Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 14 из 30

Stało się, pomyślał Caraffaru. Znalazł sposób, żeby się mnie pozbyć. Wiedziałem, że chce mieć na moje miejsce jakiegoś kmiota, Północnik jebany.

– Oczywiście – odpowiedział. Musiał odpowiedzieć. Nie mógł okazać, że wyżej ceni własne życie niż misję. Gdyby się z tym zdradził, mogłoby go czekać nawet względnie długie życie. Ale w Rombie. Lepiej było pożyć do końca misji. A podczas misji można było na przykład… zdemaskować generała. Stwierdzić, że to on spowodował niepokoje wśród chłopów. Zabić go. I zdać się na sąd Cesarza. Co prawda, podobne postępowanie doprowadziło jednego ze znajomych, który służył na Północy, do basenu z rekinami błotnymi. Ale i

– Na pewno na pewno? – zapytał jeszcze generał Lahtilainen.

– Na pewno na pewno na pewno.

– No dobrze. Otóż chłopi uciekają z terenów nadmorskich, nie oglądając się za siebie, a nawet zasłaniając sobie oczy – powiedział generał Lahtilainen, patrząc głęboko w oczy Caraffaru, jak gdyby chciał zapytać: „No i co? Warto umierać za coś takiego?”.

Sam sobie zadasz to pytanie, kretynie, pomyślał pułkownik.

– Co ich tak wystraszyło? – spytał głośno. – Co może aż tak wystraszyć… Nie – poprawił się szybko. – Co może w ogóle wystraszyć poddanych Wielkiego Cesarza, który jest Bezpieczeństwem, Pokojem i Spokojem?

– No właśnie – odpowiedział Lahtilainen. – Nic nie może wystraszyć poddanych takiego Cesarza. No więc, jak wysła

Mam cię! – ucieszył się Caraffaru. Powiedziałeś: „takiego Cesarza”. To znaczy, że twoim zdaniem mógłby być… Mógłby być… jakiś i

– Boisz się śmierci? – zapytał Lahtilainen, przyglądając mu się badawczo.

– Nie, wcale! – krzyknął pułkownik. – Śmierć w służbie Cesarza jest słodsza niż życie wieczne!

Caraffaru miał pod swoją komendą dwa tysiące żołnierzy. I to byli właśnie ci przeciwnicy, których napotkali marynarze.

Wyglądało to tak, że wojsko po prostu wyszło z lasu. Wyszło z lasu i zobaczyło wieś nadmorską, w której Matsuhiro i jego ludzie urządzili sobie bazę wypadową. Zobaczyli coś, co wyglądało jak kupa zbuntowanych Nihońców. Chaty, częściowo popalone, w których leżały jakieś ludzkie kształty, trudne do rozróżnienia z odległości. Mogli to być śpiący w ciepłym popiele buntownicy. Mogły to być częściowo zwęglone trupy. Mogło to być jedno i drugie, bo Nihońcy mogli ułożyć się w popiele, a następnie obłożyć zwęglonymi ciałami, bo te wciąż dawały ciepło.

Wojsko zobaczyło jednak też coś i

– Bakajaro! – krzyczał żółty wartownik. – Wróg! Wróg się zbliża!

Czarni od popiołu Nihońcy wyskakiwali ze swych legowisk. Ci, którzy byli bliżej, już stali w szyku wojskowym, machając szablami. Teoretycznie nie mieli czasu, aby przygotować się na obronę. Ale zakute w szare kolczugi wojsko pułkownika Caraffaru nie ruszało na nich.

– Rzeczywiście, nic tu nie ma – stwierdził Caraffaru.

– Rzeczywiście – przytaknęli oficerowie.

– Wracamy – powiedział Caraffaru.

– Wracamy – powiedzieli oficerowie.

Wojsko odwróciło się plecami do morza i zaczęło z powrotem podążać w stronę lasu. Ale zanim weszli w jego cień, padły pierwsze trupy. Nic dopadło ich od tyłu.

Jak to zrobić? Jak to zrobić?! – myślał gorączkowo Caraffaru.

– Żołnierze! – krzyknął nagle. – Wracamy nad morze! Ta łąka… była źle skoszona! Musimy wrócić i przejść ją całą, machając szablami! Wojsko pomaga chłopom w pracach polo…

Było już za późno. Nic dopadło go jak strzała wystrzelona z łuku. Nic dopadło go jako strzała wystrzelona z łuku.

