Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 33 из 71

Przygryzł wargi, zamrugał, kopnął piętą w dywan, uderzył pięścią w oparcie. Wyrządzano mu straszliwą krzywdę: Jan Herman musiał zdecydować, teraz, zaraz dokonać wyboru, a to szatański wybór, nie ma bezpiecznego wyjścia z matni zgotowanej mu przez Sznica. Albo czar spotwarniający i piekło na resztę życia, albo na resztę życia Piętno dzieciobójcy. W duszy wył z wściekłości unisono z bestią. A ona tak głęboko w nim tkwiła, że nawet przez moment nie postało Trudnemu kwestionować prawdziwość słów Sznica i podważać deklarowaną moc sprawczą magicznych rytuałów. Zgasły w Janie Hermanie ostatnie ognie niewiary. Rozważał swe postępowanie w oparciu o przyjmowaną za oczywistą -niemożliwość.

Gdyby tylko nie kazano mi decydować! Gdybyż to była kwestia ułamków sekund, odruchów, instynktów! Skoczyłbym wtedy w ogień, by ratować dzieci; wtedy, bez namysłu, istotnie zrobiłbym w imię ich życia wszystko. To znaczy – tak mi się wydaje. Przypuszczam… Domyślam się. Ale teraz… Jakaż tortura gorsza od podobnego wyboru? Lea i Krystian. Czy ja je kocham? Czy ja w ogóle kogokolwiek kocham? Zdążyłem się mocno uniezależnić od ludzi. A tu trzeba wyzbyć się egoizmu. Nie będzie nawet cudzego podziwu i zawiści, bo nie powrócę. Więc wszystko dla i

– Powiedz mi jak – wycedził Trudny przez zaciśnięte zęby.

I Szymon Sznic, za pośrednictwem wypiętrzonych ze ściany wielkich, ceglanych, obciągniętych tapetą ust, podyktował mu czar.

20.

Hinton pisał, że tego nie można sobie wyobrazić, ale można rozwinąć w imaginacyjnych obrazach z ostatniego stopnia w ciągu piętrowych analogii: jak jednowymiarowiec w dwóch wymiarach; a zwłaszcza jak dwuwymiarowiec w trzech – tak i trójwymiarowiec w czterech. Że to jest prosta progresja. Że istnieją punkty stałe, odnośniki niezmie

Ale u Trudnego wszystko zaczęło się i skończyło na ciele. Musiał się wpierw rozebrać, żeby nie krępowało go ubranie; zdjąć obrączkę, sygnet, łańcuszek. Rozbierając się, miał przed oczyma wspomnienie resztek rozszarpanego na strzępy odzienia Sznica, znalezionych pamiętną nocą w sekretnym pokoju strychu. Straszny to czar, przerażające zaklęcie.

Potem stanął na środku gabinetu. Było zimno, dreszcze przebiegały Janowi Hermanowi po skórze ramion i pleców. Ale zimna nie czuł. Nawet nie czuł gniewu. Istniał tylko strach – i w tym strachu zatracił się aż po zagładę tożsamości. Kto? Gdzie? Kiedy? – nie wiedział. Bał się cierpienia, bał się bliskiej przyszłości, bał się chwili obecnej. Figury i formuły czaru obracały mu się w myśli, zawieszone w białej, cichej pustce ostatecznego przerażenia. Nawet bestia milczała. Nawet Sznic. To nie ich czas.

Lecz nie było w Trudnym impulsu dla tak ciężkiej decyzji, nie było w nim dosyć ognia desperacji; naprawdę gotów był to zrobić, byle – byle nie teraz. Niestety, teraz nieubłaganie więziło go w swych granicach. I stałby tak – zdecydowany, a niezdecydowany – w nieskończoność, gdyby nie ciało: gorący, brudny ból szarpnął jego wnętrznościami w zrozumiałym proteście wrzodu, okrutnie storturowanego wlanym weń na czczo alkoholem oraz wzrastającym stresem. Trudny zgiął się w pół i, zacisnąwszy zęby, uaktywnił czar – uczynił to w obro

Nieraz się jeszcze miał dziwić samemu sobie z przeszłości -jakże on mógł, tak po zwierzęcemu… Niesłusznie lekceważył ciało.

