Страница 72 из 182
Sam Drubbaal okazał się pięćdziesięcioletnim masywnym, muskularnym mężczyzną wzrostu Adamsa. Miał całą głowę zawiniętą w bandaże. Ledwie jedno oko błyszczało spod zwojów. Był w wypolerowanej lustrzanie, kompletnej zbroi pretorii, ale gładkiej, bez łbów paradoksalnych; jedyną, ale dominującą ozdobą była jakby narzucona na zbroję kompletna skóra busierca uformowana z blachy z żółtego metalu. Idąc do namiotu dowódczego, który już dla niego rozbito, potknął się i byłby upadł, gdyby Quirinu nie podparł go ramieniem. Sotnik burknął coś w podzięce, niezadowolony, że musiał skorzystać z pomocy niedołęgi. Już w namiocie Drubbaal ciężko opadł na zydel. Ordynans pomógł mu zrzucić zbroję i kolczugę. Dowódca wdział długą białą koszulę. Odsapnął.
Oczywiście pamiętał sprawę romansu Renaty z niezwykłym niewolnikiem. Teraz jednak zajmowała go poraniona twarz. Ból przytłaczał i
Mówił z najwyższym trudem. Rozcięta tkanka rozsunęła się szeroko. Rana nie krwawiła, ale wystarczył przypadkowy grymas, by krew znowu zaczęła się sączyć.
„Dwie Twarze”, myślał z niechęcią, oglądając swoje oblicze w zwierciadle. „Będą na mnie mówić: Drubbaal Dwie Twarze”.
Jorge-Grizius był mistrzem amputacji, ale i
Wezwał chirurga.
Hjalmir zdjął całkowicie przemoczony opatrunek sotnika. Z poranionej tkanki ciekła już limfa, nie krew. Krytycznie przyjrzał się ranie. Biegła od czoła do żuchwy. Szczęśliwie Drubbaal oka nie stracił: pazur Czarnego trafił pod hełm, ześlizgnął się po łuku brwiowym i opadł głęboko w policzek, rozkrawając potem nozdrze. I
– Wygląda na wielokrotne cięcie – powiedział Hjalmir.
– Haratnął mnie dwiema skrzyżowanymi łapami. Nawet nie dało się gada zabić. Chociaż musiał poczuć dwa bełty w plecach… – Drubbaal mówił szeptem przypominającym syk.
– Będzie z tym trochę roboty. Rany zbyt długo nie zszyto. Może nie chcieć się zrosnąć.
– Twój pomocnik tego nie zrobi? Nie trzeba mi w sotni darmozjada! – W taki sposób mógł bezpiecznie pozbyć się znienawidzonego niewolnika: za błąd się go zabije i każdy to uzna, natomiast Hjalmir jest pod ręką, więc błąd naprawi.
– Dopiero się uczy.
– Starczy tej nauki. Niewolnik przy oddziale ma normalnie walczyć albo iść na tarczę.
– Niech będzie. – Hjalmir kazał sprowadzić Adamsa.
Dwaj pretorianie zwlekli go z barłogu w kolebie i podnieśli za skute przeguby. Leżał zdrętwiały i obolały. Przypominały mu się dawne czasy, początek pobytu w Dolnym Mieście. Wojacy rozkuli go, a po drodze wyjaśnili cel spaceru. Adams rozcierał zdrętwiałe przeguby. Starał się przywrócić krążenie w dłoniach. „Dlaczego nagle Hjalmir postanowił się mnie pozbyć?” Pokręcił głową do swoich myśli. Rana zabagniona, będą komplikacje, a on chce uniknąć konfliktu z Drubbaalem i dlatego mnie wystawia na pożarcie”. Praktykant nie wywiąże się z tego polecenia.
Powoli wracało krążenie w dłoniach. Już w oczach Adamsa stanęły łzy od nieznośnego bólu; palce mrowiły, zupełnie jakby dziesięć imadeł wykręcało każdy z nich w i
– Długo to będzie trwało? – rzucił chirurg.
– Przecież byłem skrępowany, panie – powiedział Adams głośno, by Drubbaal usłyszał. – Palce zgrabiały od niedokrwienia, a tutaj koronkowa robota. Muszę się przygotować.
– Katrup, nie poganiaj go! – burknął Drubbaal, a kropla krwi ściekła mu po brodzie.
