Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 95 из 182

Do Golca podeszła Czarna, piękna jak Złota:, miała aksamitne, czerwone futro, okrywające ponętne kobiece kształty, krótkie, gustowne różki, kopytka oraz lwi ogon. Zaczęła się do niego przymilać i tulić. Golec przez jakiś czas nie reagował, wreszcie uległ, i zabrał się do stosunku. Wtedy z krocza Czarnej wysunęła się wstrętna główka młodego, która szarpiąc na boki, odgryzła człowiekowi przyrodzenie. Wyjąc z bólu i słaniając się na nogach, Golec próbował się oswobodzić, jednak piersi Czarnej przeistoczyły się w dodatkową parę suchych, mocnych ramion, mocno dzierżących ofiarę; twarz zaś zmieniła się w odrażające oblicze wiedźmy. Główka szeroko rozwarła szczęki, zacisnęła zęby na tym, co zostało z przyrodzenia Golca. Nie cięła ciała zębami, lecz miażdżyła i wyrywała tkankę. Wreszcie wyszarpała wszystko, puściła wijącą się z bólu ofiarę i obojętnie odeszła ku następnemu Golcowi. Drogą przechodziły głowy na samych rękach lub idące na samych podudziach. Ludzkie głowonogi mijały leżącą przy drodze rozkraczoną kobietę, która co chwilę rodziła regularnie pobrużdżone jajka. Stojący obok Czarny wciskał jej do ust urodzone przedmioty. Ściskając jej szczęki, zmuszał, żeby połknęła. Ta dławiła się, łzawiąc obficie. Gdy wreszcie obły przedmiot przeszedł jej przez gardło, zaczynały się bóle i skurcze następnego porodu. Aby szło szybciej, zniecierpliwiony Czarny zaczął deptać po jej brzuchu. Kiedy wrzasnęła rozdzierająco, pazurem rozpruł jej brzuch. Ukazał się cały magazyn pobrużdżonych jaj. Czarny, sięgając w głąb jej ciała, wyciągał je z niej. Urodzone wpychał w usta, chociaż te teraz wytaczały się z rozciętego brzucha.

Wreszcie znudzony, złapał i

I

Jeszcze i

Adams najpierw przyglądał się tym scenom osłupiały, wreszcie uświadomił sobie, że jest ich zbyt wiele, aby mógł je wszystkie jednocześnie obserwować. To było tak, jakby działy się na jakiejś planszy przeznaczonej do demonstracji, z zaburzeniem reguł perspektywy – jakby na płótnie malowidła. Po chwili zorientował się, że spogląda w głąb zapadającego się leja i dlatego wszystkie te sceny są naraz widoczne.

Trzy rzeczy zdumiewały w obserwowanej rzeczywistości. Pierwsza to niezwykła siła Czarnych: bez trudu urywały kończyny nagim ludziom. Druga – łatwość, z jaką oderwane kończyny lub i

Golcy zwykle obojętnie przyzwalali na wszystko. W milczeniu znosili wymyślne tortury. Dopiero kiedy ból stawał się nie do zniesienia, wyli, krzyczeli, próbowali się szarpać. Wołali, iż tak miało nie być, jednak Adams nie usłyszał, żeby choć jeden z nich powiedział, że chce stąd odejść.

Z bezradną obojętnością Golców kontrastowała złość Czarnych, z jaką odnosili się do siebie. Powarkiwali między sobą, zamiast mówić, wyrywali sobie Golców, przeszkadzali w robocie. Często dochodziło do hałaśliwych bójek, w których posługiwali się zarówno pięściami, jak i pazurami czy kłami. Towarzyszył temu zgiełk i harmider, głośne szczeki i charczenie. Ich futra czy nieowłosiona skóra mieniły się różnymi odcieniami czerwieni, wiły się po nich dziwne wzory, pasy, kropki, fragmenty czerni. Były też osobniki pokryte wzorami o barwach tęczy: błękitem, szmaragdem, żółcienia, fioletem. Tak barwnych bestii Adams dotąd nie widział. „Może ten gorąc i ścisk wyzwala w nich taką zajadłość”, pomyślał. „Może i te barwy wywołuje na ich ciałach”.

110.

Z lewej okolica nie tworzyła leja. Wznosiła się tam biaława piramida o ziarnistej powierzchni, nad którą kłębiła się chmura dymu. Stara

Opar dymu nagle rozwiał się, ukazując przerażającą postać o czarnych skrzydłach, rysach twarzy rozwścieczonej, postarzałej kobiety, kobiecych piersiach i biodrach, ptasich łapach zakończonych szponami i kruczym ogonie. Harpia osobliwie przypominała Adamsowi miniaturowy mechaniton widziany kiedyś na biurku Człekousta. Deptała stojących najwyżej w piramidzie, wbijając w nich pazury, bądź wrzeszczała im w twarz przeraźliwie.

Żywą piramidę zakolem otaczała rzeka płomieni. Płynący ogień barwił stojących we wszystkie odcienie żółci i czerwieni. Po chwili Adams nie był już pewien, czy harpia jest rzeczywiście czarna, czy to tylko cień czarnej chmury nad nią, ona zaś jest koloru głębokiej czerwieni.

Gdy wytężył wzrok, patrząc dalej w lewo, wydawało się, że wznoszą się tam jeszcze przynajmniej dwie podobne piramidy udręki, wokół których meandruje płomienisty ciek, a szczytami władają mroczne hybrydy ptaka i człowieka.

Z prawej sceneria była zupełnie i

Tutaj Golcy nie wymagali dozoru, wzorem swoich oprawców sami zmagali się z sobą, okładając się pięściami lub dusząc. Jeszcze dalej, stłoczeni w głębokich ziemnych dołach, pożerali się nawzajem żywcem. Mocowali się, rozszarpywali skórę, wgryzali w płaty mięśni. Czarne nawet się do nich nie zbliżały, zerkając z pogardą. Zresztą na ogół były zajęte walką między sobą.

W sąsiednim dole leżały ludzkie głowy. Chyba odcięte, bo przecież zakopanemu w ziemi człowiekowi nie udałoby się zadrzeć głowy w górę pod takim kątem. Czarne spychały tam przechodzących Golców. Kiedy zepchnięty próbował się pozbierać i wspierał na dłoniach lub kolanach, wtedy szczęki wystających głów żarłocznie kąsały jego skórę. Pozbawiony dłoni i kolan, padał, a odcięte głowy rozrywały jego trzewia i mięśnie. Wkrótce samotna głowa dołączała do pozostałych.

Gdzie indziej z bezwładnych, potwornie wychudzonych Golców wyciekało rozkładające się ciało. Ich skóra przypominała worki napełnione cieczą, której już niewiele w środku pozostało. Do tych Czarne też się nie zbliżały.

Znęcały się zaś nad grupą stojących obok ludzi. Może dlatego, że nie chcieli kaleczyć się nawzajem. Czarne jednych dusiły dłońmi, i