Страница 3 из 71
– Zaraz, zaraz, nie wszystko naraz – obejrzała się. -No i gdzieś te papiery wsadził? Weź je zdejmij. Po co ty od nowa wszystko mierzysz, to idiotyzm.
Ziewnął.
– A myślisz, że oni czemu musieli to robić aż tyle razy? Bo zawsze wychodzi co i
– To zeszłowieczne budownictwo… – mruknęła. Uśmiechnął się pod wąsem. Zeszłowieczne budownictwo. Łatwo to skwitowała. Przecież on zawsze był biegły w rachunkach i geometrii, umysł miał ścisły, dobrze rozumiał przestrzeń – a tu nie mógł pojąć, co się właściwie dzieje. Mierzył pokój, wychodził, mierzył drugi, wracał do pierwszego i mierzył go ponownie tym samym metrem -i okazywało się, że przez te parę minut pomieszczenie rozdęło się lub skurczyło o kilkadziesiąt centymetrów szeście
– A, właśnie – coś się jej przypomniało. Skinęła na Trudnego, wskazała blat stołu: – Zapomniałabym, a poszłam po ciebie właśnie, żebyś to sobie obejrzał.
Wstał, podszedł:
– Mhm?
– Popatrz. Zęby, prawda?
Przy samym brzegu blatu widniała równa podkówka
drobnych wgnieceń; i, jeśli się lepiej przyjrzeć, rzeczywiście przypominały one znak po ugryzieniu.
– Co to za zwierzę? – zaciekawił się Jan Herman.
– Pies?
– Nie, nie ten układ. Bardziej jak człowiek, tylko że mniejsze. Małpka. Pewnie trzymali tu małpkę.
– Myślisz? Co jej się stało, że tak kąsała wszystko naokoło? I to jak silnie. Popatrz jakie te wgryzy głębokie.
Wzruszył ramionami i wrócił na swoje miejsce.
W rurach coś zawyło, zarżało, zazgrzytało i zabulgotało, po czym zaczęło straszliwie rzęzić, w męce wzbierającego efektu kawitacyjnego popadając w coraz silniejsze drżenie.
– Zabiję sukinsyna!! – rozdarł się z holu Micho Rozkwaś a.
Trudny, nie podnosząc się z taboretu, otworzył drzwi i wychylił się z kuchni.
– Micho, do cholery, ciszej go zabijaj!
– To jest kretyn parlamentarny, on by nie potrafił wody w kiblu spuścić, a co dopiero…
– Micho! – warknął ostrzegawczo Trudny.
– Dobra, dobra.
Zamknął drzwi. Violetta obserwowała go znad zlewu.
– Aż się boję spytać, na co ci w firmie potrzebne podobne indywidua.
– Takie czasy, Viola, takie czasy.
Pokiwała głową i ostrożnie odkręciła kran – woda płynęła bez żadnych sensacji.
– Z gazem nie miałaś problemu? – spytał Trudny, szukając po kieszeniach papierosów.
– Nie pal mi tu – rzuciła Violetta, nawet nań nie patrząc. – Chyba że chcesz w ten sposób sprawdzić, czy nic się nie ulatnia.
Zaniechał sporu.
– Kawę, proszę – westchnął.