„Musi bardzo cierpieć, ograniczył się tylko do jednej uwagi”, pomyślał Adams. Wytarł sotnikowi brodę szmatą nasyconą destylatem. Sam wypił dwa łyki: hara rozszerzy naczynia krwionośne.
– Nie pij tyle. Zeszyj mnie równo. Jak będę zadowolony, dostaniesz dwa sycele.
– Dasz mi, panie, trzy sycele, tak spodoba ci się moja robota – powiedział pewnie Adams. „Ale skąpiec”, pomyślał. „Za proste szycie jednej rany Hjalmir bierze półtora sycela, a tutaj ran jest z siedem”. – Ale wezmę dopiero po sześciu dniach, jak się zrośnie – powiedział. Wytarł Drubbaalowi kroplę krwi, która ściekła po ostatnim słowie. Tkanka opuchła i już wywinęła się na zewnątrz. Nie można było dłużej zwlekać z szyciem.
Naczerpał kubek gotującej się wody, dolał zimnej i rozpuścił w niej łyżkę soli.
– Teraz będzie bolało – powiedział i zamoczył w płynie strzępek czystego płótna. Następnie zaczął nim stara
– Co robisz!? – rzucił zdumiony Hjalmir.
– Na pazurach Czarnego mogła być trucizna. Myję ranę.
– Wodą?
– Ani olej, ani gorzałka nie nadają się do tego. Woda nie zaszkodzi, a zwykle pomoże.
– Soliłeś ją.
– To naturalny płyn ludzkiego ciała. – Lekko palcami rozsunął rozerwany policzek Drubbaala. Chciał wykryć, jak w głębi biegnie rozdarcie tkanki. – Szyć od wewnątrz i od zewnątrz czy tylko od zewnątrz? – szepnął, zerkając bystro na Hjalmira.
– Od zewnątrz. Policzek sam się zgoi. Nie jest przecięty całkowicie – podpowiedział cicho chirurg.
– Daj, panie, swój puchar – Adams zwrócił się do Drubbaala. Nie potrafił odmówić sobie odrobiny teatru. Z obojętną miną złowił zdziwione spojrzenie dowódcy.
– Alkohol pali rany. Źle się goją – szepnął Hjalmir.
Adams spojrzał na niego w milczeniu, wydobył zza pazuchy trzy półkoliście zgięte igły i pincetę, następnie okrągłym ruchem wrzucił to wszystko do samogonu. Zamieszał ciecz w kielichu i wypił łyk.
Hjalmir uśmiechnął się w duchu.
Adams skrzywił się i poprosił o dolewkę.
– Ile? – rzucił pogardliwie ordynans.
– Do pełna.
Adams wypił łyk, potem drugi. Chciał się uspokoić i poprawić krążenie w rękach. A poza tym łatwiej będzie wyłowić narzędzia.
Zaczął od czoła. Rana była tam płytsza, więc łatwiej szło wyrównywanie brzegów. Szył półkolistą igłą, trzymaną pincetą. Każdy szew kładł z osobna, ale w niewielkich odległościach, starał się też nie wkłuwać igły za obszernie, zbyt daleko od krawędzi rany. Blizna nie powi
Hjalmir nie bez zazdrości patrzył na pracę Adamsa, lecz potem uznał, że i on by tak potrafił. Widział błędy i brak wprawy niewolnika, jednak doceniał talent i pomysłowość.
Adams od linii włosów doszedł do łuku brwiowego. Niepewny swoich umiejętności, zeszył go w sześciu miejscach.
– Nie zaciskasz zeszytej skóry? – nie wytrzymał chirurg.
– Chcę, żeby skóra ułożyła się tak jak przed zranieniem. Szwów jest więcej, ale są delikatne. Twarz ma się nie zmienić.
Adams rozmawiał, nie przerywając szycia. Teraz przystąpił do łatania policzka, a Drubbaal zaczął mimowolnie krzywić twarz. Dotąd był w stanie zapanować nad bólem, w tym miejscu już nie.
– Nie zdołam zeszyć bezbłędnie, panie, jeśli skóra będzie drgać.
Drubbaal spojrzał na niego wściekle.
– Potrafię znosić ból.
– Tylko tam, gdzie dusza sięga – Hjalmir przyszedł w sukurs Adamsowi. – Twoja dusza nie włada policzkami.