Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 38 из 86

– Po co pan nu przywołał? – zapytał McPhersona.

– Sądziłem, że zechcesz wu zadać kilka pytań.

– Po co? Odpowiedzi znasz ty. Ciebie pytam.

Judas zerknął na prymarną phoebe'u. Uśmiechała się wąsko, długimi palcami poprawiając kompozycję fałd kimona.

– Won – warknął stahs, i nanomancja obróciła się w pył, ten zaś zaraz rozmył się w powietrzu do obłoku zupełnie już niewidocznych drobin.

– Pytaj.

– Do czego wu byłem potrzebny?

McPherson spojrzał w szare niebo, klasnął językiem.

– Pamiętasz tę blondynkę, którą tu znokautowałeś? -Aha.

– To również była robota de la Roche'u. W istocie sta-rału się o tym zapomnieć, ale Cesarz nu zapisał, zanim zdążyłu sobie wyciąć z pamięci te fakty. Więc trafiliśmy większą część historii spisku. Dzięki tobie, rzecz jasna; dzięki tym adresom.

– Kiedy? Przecież dopiero co -

– Licz po a-czasie. Sczytano cię, gdy tylko wszedłeś na Pola Gnosis.

Zamoyski zmarszczył brwi. Rozpaczliwie starał się nadążyć. Których pytań teraz nie zada, pozostaną już nie zadane, nie będzie drugich szans, w każdym razie nie po-

winien się ich spodziewać. Ile jeszcze miesięcy minie, zanim wrócą do Sol-Portu?

– Jeśli opieraliście się na mojej archiwizacji… skąd pewność, że to nie fałszywka?

– Powiedzmy… było mi wygodnie założyć, że to prawda.

– I ile – pięć minut…?

– Akurat usiadłem do posiłku.

– Niewiele więc zdążyli ci przekazać.

– Fakt. Opowiedz.

– Nie, nie, nie. Ja pytam. Blondynka. Dalej.

– Blondynka. Maria Archer, stahs Trzeciej Tradycji. Niegdyś… przyjaciółka moja. Przed kilkunastoma laty jeden ze Spływów przeszedł niebezpiecznie blisko jej Pól. Cesarz sprawdził: sumy kontrolne niby się zgadzały. W istocie jednak pewna otwarta niepodległa inkluzja bezkodeksowa – teraz wiemy, że skryty Horyzontalista – korzystając z chwilowego chaosu zdołała się przemycić na te Pola. W ten sposób de la Roche zyskału dostęp do archiwizacji Marii. W przeddzień ślubu Beatrice przydarzył się stahs Archer śmiertelny „wypadek". Odczytała się już z zapiekłą nienawiścią do mnie i żelaznym planem zgładzenia mi pustaka. Taka była pierwsza część intrygi Maximillianu. Ale, jak zapewne zdajesz sobie sprawę, mord ciała nie załatwia sprawy: równocześnie wi

– A kto był autorem pierwszego zamachu?

– Ba, tego samu biednu Maximillian nie wiedziału. Ale ja zmierzam do czego i

– Skąd Sak?

– Od jakiejś inkluzji, do której chyba jeszcze nie dotarliśmy.

– Zostaliście technologicznie w tyle – pokręcił głową Zamoyski. – Niedobrze.

Wielce to rozbawiło Judasa.

– Masz na myśli Gnosis? Nie wiesz, o czym mówisz.

– O czym mówię? Oni dysponują technologią Saków, my nie.

– Nie myl kategorii: to Cywilizacja.

– Nie rozumiem.

– Nie tłumaczyła ci Angelika Praw Progresu? -Nie.

– Cóż. Uwierz mi na słowo. Nie zostaliśmy w tyle.

– „My", to znaczy kto?

– Mówiłem. Cywilizacja.

Judas spostrzegł minę Zamoyskiego. Odsunął talerz, westchnął, otarł usta.

– Widzisz, Gnosis nie jest po prostu firmą handlową, nie ma nawet na celu zarabiania pieniędzy, choć przyznaję, radzimy sobie nieźle. Gnosis jest istotnym elementem]

Umowy Fundacyjnej; bez Gnosis nie mogłaby istnieć Cywilizacja. Każdy kontakt z Deformantami i i

– Zaraz-zaraz, co ty właściwie -

– Ja naprawdę nie mam tu teraz czasu, żeby – Adam nie zniósłby kolejnej protekcjonalnej połajanki.

Machnął ręką.

– Nieważne – mruknął i odwrócił wzrok. – Z tego wszystkiego jednak wynika, że także akcja de la Roche'u była efektem błędnej interpretacji przecieku z przyszłości.

Stahs wyprostował wskazujący palec, świadomie wybierając pozę mentora.

– Bo tu zawsze trzeba ostrożnie z interpretacjami. Z samej natury Studni wynika cząstkowość informacji. Lecz nawet gdyby były zupełne… Wiemy przecież, że nie my jedni utrzymujemy Studnie. Nie liczę już Deformantów i i

Zamoyski dopił kawę, odchylił się na oparcie krzesła, oparł dłonie o blat.

– W jednym de la Roche miału rację: ty mnie jednak jakoś programujesz. No bo po co ta rozmowa? Nie musiałeś mi tego wszystkiego mówić. Ja też nie muszę ci niczego opowiadać: możesz pogadać z moimi symulacjami czyśćcowymi, jeśli tak to się zwie. Więc? Co takiego zyskujesz? Informację? Nie sądzę.

– Mówisz to wszystko na głos.

– Wiem. Do ciebie. Tak sobie myślę, jak to było naprawdę… – Adam wodził opuszkiem palca po krawędzi blatu. – Tak sobie myślę… Ty tymczasem, w ciągu tego roku, otrzymałeś kolejny przekaz ze Studni, Studni Gnosis, Horyzontalistów czy i

– Tak, tak, oczywiście – przytaknął z roztargnieniem Judas. – Zauważyłeś, że mówimy sobie po imieniu? – Wytarł dłonie i odsunął się od stołu. – Skoro mnie tak pięknie przejrzałeś, zapewne równie szybko wmówisz w siebie niechęć do mnie, co? Na pewno ci się uda. O, już wróciły. Chodź, chodź, nieszczęsna ofiaro mojej przyjaźni.

To straszne: Zamoyski czuł w tym momencie, że naprawdę mógłby się zaprzyjaźnić z tym mężczyzną. Chciał tego.

Słowa zostały wyrzeczone – nawet jeśli kłamliwe.

Zeszli z tarasu i ruszyli ku stajniom. Okrążyli wschodnie skrzydło, podążając brzegiem stawu. (Tu ciskałem kamienie).

McPherson szeptał w powietrze w nieznanym języku: komendy, pytania.

Konie powitały go uprzejmym „dzień dobry". Za-moyskiego obrzuciły pustymi spojrzeniami. Amazonki szczotkowały ich sierść. Czy nie powi