Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 3 из 72

Chłopiec nosił nazwisko Kudrimow.

Wbrew twierdzeniom zachodnich polityków – demokracja, czyli rządy większości, wcale nie funkcjonuje na Zachodzie koncertowo. Przykładem Wyspy Owcze, autonomiczna prowincja Danii. Na Wyspach Owczych mieszka 40 tysięcy obywateli i kilka razy więcej owiec, a mimo to rządzą ludzie. Pod tym względem Rosja plasuje się dużo wyżej jako wzorowa demokracja, czego dowód to fakt, że gnane „owczym pędem” masy rosyjskie wybrały sobie jako nowego satrapę Władimira Putina, funkcjonariusza (podpułkownika) tajnych represyjnych służb.

Charakterystyczną cnotą mas rosyjskich jest, od wieków, zupełna niereformowalność, vulgo: stałość, a w czasach globalnego braku lojalności, w czasach chaosu i leseferycznego liberalizmu, stałość to cecha budząca szacunek. Mija tysiąc lat i zmieniły się jedynie „tabu”, czyli fanty kultowe niewymienialne na „wodę ognistą”: dawniej można było przepić wszystko prócz ikony; dzisiaj przepija się wszystko prócz telewizora, bo bez kolejnego odcinka sitcomu życie byłoby równie podłe jak bez gorzałki monopolowej lub bez bimbru. Zaś niezłomna rabolubna vel filorabna stałość mas rosyjskich, czyli rabów, została przez wieki wykuta genetycznie w psychice „ludu” rosyjskiego. Chodzi o psychikę zbiorową, które to określenie niewątpliwie budzić będzie sprzeciw tych dyplomowanych psychologów i psychiatrów, co analizują tylko psychikę indywiduum, natomiast zjawisko psychozbiorowości jest im obce, lecz my tu mówimy nie o scjentycznych przesądach, ino o historycznych faktach.

Czołowy polski ekspert zajmujący się PR, a więc „kształtowaniem wizerunku medialnego”, Piotr Tymochowicz, tak sformułował starą prawdę, znaną makiawelistom i politologom od niepamiętnych czasów: „Ludzie w swej masie są debilowaci. Żeby nimi kierować, trzeba dokładnie zrozumieć psychologię debila”. Bezbłędnie rozumieli ją Iwan Groźny, Piotr Wielki, Lenin, Stalin, właściwie wszyscy rosyjscy despoci, dlatego regularnie urządzali megarzezie „wrogów ludu”, „wrogów narodu”, „wrogów imperium”, „wrogów proletariatu”, „wrogów socjalizmu” itp., a masy kochały carów i genseków za te „czystki”- im bardziej krwawe zdarzały się hekatomby, tym miłość „ludu” do władających rzeźników potężniała. Tradycja bizantynizmu oraz wieki despotyzmu ukształtowały „duszę rosyjską”, darzącą kultem ten właśnie system rządów i będącą rewersem systemu, ergo: uformowały trwałą niewolniczą mentalność ludności, wybornie zdiagnozowaną (1843) piórem markiza de Custine. Wszystko to przy wsparciu całkowicie przegniłej Cerkwi; rzeczywistą religią stał się tron, rzeczywistym bogiem – tyran. Inaczej mówiąc: samodzierżawie stało się w Rosji religią silniejszą niż prawosławie. Mylą się zatem ci, którzy wskazują amerykańskie plantacje XVIII i XIX wieku jako symbol niewolnictwa. Rekordowe niewolnictwo panuje od stuleci w rosyjskim imperium, wedle reguły, o której tak pisał polski wieszcz narodowy, Adam Mickiewicz:

„Własne tylko upodlenie ducha

Nagina szyję wolnych – do łańcucha”.

