Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 35 из 71

Violetta zapłakała dopiero w nocy, układając w szafie znalezione w gabinecie ubranie Jana Hermana. Teraz już wiedziała. Sprzeciwiła się teściom i zabroniła Lei i Krystianowi nawet zbliżać się do drzwi wyjściowych. Teraz już wiedziała – bo Trudny zamknął się był w bibliotece od wewnątrz i zostawił w zamku klucz, zaś w oknach biblioteki były przecież kraty – a kiedy Konrad ze swoim szemranym kumplem od wytrychów otworzyli drzwi, zastali w środku tylko to ubranie. Więc była pewna. Oglądała się na najmniejszy szelest, martwiała na drobny ruch cieni po ścianach i klęła tym ścianom wściekłym szeptem, klęła domowi. Trudny patrzył. Trudny słuchał.

Patrzył i słuchał, a pod/nad nim mijały ciemne dni i jasne noce. Gdy zrobił się głodny, wyciągnął w naddół krótką mackę i zagarnął kilka płatków padającego śniegu; pochłonął je w całości, co dało mu energię do przenoszenia gór, osuszania mórz i obracania w perzynę miast. Był jak niemowlę, uczył się na swych odruchach.

I był jak ten Żyd z piwnicy na Urszulańskiej: ni jednego zbędnego ruchu; zawsze w położeniu o najniższym potencjale. Może coś tam myślał, może coś mu bestia podpowiadała – na powierzchnię nie przebijało żadne pragnienie. Trwał. Obserwował. Nowotwór jego myśli sprowadził nań ciszę i spokój.

Przychodzili ludzie pytać, co z Trudnym. Violetta mówiła, że nie wie. Mówiła, że zniknął. Oni pamiętali, że owego dnia nie jemu jednemu w mieście się to przydarzyło. Ludzie dzwonili i pytali, co robić. Co robić w firmie, co robić w interesach, tych i tamtych. Mówiła, że nie wie. Mówiła, że zniknął. Przyjechał Janos. Posiedział w salonie pół godziny, przy kawie i ciasteczkach. Nie władała niemieckim tak dobrze, jak Jan Herman, lecz Janos nic po sobie nie pokazał; stroskany, wypytywał, czy może w czymś pomóc. Modliła się, by teściowie nie zeszli na dół i nie zobaczyli jego munduru. Powiedziała Janosowi, że wie mniej od niego; Janos pokiwał głową. W nocy obudził ją telefon od człowieka, który przedstawił się jako Grzeczny. Rozespana, początkowo nie rozumiała, co do niej mówi. Potem się okazało, iż Grzeczny usiłuje ją przekonać, że ani on, ani jego bliżej nie sprecyzowani znajomi nie mieli nic wspólnego ze zniknięciem Jana Hermana. Twierdził, że bardzo mu przykro i że to naprawdę nie oni wtedy do niego strzelali. Trzasnęła słuchawką o widełki. Wróciła do łóżka, ale już nie zasnęła. Gryzła w ciszy dłoń. Rano zobaczyła w lustrze siwe pasemko nad lewą skronią. Dotknęła cieni pod oczami i zachichotała. Trudny to widział, Trudny to słyszał; po raz pierwszy przebiła się wówczas przez wszechciszę jego umysłu jakaś konkretna myśl, po raz pierwszy lekko cofnęła w nim swe ciało bestia.

