Страница 19 из 36
Weronika była zdziwiona sobą, bo nagle odkryła siebie dawno już zapomnianą. Zadziwiało ją własne skrępowanie, własna nieudolność w korzystaniu z szerokiego wachlarza sztuczek kurtyzany. Zapomniała, jak być ponętną i kokieteryjną, jak obiecująco i znacząco patrzeć na mężczyznę i jak z pełną świadomością tego, że się wzbudza pożądanie, poruszać biodrami i niby przypadkiem ocierać się o mężczyznę. Bo też w tym rozumieniu Markiz nie był dla niej mężczyzną. Był raczej jej ojcem i dzieckiem jednocześnie. Był także największym mędrcem i największym oszustem.
Kiedy więc po raz pierwszy odważyła się do niego zbliżyć, dotknąć go, zrobiła to jak matka albo jak córka. Podrażnione upałem i kurzem oczy Markiza zaczęły chorować. Na którymś postoju podeszła więc do niego ze swoją chusteczką i po prostu przemyła mu oczy.
Dla Markiza pierwszą emocją, od której zaczęły się wszystkie i
To wspomnienie trwało ułamek sekundy i Markiz zaraz z ulgą o nim zapomniał. Będąc człowiekiem dojrzałym, nie chciał nigdy nikogo krzywdzić, choćby i z tego powodu, że – jak wierzył – każdy zły uczynek i tak do niego wróci, psując mu jego moc i ciągnąc go ku ziemi.
Markiz należał do ludzi świadomych tego, co się z nimi dzieje. Wiedział wiele o prawach, które popychają ku sobie mężczyznę i kobietę, które są poza wolą, wyborem i zdrowym rozsądkiem. Doktryna Bractwa także o tym mówiła.
Każdy człowiek nosi w sobie zaczątki różnych osobowości, są to jakby nie wykiełkowane zalążki zupełnie i
Markiz, jako człowiek wykształcony, znał także opowieść starożytnych o poszukujących siebie nawzajem połówkach pierwotnej całości, jaką był kiedyś człowiek, zanim gniew bogów podzielił go na mężczyznę i kobietę. Znał także powszechną na Wschodzie filozofię wędrówki dusz, które szczególnie sobie bliskie w jakimś życiu, poszukują potem siebie w następnych wcieleniach. I w końcu, jako człowiek wychowany w duchu protestantyzmu, głęboko i dzieci
10
– Kiedy wyrusza się w podróż, należy pamiętać, że mimo wszystkich przygotowanych tras, map, zarezerwowanych noclegów oraz przypadków i niespodziewanych wydarzeń, to Bóg rozwija przed nami ścieżki. Wszelkie podróże, od najmniejszych, najbardziej prywatnych, podejmowanych na przykład dla odwiedzenia krewnych, aż po ogromne, przez morza, na krańce znanych światów, że wszystkie te podróże mieszczą się w pedantycznych i drobiazgowych planach Boga. To on stwarza bezdroża, żebyśmy mogli wytyczyć przez nie drogi, on wyznacza granice, żebyśmy mogli je przekraczać. On, jakby przez nieuwagę, pozostawia między szczytami przełęcze i przez strumienie przerzuca pnie zwalonych drzew. To on, budząc w nas niepokój i poczucie niespełnienia, wyprawia nas w drogę. I on utrzymuje nas w złudzeniu, że to my sami wybieramy kierunek. Tymczasem wszystko się już zdarzyło. Dla Boga nie ma przyszłości ani niespodzianek – mówił Markiz, krocząc w upale obok powozu.
– To brzmi jak hymn – powiedział Burling.
Jeżeli wszystko jest rzeczywiście w rękach Boga, to Bóg nie mógł wymyślić nic lepszego niż konieczność podróżowania nocą. Wspólna, ograniczona niewielką przestrzenią ciemność zbliżyła obu mężczyzn. W tamtych czasach przyjaźń między mężczyznami nie musiała być tak szorstka, jak bywa teraz. Z pewnością Burlingowi trudniej było zdejmować, nawet w ciemnościach, maskę rubasznego, choć pełnego dystansu prześmiewcy. Kiedy jednak powoli zdał sobie sprawę z zawiązującego się między Weroniką Migno
Cały następny dzień Anglik przeżył w wielkim pomieszaniu. W jego racjonalnym wyobrażeniu świata nie było miejsca na coś takiego jak Księga. Świat składał się z materii ożywionej tchnieniem Boga. Bóg tchnął w nią życie w momencie tworzenia i od tej pory przejawiał się tylko w prawach rządzących materią. Że Bóg istnieje, w to Burling nigdy nie wątpił, ale jest tak daleki, tak odległy, że być może nie ma już wpływu czy też raczej nie chce mieć wpływu na to, co się dzieje tutaj. Burling nie dopuszczał więc żadnego i
Burling wytężał całą swoją inteligencję, żeby jakoś wyjaśnić to, co wydawało mu się kompletnie niespójne, i rozwiązanie przyszło samo – nagły, jasny wgląd w sedno sprawy, bez słów, bez retoryki. Otóż pojął, że Księga jest symbolem tych wszystkich praw, które rządzą materią, jest myślowym ukonkretnieniem celu wszystkich ludzkich poszukiwań, badań, doświadczeń, eksperymentów i odkryć. Jako rzecz fizyczna nie istnieje. Któż by miał ją napisać? W jakim języku? Po hebrajsku czy po francusku? Może po łacinie, żeby była lepiej zrozumiała w Europie? I, przede wszystkim, w jakim celu? Bo jaki to wszystko miałoby sens, gdyby drobiazgowe badania, zbliżanie się krok po kroku do prawdy, wyliczenia, dowody, gdyby to wszystko można było pominąć dzięki przeczytaniu Księgi? Jaki sens miałby wtedy rozwój, postęp, poszukiwania i wątpliwości człowieka, jego zmaganie się z własnymi możliwościami pojmowania, jeżeli wszystko jest już wyjaśnione i zapisane w Księdze, którą może sobie znaleźć każdy?