Dzisiaj (2006) rosyjski pisarz, Juz Aleszkowski, który zwiał do USA, identycznie mówi o Rosji putinowskiej: „Serwilizm toczy wszystkich - i elity, i lud. Każdy pragnie lizać dupę, aż rwą się do tego”. We wszechrosyjskim gułagu Stalina również rwali się do tego, mimo że nie było wówczas rodziny nieskaleczonej wywózką któregoś członka (lub paru członków) na Syberię. Mawiano żartobliwie: „- Dalej niż na Sybir nie ześlą”. Czyli: nie jest tak źle, bracia! Co za tym idzie – Rosjanie lubili barbarzyński komunizm, bo nie lubili wolności. Współczesny Stalinowi Salazar, portugalski prezydent antykomunista, słusznie twierdził: „Komunizm to synteza wszystkich buntów materii przeciw duchowi, barbarii przeciw cywilizacji. Nie można pragnąć równocześnie wolności i komunizmu, bo jedno wyklucza drugie, podobnie jak despocja wyklucza słuszną tezę, że państwo wi

„W Rossiji niet zakona,

Jest' kot, a na kotu korona”.

Miast prawa – pal koronowany. Lecz masy rosyjskie wolą cara-batiuszkę od praworządności, dlatego ekskagiebista Władimir Putin bardzo im się spodobał. Kilkaset ofiar tu czy tam co pewien czas – tylko przydawało mu blasku jako twardorękiemu. „Panrawiłsa”, więc kult „demokraty Putina” stał się faktem. Rzecz prosta – „demokraty” w cudzysłowie. Autentyczną bowiem demokrację sporo dzieliło od putinowskiej „suwere

„…jak jest niebezpiecznie

z demokratami nie być dosyć grzecznie”.

W przyrodzie panują odwieczne żelazne reguły, które miękną kiedy łamie je kaprys przeznaczenia, czy jakaś burza hormonalna, czy niesforna wyobraźnia ludzka. Wtedy to się nazywa „wyjątek, co potwierdził regułę”.

Swego czasu (lata 60-e wieku XX) uczeni amerykańscy oraz izraelscy przeprowadzili ciekawe badania męsko-damskich par -Amerykanie zbadali kilka tysięcy kochających się studentów i studentek, tudzież kilka tysięcy młodych ludzi, którzy pierwsze sześć lat swego życia spędzili razem (jeden dom, jedna ulica, jedno podwórko), a Izraelczycy (grupa socjologa Sheptera) prawie trzy tysiące małżeństw zawartych w kręgu kibuców sąsiadujących ze sobą. Wynik był identyczny, całkowicie obalał raj miłości dziecięcych Baudelaire'a jako poetycką mrzonkę, albowiem nigdy nie tworzą miłosnych par ludzie, którzy, będąc dziećmi, wychowywali się razem przez pierwsze lata swego życia. Wniosek brzmiał: „Nie można zakochać się w kimś, z kim spędziło się pierwsze łata życia”. Rosjanie, którzy tradycyjnie torpedują naukę „imperialistów” dowodząc, że wynaleźli wszystko wcześniej – od koła i druku, do żarówki i radia (pionierem był tu starożytny rusinski filozof-matematyk Pietia Goras, zwany błędnie Pitagorasem z Samos) – tym razem też przeciwstawili się empirycznie, małżeństwem Lieonida Szudrina i Larissy Tiełkiny. Ci dwoje byli razem w jednym żłobku, w jednym przedszkolu, w jednej klasie szkolnej, w jednym zastępie pionierów, w jednym kółku komsomolskim, i wreszcie w jednym łóżku.

Lieonid poślubił Larissę gdy tylko otrzymał dyplom Wydziału Historii Uniwersytetu Moskiewskiego (1986). Równocześnie Larissa została absolwentką Wydziału Socjologii. Wprowadzili się do jej matki, wdowy Tiełkiny, kobiety zacofanej, dewocyjnie religijnej, która po kilku latach (1992) zostawiła im mieszkanie, bo zobaczyła w telewizji zmartwychwstałego znowu Jezusa Chrystusa i wyjechała na Syberię, gdzie rezydował ów bóg.