Nadszedł Nowy Rok i Violetta upiła się wysączonym w samotności szampanem. Siedziała potem w bibliotece i przewracała pokryte niezrozumiałym pismem strony brulionu i Księgi; Hintona zlekceważyła. Jeszcze później, potykając się i chwiejąc, wspięła się na strych. Jej przesycony alkoholem oddech parował w zimnej ciemności. Zbliżał się świt, z miasta wszakże wciąż dochodziły okrzyki świętujących żołnierzy. Weszła na strych i zaczęła wrzeszczeć. Wrzeszczała coś zupełnie bez sensu, jakieś urągliwe inwokacje do niewidzialnych mocy, inwektywy skierowane pod swoim i męża adresem, jękliwe prośby i groźby, żałosne przekleństwa. Rozpłakała się, ponieważ była pijana. Konrad sprowadził ją na dół. Tłumaczyła mu coś szeptem przez łzy, uwieszona jego ramienia. Konrad nigdy jej takiej nie widział i nie miał pojęcia, co powinien zrobić w podobnej sytuacji; nie obudził jednak dziadków. Zaniósł matkę do sypialni. Nie chciała puścić jego ręki. Zorientował się, że bierze go za ojca. Trafiło to w niego niczym piorun w pogodny dzień. Wyrwał się i krzyknął na nią, pełen rozpaczy, goryczy i nie ukierunkowanego gniewu: – Tata nie żyje! On nie żyje!

Konrad napisał przynajmniej list. Trudny widział, jak go pisze w męce długich godzin walki ze swym strachem, jak zostawia złożoną kartkę papieru na nadkastliku Violetty, jak wychodzi z domu w pora

– Śmierć.

Ale zza drzwi wołali ją Lea i Krystian i nie mogła tak stać długo. Po południu teściowie umyślili sobie przeprowadzić z nią poważną rozmowę. Pozwoliła im mówić. Ma spojrzeć prawdzie w oczy. On nie wróci. Najpewniej wdał się w jakieś ciemne interesy, z Niemcami czy nawet nie Niemcami, co za różnica… Trudny to słyszał, Trudny to widział – nie wytrzymał, uciekł.

Pożeglował nad/pod miastem. Ludzie, otwarci dla jego spojrzenia niczym laboratoryjne próbki tkanki, przesuwali się w naddole. Jan Herman nie rozumiał, w jaki właściwie sposób się przemieszcza, nie pojmował, co daje mu oparcie i jaki mięsień powoduje ruch, jeśli to jest mięsień, jeśli w ogóle coś takiego jest – nie zastanawiał się nad tym; nie chciał się zastanawiać nad czymkolwiek, co mogło nań sprowadzić jeszcze większą ciszę.

Przesunął się nad/pod gettem. Widział starego Goldsteina, przycupniętego na szczycie kalekich schodów, stopień od nieba; widział, jak zatrzymuje się jego serce, przestaje płynąć w żyłach krew, umiera mózg, zasypia ciało. Wszystko to mięso, myślał Trudny leniwie. Życie i śmierć; ludzie.

Przesunął się nad/pod cmentarzem, szpitalem, żłobkiem, więzieniem. Takie to było płaskie, takie małe; nawet nie czuł się podglądaczem, bo nie było w nim ciekawości. Słyszał ostatnie słowa konających i pierwsze krzyki przychodzących na świat. Widział leżących w przegniłych trumnach pod ziemią i unoszących się w ciepłej cieczy w brzuchach matek.

Przesunął się nad/pod gmachem intendentury, dawnym sądem. Janos właśnie podejmował Jeschkego koniakiem i cygarami: Jeschke nie zginął, należało więc dojść z nim do porozumienia. Jan Herman widział plamy na wątrobie Standartenfuhrera SS i wiedział, że niewiele już mu życia pozostało.

Przesunął się nad/pod drogą podmiejską, gdzie właśnie dokonywał się mord. Samochód z szoferem i adiutantem w mundurach z przodu oraz dwoma niemieckimi dygnitarzami po cywilnemu na tylnych siedzeniach wyjechał zza zakrętu i dostał długą serię w maskę. Trudny obserwował lot pocisków od momentu, gdy spoczywały jeszcze w magazynku stena, do chwili znieruchomienia w ziemi, w silniku i masce samochodu lub w ciele kierowcy, któremu oberwało się najgorzej, bo w brzuch, i teraz jelita przemieszczały mu się w stronę, w którą nie powi