Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 51 из 182

– Chcę to zrobić porządnie.

– Eee… Tata znowu je rozwali – rzuciła przez ramię.

Dzień później Renata kazała Adamsowi wziąć dwukołowy wózek gospodarski i umieścić na nim skrzynkę po owocach. Sylwia już czekała przy gościńcu. Była chudą, przygarbioną, niepozorną dziewczyną. Niedowidzącą tak, że potykała się na drodze. Miała szkła powiązane sznurkiem, ale nie używała ich poza domem. Dziewczyny szły zatopione w rozmowie, a niewolnik wlókł się za nimi.

Na cmentarzu już czekało dwóch behmetim i paru niewolników. Stało tam też kilka grupek ludzi z dwukołowymi wózkami. Urzędnik coś sprawdzał w swoich papierach, potem kredą oznaczył parę grobów. To wokół nich gromadzili się przybyli. Niewolnicy odsuwali kamie

Wreszcie nadeszła kolej Sylwii.

– Gracja, córka Geddbaala – odczytał behmet.

– Tak.

Skinął dłonią niewolnikom. Płyta opierała się wysiłkom wynędzniałych mężczyzn, ale wreszcie z jękliwym hurgotem uległa.

W środku nawet nie cuchnęło. Otwory wentylacyjne nadziemnego gmi

– Należy się czternaście syceli za dwuletnie przechowywanie zwłok – powiedział behmet.

Sylwia wysupłała żądaną kwotę. Behmet coś odnotował w dokumentach.

– Proszę tu podpisać albo odcisnąć pieczątkę.

Oczywiście nie wolno jej było podpisywać żadnych dokumentów. Pochuchała stara

Kilku zwłok brakowało i rodziny nie musiały zapłacić za przechowywanie. Adams ciekawie zerknął w tajemniczy, mroczny korytarzyk, wiodący w głąb ziemi. Widać było parę pierwszych stopni. Robotnicy zasuwali boczną płytę gmi

Renata otoczyła Sylwię ramieniem, a za nimi podreptał Adams, ciągnąc wózek ze szczątkami Gracji, jej ukochanej siostry, cichej dziewczyny, którą dwa lata temu powalił atak ślepej kiszki. Bita droga do Mehz Khi

Droga była nierówna, Adams przytrzymywał kości Gracji podskakujące na wybojach, aby nie rozsypały się. Skrzynka na owoce nie była dobrym pomysłem, bo przez otwory w jej bocznych ściankach wypadały drobne kostki, a nawet kręgi ogonowe.

Zrobiło się gorąco, chociaż niebo było zachmurzone. W zaduchu buczały okazałe lazurowo-brzuche muszyska, a wokół głowy wirowały kąsające boleśnie maleńkie komary.

– Będzie burza – rzucił.

Sylwia odwróciła głowę i zauważyła, że Adams akurat walczy, aby resztki Gracji nie wypadły na drogę. Zaczekała na niego i odtąd sama przytrzymywała zawartość skrzynki.

– Nie zmokniemy – powiedziała Renata. – W dolinie nie powi

Droga zakosami wspinała się na próg doliny. Gdzieś zginął potok. Wreszcie podejście skończyło się, było łatwiej toczyć wóz; odór też przestał dokuczać, bo jeśli ktoś dowlókł swoje śmieci dotąd, to już ciągnął je aż do przepisanego miejsca.

Odsłoniła się długa, pusta polana pozbawiona rośli

Kłębiły się tak gęste chmury, że w dolinie panował szary półmrok. Rozświetlał go jedynie rząd wielkich ognisk na polanie, jakby płonący potok. Droga wiodła zboczem, nieco nad dnem doliny, nad wielkim płomieniskiem. Opodal dwaj mężczyźni ściągali z wózka potwornie wzdęte ścierwo krowy. Z wysiłkiem wlekli je ku ogniowi. Wreszcie zepchnęli cielsko w płomień. Ten przygasł na chwilę, jakby nie godząc się na nową strawę, zasyczał, puścił kłęby czarnego, smrodliwego dymu, ale wreszcie z trzaskiem wystrzelił okazałym pióropuszem.

