Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 26 из 71

–  Bardzo mi przykro, ale to są zapiski szaleńca.

–  Mhm?

–  Bez sensu.

–  Mnie nie chodzi o ich sens; mnie idzie o ich treść. Co mianowicie ten szaleniec tam napisał?

Żyd nie tracił energii także na jałowe spory.

–  On wierzył w czary – odrzekł. – Wierzył, że sam jest w stanie… potrafi je czynić. Miał księgę…

–  Tak…?

–  Miał księgę, w której zawarto opis tych czarów. To bardzo stara księga; średniowieczny odpowiednik tego jego notatnika. I

–  Szymon Sznic.

–  Co?

–  Szymon Sznic. Tak najprawdopodobniej nazywał się autor pamiętnika, który pan właśnie przeczytał.

–  Nie żyje?

–  Sznic? Dlaczego?

–  Czas przeszły.

–  Ach – Trudny wzruszył ramionami. – Nie wiem. Chyba. No, co on jeszcze tam zapisał?

–  Dużo rzeczy, ale mówię panu, że to są majaczenia szaleńca. Czego pan właściwie chce? Pan mi powie, bo nie rozumiem.

Noc, pomyślał Jan Herman, noc.

–  Chcę wiedzieć wszystko o tych jego czarach. A im bardziej to szalone, tym lepiej.

Żyd zaśmiał się cicho.

–  Pan też w nie wierzy.

–  Gadaj.

–  On zamierzył sobie zostać nadczłowiekiem.

Trudnego zatkało. – Hę?

–  Tak się wyraził w jednym miejscu. W i

–  I co, został nim?

–  To w ogóle jest mętna historia. Sznic najwyraźniej gdzieś się ukrywał, był zamknięty w jakimś pomieszczeniu, nawet dosyć szczegółowo je opisał. Przeprowadzał tam bliżej nie sprecyzowane eksperymenty podług notatek owego średniowiecznego wariata. Potem coś mu przeszkodziło… niejasne to. Zresztą, kontynuuje w ten sposób tradycję: sam wszak klnie i pomstuje na swego poprzednika, że nie pozostawił wielu konkretnych wskazówek.

–  A te, które pozostawił?

Żyd podniósł wzrok na Trudnego. Niezdrowe, rozpełgane światło lampy naftowej nadawało skórze jego twarzy barwę starego pergaminu.

–  Pan ma tę drugą księgę?

–  Bo co?

–  Ma pan? Ma?

–  Załóżmy.

–  Czego pan tak naprawdę chce? Trudny się wściekł.

–  Chcę wiedzieć! – warknął. Brodacz milczał i milczał.

W końcu wyciągnął do Trudnego rękę.

–  Proszę mi jeszcze na chwilę podać ten zeszyt. Jan Herman zawahał się, ale sięgnął do teczki.

Żyd zabrał się do systematycznego kartkowania; w jego trakcie rzucił:

–  Ma pan coś do pisania? Trudny wyjął pióro i notatnik.

Chwilę potem Żyd odnalazł właściwą stronę.

–  Izaak Goldstein. Złotnik zresztą. Nie ma ulicy, ale numer domu dwadzieścia dwa. Był wdowcem, był stary. Brak dalszych szczegółów.

Trudny zanotował.

–  Kto to, ten Goldstein? Brodacz uśmiechnął się szyderczo.

– Jak to kto? Kabalista, rzecz jasna. To on dał Sznicowi Księgę. Chciałeś wiedzieć, więc wiesz; a teraz idź do niego, no idź do niego, nadczłowieku.

16.

Pierwszy raz zdarzyło mu się znaleźć w dzielnicy żydowskiej, gdy miał pięć czy sześć lat. Ojciec, Paweł Trudny, musiał tam mieć widocznie coś do załatwienia – zabrał syna, bo tego dnia wszędzie go ze sobą zabierał. Był środek lata, upał straszliwy, wszystko płonęło białym słońcem. Spocona rączka Jana Hermana wyślizgiwała się z ojcowej dłoni. Pamiętał ten pot i gorąc, i jasność, i po prawdzie niewiele więcej. Te najstarsze, dzieci

Szedł podwórzami getta. Widział tylko śmierć.

Oczywiście – była noc.

Grążel i Paniebuda zostali za murem, przykazał im czekać do świtu; oni byli na wszelki wypadek, do ugadanią strażników, których wszystkich znali z imienia, albo do dania w łeb komu trzeba, gdyby było trzeba. Trudny poszedł sam. Sam z Księgą. Dźwigał Księgę pod pachą, zawiniętą w czarne płótno. Cały też był ubrany na czarno – w starym płaszczu, spodniach, skórzanych rękawiczkach, a i noc była czarna, chmurna.

Szedł, a gorący oddech zamieniał się w parę przed jego twarzą. Stąpał z przesadną ostrożnością: tu, w getcie, po prawdzie nie musiał się niczego bać – nie chadzały tędy niemieckie patrole, nie wyłapywano w jego granicach przypadkowych przechodniów. Śnieg skrzypiał Trudnemu pod podeszwami. Szedł podwórzami, a śnieg zalegający na podwórzach getta był dziwnie płytki, błotnisty i brudny. Na zewnątrz – na zewnątrz dzieci lepiły zeń śnieżki.

Teraz, w środku nocy, cóż mógł Jan Herman zobaczyć, jeśli nie śmierć? I słyszał ją – w ciszy – i czuł – w mrozie, który zabija zapachy. Myślał, że nikogo nie spotka, lecz nie docenił panującego w getcie przeludnienia. Raz się nawet potknął o starca zamarzającego w milczeniu pod podwórzową szopą na węgiel. Mrok zalegał ciężki, tłusty, stężały i wciąż tężejący od rosnącego zimna; chwilami Trudny posuwał się naprzód niemal po omacku.