– Mamo! – zawołał Hengist i obudził się. To, co zobaczył, to były bardzo zgrabne, nagie, dziewczęce pośladki. Bardzo zgrabne i bardzo dziewczęce. Nie mogły mieć więcej niż dwanaście, trzynaście lat.

Dziewczynka klęczała pod ścianą, unosząc sukienkę do góry i ukazując światu swoją pupę. Nad nią stał ojciec z rzemie

– Aaaa! – krzyknęła dziewczynka. Straszny krzyk, który zakończył się szlochem.

– Tylko nie łap się za pupę! – krzyknął ojciec. Był spocony i straszny. Na jego śniadych policzkach pojawiły się wiśniowe rumieńce. – Nie łap się za pupę, musisz nauczyć się wytrzymywać! Jak będziesz łapała za pupę, wychłoszczę cię także po rękach.

– Ale tato… To tak strasznie boooooli!

– Tylko nie płacz! Tylko mi tu nie płacz! Zmiłuj się nade mną! – krzyknął ojciec i wymierzył córce drugie, silne uderzenie.

„Tak, synku, tak. Widzisz, jak wśród ludzi wygląda ojcostwo. I macierzyństwo”.

– Zostaw ją – Hengist zerwał się z zasłanego skórami łoża.

– Panie wijun – powiedział Zio. – Panie wijun, chowaj się pan pod łóżko i ani be, ani me, ani mru-mru. A ty co robisz z rękami? – krzyknął na dziewczynkę, która pośpiesznie masowała sobie pośladki. Dyscyplina opadła na dłonie, co skończyło się kolejnym krzykiem. – Pamiętaj, za każde dotknięcie ręką pupy dostaniesz dwa dodatkowe razy.

Córka wyraźnie drżała, dygotała, ale z krótkim szlochem i smarknięciem powróciła do poprzedniej postawy, ukazując ojcu i Hengistowi swoją czerwoną pupę z pręgami.

– Lecą ptaki nad lasem, spłoszone, na pewno kapłani jadą tu na inspekcję tyłka. Masz! – krzyknął Zio, wymierzając kolejne uderzenie. – A wy, panie wijun, pod wyrko. Nikt nie ma prawa was tu widzieć.

Hengist zrozumiał i stoczył się z łóżka na ziemię, a następnie wpełzł pod mebel, przykryty sięgającymi aż do ziemi skórami. Pod łożem i pod skórami było ciemno i duszno, ale za to słabiej rozlegały się odgłosy kary.

Wreszcie Zio uznał, że tyłek córki wygląda przepisowo. Wtedy odrzucił dyscyplinę i powoli wyszedł z chaty.

Nad lasem latały już nie tylko ptaki, ale i nietoperze, a to znaczyło, że ko

Wreszcie nadjechali. I nie byli to kapłani.

Porca troggia, przeklął w myśli Zio. Zmasakrowałem ją bez potrzeby. No, ale przynajmniej będziemy mieli spokój przez kilka dni, póki pręgi i ranki się nie zagoją.

Nie-kapłani okazali się żołnierzami o chrzęszczących kolczugach z szarej stali. Zio, ze swoim zmysłem praktycznym, zaczął od razu przeliczać, ile by można było uzyskać z nich gwoździ. Jasnowłosa i bezwąsa głowa ich młodego wodza, sierżanta chyba, pojawiła się nad ostrokołem.

– Otwierajże wrota, ty mendo z Południa! Zajrzymy, gdzie stryszek, zajrzymy, gdzie studnia! Każdy kąt przepatrzymy, zdrajcę wytropimy!

– Tu nie ma nijakich zdrajców, panie oficerze.

– To się okaże dopiero! Przejrzymy ci domek, cholero… – zaczął znowu rymować sierżant, kiedy urwał i zapytał mniej oficjalnym tonem: – A to co?

Zio obejrzał się, idąc za wzrokiem jasnowłosego sierżanta. Na progu chaty machał łapami Ujjuja, podczas gdy Ejjuja wykonywał całą serię sapnięć i chrapnięć, zwykle poprzedzających jego popisowy numery, czyli uniesienie się na tylnych nogach.

– Cóż to za bestyje?

– Rosomaki.

– Tak żech i myślał. Jedźmy stąd, chłopy!