wiedzieli. Znajomy, co siedzi w leśniczówce pod granicą, no to on sobie łapał tam radio z Prus, bo tak blisko to jednak nie dało rady zgłuszyć, i to radio o wszystkim otwarcie mówiło, więc stąd żeśmy wiedzieli. Już wtedy zaczęli ludzie coś podejrzewać, bo nikt nie znał tych gierojów od butów i mięsa, a na trupa była komu pieprzona atomowa, ani jej użyć, ani spylić, więc poszła gadka, że to nietutejsi i w ogóle nie nasi, i że pewnie polityczna sprawa. No bo jak kamień w wodę: a taka bomba to jednak kawał skurwysyństwa, podobnież dźwigiem ją wyciągali z jakiejś rakiety; dźwigiem, mister Smith, dźwigiem. No więc ja myślę, że teraz z tą Moskwą to wszystko prawda. Oni już wtedy wiedzieli, już sobie zaplanowali. Jak tylko on zdechł.