Страница 13 из 72
Sto lat temu ukazała się drukiem rozprawa doktora Karola Fongelzena „Higiena małżeństwa – miodowe miesiące” (1906). Można było tam znaleźć wiele rad i przestróg służących zdrowiu, m.in. taką: „Nadmierne spółkowanie pociąga za sobą rozmaite cierpienia i choroby, częstokroć bardzo przykre i dolegliwe”. Witold Nowerski nie czytał pracy doktora Fongelzena, ale gdyby czytał – zgodziłby się z przytoczoną tezą. Dłuższy pobyt w bieszczadzkiej komunie hipisów, gdzie wszyscy (prócz smarkatych dzieci) stanowili grupowe małżeństwo praktykujące intensywną „free love”, ukazał Witkowi gamę chorób wenerycznych, które nie dawały się pacyfikować ziołami, więc trzeba było jeździć do Ustrzyk Dolnych, bo tam była przychodnia i strzykawki służące antybiotykom, nie zaś „dragom”. Od ciężkich narkotyków ustrzegł go „Rubens” (skończyło się na wąchaniu prymitywnego „kleju”; po pewnym czasie Mariusz B. to też „Znajdzie” wyperswadował), a od „francy” niespecjalna „chcica” ku płci odmie
Bardziej niż fertyczne blondynki podobali się „Znajdzie” dwaj spośród tych kolegów, kudłacze półgoli nawet zimą, lecz nie mógł tego przećwiczyć, bo w komunach wyrosłych z buntowniczego ruchu '68 pederastia nie była szczególnie modna. O ile „najczęściej występującym ssakiem górskim jest góral” (humor zeszytów), o tyle najczęściej występującym ssakiem hipisowskim tamtych czasów były żeńskie „dzieci kwiaty”, brakowało bowiem prawie ćwierci stulecia do ery homoterroru gejowsko-lesbijskiego, czyli do schyłku XX wieku, kiedy wpływ mafii „kochających inaczej” zdyscyplinował propedalsko cały postępowy glob, zamieniając kodeks moralny ludzkości na kodeks oralny, i królować zaczęła parafraza tytułu książki Milana Kundery – „nieznośna lekkość odbytu” [© W. Łysiak]. W komunie Witold hamował swoje ciągoty, wiedział bowiem, iż życzliwy mu „Rubens” jest wrogiem pederastów, typowym „pedałobójcą”. Dzisiaj mówi się o takich fanatycznych heterykach (jeszcze nie jako heretykach, lecz i to może przyjść): „seksszowiniści”, ale wtedy slang „political correctness” dopiero raczkował, to była era libertyńskiego przedświtu.
Testem decydującym dla seksualnego samookreślenia się Witolda były mazurskie wakacje. Pierwsze jego prawdziwe wakacje -pierwszy w życiu „Znajdy” wyjazd klasycznie urlopowy. Grupka studentów-dysydentów, którzy drukowali u „Zecera” swoje konspiracyjne pisemko, wyjechała latem na Mazury, z plecakami i namiotami, co dawało względnie tanią samodzielność, bo hotele lub domki campingowe zbytnio drenowałyby kieszenie żaków. Trzy pary – trzej chłopcy i ich dziewczęta. Jako siódmego wzięli ze sobą „Znajdę” (mówiąc, że biorą „przylepkę”), gdyż poprosił ich o to Mariusz. Kupił „Znajdzie” namiot, zaopatrzył we wszelkie turystyczne (plus finansowe) akcesoria, i odprowadził całe towarzystwo do pociągu.
Namiotowali przy brzegu romantycznego jeziora (te białe żagle, te wschody i zachody słońca!), pili, śpiewali, nurkowali, kajakowali, robili kiełbaskowe ogniska – każdego dnia było wesoło do głębokiego zmierzchu. Później przez niecałą godzinę z trzech namiotów płynęły ku gwiazdom lub chmurom ekstatyczne sapania i jęki, po czym zapadała nocna cisza i onanizujący się Witek też mógł usnąć. Lecz nim minął tydzień, trzy sympatyczne studentki (Ola, Grażynka i Beata) zgadały się konspiracyjnie (vulgo: za plecami swych partnerów, trzech antyreżimowych konspiratorów), że ten miły Wicio jest taki biedny, bo nie ma dziewczyny. I ustaliły, że będą mu kolejno robić dobrze, kiedy tylko ich chłopców zmorzy Morfeusz. Każdej nocy, gdy męska studenteria kimała już „jak kamień”, któraś dama opuszczała cichaczem swój namiot, wślizgiwała się do namiotu „Znajdy”, i robiła z jego przyrodzeniem co chciała – „everything”. Poddawał się temu bezwolnie, ale każdej nocy marzył, by to nie któraś, lecz któryś wśliznął mu się do namiotu. Choćby Roman, szczupły kręto włosy blondyn studiujący prawo… Wtedy definitywnie uświadomił sobie, iż jest „zbokiem”- homoseksualistą bez żadnej wątpliwości.
