Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 32 из 86

Adam usiadł ciężko. Obmywany falami niskiego głosu Smauga, prawie nie słyszał wrzasków torturowanej manifestacji. Angelika zaś musiała pytać bardzo cicho, bo jej nie słyszał w ogóle.

Angelika. Ona jest w szoku, cudem przecież uszta śmierci, to na pewno są po prostu objawy tej zduszonej histerii…

Popatrzył w górę, na morze. Uspokoiło się, lazurowa toń odbijała jasne słońce (samo wciąż niewidoczne). Uciec stąd, nie patrzeć, nie słyszeć, zanurzyć się w chłodnej, czystej wodzie…

Wrócił do dziewczyny.

– Zostaw nu. Wiem, jak wyjść spod blokady. Chodź. Powiadomisz tatusia i skończy się to safari.

Dzieciak momentalnie przestał krzyczeć, jakby ktoś podniósł igłę gramofonu. Angelika odepchnęła jego stopy od ognia, skrzywiła się przy tym czując smród palonego ciała.

– Niemożliwie – sapnęła, łapiąc oddech. Podniosła wzrok na Zamoyskiego. – Jak?

– Ja się nie znam na Plateau – rzekł. – Ale wiem, że jeśli coś tutaj widzisz – ogarnął ruchem ręki wnętrze pętli – to możesz się tam też dostać. A widzieliśmy Kieł, prawda?

Zamrugała, przygryzła wargę.

– Tak. Masz rację. Nie pomyślałam.

– No to chodźmy.

Obejrzała się na chłopca o spalonych nogach.

– No co? – ponaglił ją Zamoyski.

– W chwili gdy wyjdziemy spod blokady – mruknęła – w tej samej sekundzie onu wróci na swoje Pola Plateau. Odzyska kontrolę i zmiażdży nas.

– Nieprawda! – zaprzeczył gorąco malec.

– Prawda, prawda – powtarzała Angelika, rozglądając się po okolicy.

Odeszła kilka kroków i podniosła coś z wysokiej trawy. Odwróciwszy się, strzeliła z biodra. Strzelba trzasnęła sucho, chłopakiem rzuciło pod stopy Zamoyskiego. Adam

odskoczył. Strzeliła po raz drugi; tak myśliwi dobijają zwierzynę. Dzieciak przewrócił się na twarz i zamarł. Cokolwiek z niego wyciekało, chciwa ziemia połykała to bez śladu. McPherson zerknęła na Zamoyskiego.

– Wyglądasz jak po szoku anafilaktycznym. Skinęła na Smauga.

– Ten Kieł. Prowadź.

Smok podźwignął się i powlókł przez sawa

Adam trzymał się półtora kroku z tyłu. Obracała głowę.

– Podaj jakąś alternatywę zamiast robić takie miny.

– Nawet gdybym podał – wycedził – to i tak teraz nie ma to już znaczenia; wcześniej zabiłaś, niż spytałaś.

– Ale alternatywy nie było. No. Już. To tylko cerebry-zowana kukła jakieguś phoebe'u czy inkluzji – onu samu nie będzie tego nawet pamiętać.

– Pieprzysz głupoty. Taki miałaś odruch. Wzruszyła ramionami.

Stanąwszy nad stolikiem z kryształem, sprawdził ścieżkę powrotną. Smok szedł jeszcze krótszą. Przecisnęli się przez jakąś bardzo ciasną pętlę +G, w całości we wnętrzu metalicznej konstrukcji – i wyszli na afrykańską równinę pod fioletowym niebem z zawieszonym na nim Kłem. Słońce znajdowało się jednocześnie w dwóch miejscach na nieboskłonie, wyżej i niżej – cienie rozkładały się niczym wskazówki zegara, mniejsza z większą, podwójny gnomon.

Zamoyski pamiętał, że poprzednio na gładkiej powierzchni Kła (a obracał się on teraz dwie dłonie nad horyzontem, oko się gubiło w ocenie odległości i wielkości obiektu) widział trzy refleksy Słońca – ale wtedy patrzył z i

– Mieści się w tej pętli? – Angelika spytała Smauga.

– Nie, ale stąd najbliżej.

– Liczysz po powierzchni.

– Tak.

– A bezpośrednio?

– Mam zaprowadzić? -Tak.

Tym razem szli dłużej, pętla była obszerna, ponadto musieli omijać rozlegle Strefy. Nie kierowali się bynajmniej ku Kłowi – jego obrazowi na niebie – lecz pod kątem około trzydziestu stopni. Strawersowali pętlę zdewastowanego krajobrazu, źle zorientowana grawitacja wywróciła tu okolicę na nice, szło się jak po świeżym grobie tysiącletniej puszczy. Już w ogóle nie widzieli Kła. Smok prawie biegi, pomagając sobie od czasu do czasu skrzydłami. Angelika bez problemu weszła w rytm szybkiego marszu – i, ku swemu zdumieniu, Zamoyski również.