Na skraju ogniska leżały nie dopalone resztki: kilka owczych racic, kłąb cuchnących wnętrzności, dalej kupa liści tkniętych zarazą upraw. Adamsowi wydawało się, że w ogniu widzi tańczące zwłoki ludzkie. Z jednych płomień zlizywał ciało, i

Gęsty, gryzący, słodkawy dym leniwie snuł się w dolinie.

– Nie tu. Jeszcze nie tu – powiedziała Sylwia.

– Pewnie, że nie. Tutaj pali się padłe zwierzęta. My podejdziemy wyżej – przytaknęła Renata.

Płomienisko ciągnęło się nieoczekiwanie daleko. Ogień nie palił się równomiernie, lecz nasilał i słabł, pulsował. „Czy trupy zwierząt gospodarskich albo zgniłe rośliny wystarczą do podtrzymania takiego płomienia? Tu musi być jakaś żyła lawy albo wypływ gazu”.

– O tu, tu – wskazała Renata. – Wyżej nie trzeba.

– Jak to zrobić? Od razu całą skrzynkę?

– Kiedy byłam mała i odwoziłam tu moją mamę, rzucałam kości po jednej, żeby doleciały. Kiedy Hrabban odwiózł tu mojego braciszka, też robił tak samo.

Sylwia zamyśliła się.

– No, już – powiedziała Renata – bo się błyska.

Sylwia pokiwała głową, wybrała sczerniały piszczel, pocałowała go i posłała w ogień. Za słabo rzucona kość wylądowała na stromym trawniku. Adams zszedł w pobliże płomienia po piszczel. Bijący żar palił twarz. Przynajmniej trawa sucha jak wiór nie groziła poślizgnięciem.

– Rzucaj mocniej. Nie chcę spłonąć żywcem.

– Płomień Chciwości ci nie grozi. Czego nie rozpaliłeś, ciebie nie spali – powiedziała Renata.

Następne kości Sylwia ciskała z całej siły. Każdą pocałowała, ale nie było to już intymne pożegnanie siostry, gdyż jednocześnie myślała, aby rzut się udał. Małe i lekkie kości trudno było dorzucić do płomienia, Adams nie musiał jednak drugi raz schodzić w pobliże żaru. Na koniec Sylwia ciasno zrolowała truchło Gracji i z rozmachem miotnęła w płomień. Widać było, jak zawiniątko rozwija się, a języki ognia biorą je w posiadanie.

– Niepotrzebnie spaliłaś jej suknię – powiedziała Renata. – Była w dobrym stanie. Mogła się jeszcze przydać.

– To była suknia Gracji. Nie chciałam, żeby w niej pochowano kogoś i

Chwilę patrzyła w ogień, potem razem zebrali się w drogę powrotną. Wózek był niewiele lżejszy, ale w dół poszło łatwiej.

– Ależ było chmur w tej dolinie – powiedział Adams, gdy pożegnali już Sylwię. – Cień taki głęboki. Może z tego powodu rośliny nie rosną na jej zboczach.

– Tam zawsze jest ciemno. Jej imię to znaczy.

– Tylko płomień ją rozjaśnia. Skoro mi tamten nie groził, to który mi zagraża…?

– Myślę, że Płomień Niezgody. Ale tamten zapłonął, gdy byłeś już dość daleko. Nie dałabym ci się wtedy zbliżyć.

– Ile ich jest, tych różnych płomieni…?

– Cztery – wyjaśniała cierpliwie. – One rozpalają się nawzajem. Dlatego wszyscy skończą w tych płomieniach, w Mehz Khi

– Ale Hrabban ma własny grobowiec.

– To nie ma znaczenia. Przepis mówi, że każdego, kto sam nie chce odejść w Drogę Trupa, pochłoną płomienie Mehz Khi