Przed swym patronem udawał normalnego. To udawanie było grzechem mniejszym niż skrywana skło
„Zecer” ucapił go przy warsztacie stolarskim II bloku, strzelił dłonią przez pysk aż huknęło, chwycił za brzegi „katany” więzie
– Ty gnoju! Ty śmierdzący pedrylu!! Kto cię tak przekręcił, gadaj!
– Niiikt… – wycharczał „Znajda”.
– Od kiedy to robisz?!
– Nie wiem. W domu dziecka bawiliśmy się jak gasło światło.
– Koniec tych brzydkich zabaw! – ryknął Mariusz, luzując uścisk. – Koniec! Jeśli usłyszę jeszcze choćby raz, że się cwelisz, to finito między nami, „Znajda”. Fi-ni-to, szlus! Będziesz obcy! Zrozumiałeś?
– Co mam nie… co mam nie rozumieć… no co! – chlipnął Witek, i rozpłakał się rzewnymi łzami.
Klara Mirosz urodziła się wiosną 1969 roku. Kilka lat później opuściła Polskę razem z mamą. Było to efektem kryzysu małżeństwa Miroszów, właściwie tąpnięcia, czyli ewenementu trochę gwałtownego, bo świeżo upieczony doktor inżynier Mirosz (dawniej asystent na Wydziale Łączności, później adiunkt na Wydziale Fizyki Politechniki Warszawskiej), zerwał duchową i fizyczną łączność stadła, przerzucając swoje uczucia hormonalne ku studentce, która póki co miała jędrniejszy biust aniżeli obiekt ślubny. W decydującą tzw. „karczemną awanturę” małżeńską włączył się niby mecenas diabła teść Krystyny, stary Mirosz, niegdyś wojujący „moczarowiec”, który zamiast lać oliwę, judził syna głośno:
– Stale ci mówiłem, że ta gudłajka nie da ci szczęścia! Wygoń Żydówę precz!
Krystyna opuszczała Lechistan pełna nienawiści do „polskich antysemitów”, i córce wszczepiła tę samą kontrpolską tudzież generalnie antygojowską mentalność. Stołeczna Jaffa zupełnie im się nie podobała, ale mieszkały tam kilka lat i wyjechały dopiero wtedy, kiedy rodzice Krystyny zginęli w autobusie anihilowanym bombą przez fanatyka islamskiego. Celem kolejnego exodusu było Toronto, gdzie już od roku mieszkał prawnik Levi Coben, telawiwski „przyjaciel” Krystyny (wyjechał tam na czteroletni kontrakt, zmusiła go firma). Jednak kanadyjską stabilizację zakłóciła nieprzyzwoitość Leviego – czyn typu „magii” (hebrajskie: obrzydliwy). Klara poskarżyła się, że konkubent rodzicielki próbuje dobierać się do córki kiedy mamusia jest chwilowo nieobecna. Wtedy Krystyna Helberg zrozumiała, że wstrętni antysemici zdarzają się również wśród Żydów. Helberg, gdyż od przekroczenia granicy polskiej nie używała nazwiska Mirosz. Klara występowała więc jako pa
Z punktu widzenia estetyki Levi Coben miał rację, bez dwóch zdań. „Estetyka” bowiem to termin dubeltowy – w rozumieniu scjentycznym oznacza naukę tyczącą kryteriów, aspektów i percepcji sztuki, zaś w rozumieniu potocznym oznacza piękno, stosowanie piękna, piękny wygląd tout court. No więc Klara Helberg, dzięki sekretnemu procesowi mieszania krwi, ergo: dzięki niezgłębionej wirówce i akrobatyce genów, była istotą dużo bardziej atrakcyjną niż jej niebrzydka przecież rodzicielka. Klara wyrosła na tzw. „piękność skończoną”, czyli kompletną, jej wdzięk nie ograniczał się jedynie do ślicznych rysów i pysznej sylwetki, lecz zawierał również stuprocentowy fenomen gibkości, mobilność klasy max. Przemieszczała się z naturalną kocią lekkością, wzorem dzikiej pumy. W poprzednim życiu bez wątpienia była kotem. To znaczy kocicą. Rasową. Tajemniczym futerkowym stworzeniem, motywowanym siłą instynktu, by chodzić tylko własnymi ścieżkami i emanować niedbałe, nonszalanckie zimno, które budzi zazdrość reszty stworzeń.