Bolała go głowa. Od dwóch dni właściwie nie spał. Pojutrze miał przyjęcie u Geider-Mullera i wiedział, że się upije – był to jedyny sposób, jaki mu jeszcze pozostał, na bezbolesne wymigiwanie się od odpowiedzi na liczne indagacje szefa Janosa i samego Standartenfuhrera w sprawie niemieckiego obywatelstwa Trudnego. Fakt, iż mówił on biegle tym językiem, miał przodków po kądzieli pochodzących z okolic Śląska, szczycących się arystokratycznym nazwiskiem von Valde, a przede wszystkim – iż posiadał tylu znajomych pośród niemieckiej kadry oficerskiej; wszystko to czyniło niemal koniecznym szybkie przenarodowienie Trudnego i jego rodziny. Zdawał sobie sprawę, iż czeka go ono prędzej czy później, nie wywinie się, Janos jasno mu to wyłożył: nawet pieniądze kosztują. W Polsce mógłby być bogatym Polakiem, lecz w Generalnej Guberni może być wyłącznie bogatym Niemcem. Trudny rozmawiał już o tym z żoną i cała sprawa, rzecz jasna, nie wywołała jej entuzjazmu; w tamtej rozmowie przenarodowienie stanowiło jednakowoż zaledwie jedną z ewentualności – a teraz Jan Herman będzie musiał postawić Violę, rodziców, dzieci oraz wszystkich krewnych i znajomych, przed faktem dokonanym. Ostracyzmu się nie bał, miał pieniądze. Bał się kłótni w domu.
Podziękował za kawę. Przesiadł się wraz z nią i rulonami planów architektoniczych na krzesło po drugiej stronie drzwi, przy stoliku, który w swym aktualnym położeniu barykadował tylne wyjście z budynku. Wyjście to, mieszczące się po prawej stronie okna, przez poprzednich właścicieli było najwyraźniej nie używane, zabito je bowiem deskami. Trudny zdecydował o jego odnowieniu, kazał również zamontować lampę na zewnątrz, nad schodkami. Podwórko było wprawdzie niewielkie i zamknięte ze wszystkich stron wysokim murem, za którym znajdowały się puste garaże, lecz stanowiło przecież część posesji i należało do Trudnego. Jeszcze nie wiedział, do czego może mu się przydać.
Spojrzał przez okno: prostokąt śniegu z krzywymi pasami cieni, jedna wrona, czyjeś ślady. – Kto wychodził na podwórze?
– Konrad. Mówił coś o oknach strychu. Nie wiem, czego chciał.
– Konrad wchodził na strych?
– Zakochał się w nim. Zapowiada, że przyprowadzi kolegów, zinwentaryzują go.
– Zabroniłaś mu.
– No, pewnie. Zresztą pogonił go Józek. On chyba ma nadzieję, że podarujesz mu całą jego zawartość.
Konrad, ich najstarszy syn, który w kwietniu skończy siedemnaście łat, posiadał niewyczerpane zasoby energii. Po prawdzie zaczynał już Trudnego przerażać. Ponieważ nauka na kompletach zdawała się zajmować mu zaledwie ułamek czasu, ojciec wciągnął go do pracy w swojej firmie. Rychło okazało się, iż dla Konrada i firma to też za mało. Zaczął się prowadzać z jakimiś szczeniakami w skórzanych kurtkach; jednego z nich Trudny rozpoznał później w obstawie Majora. Nic nie powiedział żonie, ale sam już niemal widział wieńce na nagrobku syna. Wziął go więc ze sobą na kilka przyjęć organizowanych przez Janosa i Geider-Müllera, gdzie młodzieńca, zgodnie z przewidywaniami, zaabsorbowały i
Pił kawę i przyglądał się Violi. Nocami, kiedy pytała go szeptem, czy ją jeszcze kocha, odpowiadał, że oczywiście teraz, w elektrycznym świetle sztucznego dnia, nie zdołałby tak gładko jej okłamać. Na szczęście ona w dzień nie pytała. Wciąż była piękną kobietą – jeszcze zanim się z nią ożenił, wiedział, że długo zachowa młody wygląd, taki był bowiem typ jej urody: sylwetka szczupła, drobna i niska, szczupła twarz, kruczoczarne włosy, jeszcze ciemniejsze oczy, nie najjaśniejsza cera. Takie kobiety, starzejąc się, bardzo rzadko tyją, a przed zmarszczkami często udaje im się chronić jeszcze nawet po czterdziestce. Nie mają powodów do przedwczesnej zgryźliwości, toteż zachowują także młodość ducha. Wszystko to wiedział, gdy się jej oświadczał, on z kolei bowiem był mężczyzną systematycznym, stara