Co prawda w owej chwili raczej ciężko mu było je lekceważyć. Zresztą nie miał na to czasu: od nieludzkiej męki, jaka natychmiast zwaliła się na wszystkie jego zmysły, stracił przytomność. Jeszcze tylko oczy zarejestrowały obraz czerwono-brunatnego wzoru na dywanie – jeszcze tylko ten wzór… I nicość. Ciało go pokonało.

No a potem zstąpił do piekieł.

Masa… brak masy… Dokładnie to, co mówił Koń: podnieść się do wyższej potęgi. Należy zatem zagarnąć skądś owo brakujące sto procent materii czterowymiarowego organizmu i podporządkować je starej strukturze decyzyjnej – układowi nerwowemu – organizmu trójwymiarowego, który już nie istnieje, który umarł z chwilą opadnięcia ostatniej myśli czaru transformującego. Gdy Sznic – wciąż jeszcze człowiek, wciąż jeszcze ograniczony do świata człowieka – rzucał był na siebie ten czar, w procesie poboru brakującej masy nie był w stanie uwzględnić czwartego wymiaru. Nawet już przemieniony – nawet wtedy potrzebował paru miesięcy, by odpowiednio przebudować zaklęcie. Dlatego też on i owe żydowskie dzieci, którym przeznaczona była śmierć, wszyscy oni stali się niewolnikami domu Trudnego.

Ocknął się i zobaczył, chociaż nie miał oczu: dwadzieścia niemożliwych potworów, przebitych na wylot, z naddołu ku podgórze, płaską bryłą budynku.

Krzyknąłby, ale nie miał także ust.

Oszalałby, gdyby już nie był szalony.

Z całą pewnością dostałby ataku serca – gdyby owo serce posiadał.

Zrobiłby cokolwiek z rzeczy, jakie robią w podobnych sytuacjach ludzie – gdyby nie fakt, że nie był już człowiekiem i że ludzie nigdy się w podobnych do tej sytuacjach nie znajdują.

Wszelako nadal był Janem Hermanem Trudnym i na „siedem" rzucił się z wściekłością na największego potwora, który sięgał swymi czarno-białymi mackami wnętrz ciał zawiązującego sznurowadło Krystiana oraz czeszącej włosy Lei; macki spoczywały na wątrobie, jelitach, płucach, sercach dzieci, Trudny widział je, delikatnie muskające otwarte dla jego boskiego wzroku organy małych homo sapiens. Na jego ruch, nie dokończony atak – monstrum wyciągnęło w naddół kolejne macki/witki/łapy i otoczyło nimi wilgotne mózgi Krystiana i Lei. Trudny, skamieniały od zimnego przerażenia, patrzył w bezruchu na czterowymiarowego Szymona Sznica, jak ten spokojnie i systematycznie podąża swymi wypustkami nad/pod ludźmi przemieszczającymi się w przestrzeni płaskiego i otwartego niczym książka domu – on, mag, pająk w pajęczynie, marionetkarz, nadczłowiek, bóg, diabeł. Wokoło krążyła galaktyka pomniejszych potworów. Wszystkie przebite domem niby zatrutą strzałą, zakotwiczone boleśnie w jednym miejscu.

Naraz rozległ się ryk, huk, niczym przybój sztormowego morza:

– Drugi czar, Trudny! Drugi czar!

Drugi – uwalniający. Bezoki Jan Herman, równie potworny w swym potężnym cielsku, rozciągającym się w dół i w górę, w lewo i w prawo, w przód i w tył, w podgórę i w naddół, a nie zdradzającym żadnych cech człowieczego organizmu, ani nawet organizmu w ogóle – Jan Herman, szalony w szalonym świecie, niemy w nieznajomości funkcji swej nowej maszyny do noszenia duszy, bezbro