Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 67 из 72

Większość kartek (osiem spośród jedenastu!) dawała rymy będące jakąś przestrogą, i większość (siedem spośród jedenastu!) niosła rymy, w których była mowa o „nabiale” mężczyzn. Exemplum triolet Juliusza Baykowskiego, ze zbiorku „Uty” (skrót od utykać, ponieważ Baykowski jako pilot wojskowy stracił nogę), wydanego A.D. 1938 prywatnie (domowo), w dwudziestu ledwie egzemplarzach, techniką linorytu. Baykowski pisał te obsceniczne „triolety poufne” pod pseudonimem Apolinary Tonieja, bawiąc się i świntusząco, i poetycko, triolet bowiem to misterna forma rymowania, będąca właściwie zręczną grą słów: jest to strofa złożona z ośmiu wersów, gdzie wers pierwszy powtarza się jako wers czwarty i siódmy, a wers drugi występuje ponownie jako ostatni. Przysłany Mariuszowi (tym razem z Kapsztadu, 2004) triolet Baykowskiego był tzw. dobrą radą dla „nabiału” adresata:

Gdyby „Zecer” wiedział, że ten rym to triolet, i gdyby wiedział co to jest triolet, domyśliłby się może, iż wedle złośliwości tajemniczego nadawcy owa „woda” to nie rzeka, tylko leżący między rozpalonym po parysku samcem a zimną samicą Atlantyk, i może domyśliłby się jeszcze paru i

„Czy jej lubieżne wdzięki, jej nadobność gładka,

Widok jej opiętego i krągłego zadka,

Zdoła wzruszyć przygasłe w jajcach twych płomienie,

Których sławne jest jeszcze dotychczas wspomnienie?”.

Denerwowały też „Zecera” koperty mieszczące pocztówki. Jako adresat widniał tam każdorazowo „Mr Mariusz «Cock» Bochenek”. Wszyscy znający angielszczyznę wiedzą, że „cock” to po angielsku: kogut. Ale wszyscy znający wulgarny angielski slang wiedzą, że „cock” to również obraźliwy epitet, który się przekłada na sarmacki przy użyciu liter ch i jeszcze dwóch i

Z mężczyznami jest coś nie tak, o czym świadczy rosnąca lawinowo sprzedaż wibratorów na każdym kontynencie prócz Antarktydy, gdzie pingwinice jeszcze nie potrzebują sztucznego wspomagania. Media znowu przyniosły „wywołujące zawrót głowy dane o wzroście sprzedaży wibratorów” („Der Spiegel” 2007) i znowu podkreśliły, że kupującymi są głównie żony tudzież konkubiny, co dowodzi żeńskiego rozczarowania wydolnością partnerów. Sprzedaż dmuchanych (nomen omen) lalek plastikowych i sztucznych wagin jest rażąco mniejsza, chociaż w tej sferze istnieją piękne tradycje, by wspomnieć XVII-wieczne japońskie sztuczne waginy „azumagata” (ersatz kobiety), wykonywane z szylkretu (obudowa) i zamszu (otwór), a zwane „poduszeczkami rozkoszy dla wędrowców”, czy także XVII-wieczne (i XVIII-wieczne) holenderskie skórzane lalki dla żeglarzy, które w Azji zwano „holenderskimi żonami” i ceniono za rzemieślniczy kunszt. Jolanta eksKabłoń Nowerska miała ten właśnie problem: była posiadaczką dwóch różnych typów wibratora, gdyż wspomaganie organiczne (kochanek Denis Dut) jakoś nie likwidowało dotkliwej próżni egzystencjalnej u tej białogłowy. D… więc zaspokajała elektrycznie, natomiast duszę koiła profetycznie, biegając raz tygodniowo do wróżki noszącej piękne antyczne imię Sybilla.

Wróżbiarstwo jest niesłusznie pogardzane i wykpiwane przez racjonalistów, którzy – całkowicie bez sensu – lekceważą ogromną jego rolę terapeutyczną. Zwłaszcza rolę jasnowidzących pań, klientela bowiem bywa głównie damska, a któż lepiej zrozumie kobietę od kobiety? Przepowiednia nie musi być trafna – wystarczy, że podziała jak placebo. Rada nie musi być mądra – wystarczy, że sprawia wrażenie. Pociecha nie musi być szczera – wystarczy, że będąc czułą, grzeje ego klientki. Dobra wróżka wi

Jednak nie było stać Joli na wyrzucanie pieniędzy, więc prędzej czy później między nią a Sybillę musiała wkraść się nieufność, tym bardziej że, mimo upływu lat, „romantyczny brunet, poeta, chyba Włoch” nie zjawiał się, choć tarot konsekwentnie zapowiadał tego serenadowego ogiera, a szklana kula przytakiwała tarotowi niby echo słodkich rymów. Wiedząc już, że zbliża się „come back” do kraju, Jolanta N. postanowiła Sybillę zweryfikować, by definitywnie mieć pewność. Zabrała ze sobą na wizytę u wróżki odstawionego luksusowo „Guldena” Wendryszewskiego i skłamała:

– To mój nowy facet. Powiedz mi czy mam się z nim wiązać, jaka czeka mnie z nim przyszłość, bo nie chcę zrobić błędu. Możesz go sprawdzić?

– Nie muszę go pod tym względem sprawdzać, bo to nie jest twój nowy facet, kochana – rzekła Sybilla, krzywiąc cierpko wargi. – Przyprowadziłaś tego dżentelmena dla żartu, ale ja nie pracuję dla żartów. Gdybym chciała zarabiać żartami, poszłabym do kabaretu, kochaniutka.

Jolę zdumienie wbiło we frędzlasty fotel pod czerwoną lampą wróżki:

– Jak to odkryłaś?!

– Bo widzę. Widzę ręce.

– Przecież nie obejrzałaś linii jego dłoni, Sybillo!

– Ale obejrzałam twoje. Źrenice są zwierciadłami duszy i wydrukami stanu zdrowia, a ręce są zwierciadłami sekretów. Dzisiaj chirurgia plastyczna robi takie rzeczy, iż ludzie patrząc na twarz kobiety pozornie trzydziestoletniej, nie wiedzą czy ma ona dwadzieścia dziewięć, czy może sześćdziesiąt lat. Ja patrzę na wierzch jej dłoni. Dłonie zdradzają sędziwość sześćdziesięcioletnich kobiet. A spód dłoni, pełen linii, mówi wszystko o człowieku. U ciebie nie ma tam tego dżentelmena jako kochanka. I nie ma go w twoim tarocie. Znam twoją miłosną przyszłość, wiem co czeka twoje serce, tylko musisz poskromić swoją niecierpliwość. Wkrótce wyjedziesz stąd i już tu nie wrócisz, ale to, co jest pisane twemu sercu, kochana, czeka cię w twoim łóżku. Jednak życie człowieka to nie tylko łóżko. Postawię wam tarota, osobno każdemu z was, moi drodzy. Dżentelmen da mi też swoje dłonie, bym przeczytała mapę linii jego życia. Na koniec roztopimy wosk i zajrzymy w szklaną kulę. To twoja ostatnia wizyta u mnie, Jolu, więc będzie bardzo długa i całkowicie bezpłatna, nie wezmę pieniędzy.