Stanęli w miejscu niczym się nie wyróżniającym. Adam, wyrównując oddech, uniósł głowę. Niebo – teraz (tutaj) szaropopielate – było puste.

Smaug wycelował czarny pazur prosto w zenit.

– Cztery tysiące osiemset pięć metrów – zadudnił. Oboje zadarli głowy.

– Trzeba nam drabiny do nieba – mruknęła McPher-son. – I to ekspresowej.

Zamoyski opuścił wzrok na Smauga. Uniosła brew. – Myślisz…?

– Jeśli będzie miał dość miejsca… Jak wygląda topologia pętli na takich wysokościach? Sądziłem, że to się zamyka mniej więcej sferycznie.

– Wątpię, czy wycięli pięć kilometrów atmosfery Ziemi. Z drugiej strony – nie oddychamy próżnią, ciśnienie w normie. Być może po prostu kilka pętli po drodze…

– Smaug?

– Najprościej? – zabuczało smoczysko. – Balon na wodorze. Wpierw elektroliza. Mara zacząć?

– A czemu nie weźmiesz nas po prostu na grzbiet albo, no, chwyć jakoś szponami… Co? Czemu nie?

Smaug zwrócił łeb ku Angelice.

– Jeśli chcesz ryzykować, stahs…

McPherson raz jeszcze zadarła głowę, zmrużyła oczy, jakby istotnie mogła coś dojrzeć w monochromatycznej szarości – tam, na wysokości pięciu kilometrów.

– Nie, lepiej nie.

– Mam zacząć?

– Proszę.

Zamoyski, nie bardzo wiedząc, czego właściwie spodziewać się po bestii, odstąpił kilkanaście kroków. Lecz smok wydawał się trwać w bezruchu. Zległ na brzuchu, łapy pod łeb, skrzydła po tułowiu, i tylko puszczał parę pyskiem.

Ostatecznie rzecz zajęła nanomatowi ponad dwie godziny; nie mieli zegarków, słońce nie przemieszczało się po nieboskłonie, Adam zmuszony byl zdać się na zegar swego organizmu, ile godzin odmierzyły skręty jelit i uderzenia głodu. Potem Smaug był martwy. Zamoyski przekonał się o tym, gdy, zaniepokojony dłuższym milczeniem nanoma-tu, w końcu wstał, podszedł, dotknął – i gad rozpadł się mu pod palcami w chmurę gryzącego gardło i szczypiącego oczy pyłu.

Zamoyski się rozkaszlał. Angelika nawet nie spojrzała – przez cały czas leżała na plecach z rękoma pod głową, od początku konsekwentnie ignorując Adama. Ziemia naokoło nich dość szybko zaczęła była zmieniać barwę, pojawiły się pęknięcia, wybrzuszenia, zapadliska, ktoś orał twardą glebę sawa

Ale co wówczas Zamoyski odkrył: nie krępowało go co milczenie. Rzadkość, wielka rzadkość, zwłaszcza gdy milczy się z osobą przeciwnej płci, tu zawsze są podteksty. Tymczasem nie; pełen komfort psychiczny. Mimo że wciąż za każdym razem widział w jej twarzy odbicie tej chwili, gdy pociągała za spust. I już nie był pewien, co czuje: obrzydzenie czy fascynację?

Gdyby nie była tak młoda, gdyby nie była w tak oczywisty sposób obca - pochodząca z obcego świata, z obcych czasów – mógłby przynajmniej objąć ją jakimś konkretnym uczuciem: nienawiścią, pogardą, odrazą, czymkolwiek. Tymczasem – epilepsja emocjonalna.

Odezwała się, kiedy wrócił od obróconego w proch Smauga:

– Nie jestem do końca pewna, jak on to rozegra, ale… usiądź lepiej na swoim miejscu.

Dopiero teraz dostrzegł: w miejscu, z którego się podniósł, ziemia miała i

– Siadaj. Usiadł, położył się.

– Nie mógł zachować równocześnie swej manifestacji?

– Jezu, nanoware bez twardego progu przyrostu masy…? Nikt nie jest aż tak szalony! – mruknęła Angelika.

Zamoyskiego zaczęły swędzieć plecy i nogi. Chciał się podrapać – i odkrył, że ma problemy z podniesieniem i zgięciem ręki, pleśń błyskawicznie wrosła w materiał koszuli. Koszuli, spodni, butów – sprawdzał po kolei kończyny – splotła się nawet z włosami, po kilkunastu sekundach nie mógł unieść głowy.

– Angelika…

– Mhm?

– Zdaje się, że zapuściłem korzenie.