Страница 43 из 182
– Wodogłów! Płucodych! Wodogłów wrócił! – krzyknął i rzucił się do ucieczki.
Adams patrzył za nim w niemym zdumieniu. Rękawem starł plwocinę z twarzy.
– Wodogłów! Płucodych! – poniósł się ulicą krzyk biegnącego.
Adams cuchnął, a wyglądem ledwie przypominał ludzką istotę. Jego odzienie pokrywała skorupa ziemi spojonej zaschłą gnojówką. Dziecku musiał wydać się podziemnym potworem, poczwarą, która właśnie wychynęła na świat.
W pobliżu była studnia. Nie używana: bez łańcucha, z otworem nakrytym ciężką płytą z podobizną twarzy. Zdołał ją przesunąć o parę centymetrów. W nozdrza uderzył trupi fetor. Zasunął płytę z powrotem.
W dół ulicy było jaśniej, a kałuże lepiej widoczne. Próbował płukać w nich buty. Przy kolejnych domostwach stały beczki na deszczówkę, czasem przy wylocie ry
Trudno wejść do beczki porosłej oślizgłymi glonami, a wychodząc, można pysk rozbić. Obok piętrzyła się sterta desek i i
„Za zimna, żeby cholernym larwom i nicieniom chciało się pływać…”, uspokajał się. Nabrał powietrza w płuca i zanurzył głowę, płucząc włosy z reszty duszącego smrodu. Wreszcie wydźwignął się na łacie i ociekając wodą, wylazł z beczki. Wyprał, a następnie wyżął odzież. Zapach kloaki niemal zniknął. Drżąc, założył wilgotne łachy.
A wtedy spomiędzy ciemnych budynków wyłoniło się kilka cieni. Dopadli go, zanim zdążył zareagować. Spadł na niego grad ciosów. Bili metodycznie, w milczeniu, drewnianymi kijami. Próbował ramionami osłonić głowę. Większość uderzeń trafiała w plecy. Nie mógł nawet zbliżyć się do otaczających go kołem napastników. Wreszcie celny cios pozbawił go przytomności.
51.
Przebudzenie było bolesne. W głowie świdrowało i ćwierkało. Plecy piekły, jakby zdarto z nich skórę. Przez zapuchnięte powieki ledwie co widział. Leżał na szmacie rzuconej na szare siano. Nogi i ręce skuto łańcuchem przymocowanym do niskiego, betonowego słupka. Nawet nie mógł wstać. Rozejrzał się po szopie: rozrzucona słoma, przez dziury w suficie prześwieca niebo. Trochę sprzętów gospodarskich. W zasięgu ręki stał gliniany dzbanek z wodą. Próba sięgnięcia po niego wywołała falę bólu. Bolały wszystkie kości. Łyk wody przyniósł ulgę opuchniętym wargom. Adams stara
Zbudziło go brutalne szarpnięcie. Tym razem stało przed nim dwóch zbirów uzbrojonych w długie kije. Zanim zdołał oprzytomnieć, posypały się razy. Tłukli w obite i posiniaczone plecy.
– Dlaczego?! Za co?! – wykrzykiwał, niezdarnie próbując się uchylać.
Nie na wiele się to zdało. Oprawcy prali niemiłosiernie. Adams przestał krzyczeć, tylko pojękiwał. Wreszcie jeden z nich złamał kij na jego grzbiecie. Grad razów osłabł, rozbrojony nie bił pięściami, nie kopał ofiary, lecz przyglądał się robocie swojego kolegi. W końcu jeden plasowany, niezbyt silny cios w głowę pozbawił Adamsa przytomności.
Gdy wróciła świadomość, w głowie szumiało mniej, ale grzbiet bolał tak, że Adams nawet nie próbował sięgnąć po dzbanuszek z wodą. Wargi wyschły i popękały, ale pragnienie było słabsze od bólu. Jeszcze nigdy tak mocno nie oberwał.
Usłyszał szelest i odruchowo się skulił. Te stąpnięcia były jednak cichsze i lżejsze. Ktoś rozchylił jego rozdartą koszulę i mokrą szmatką delikatnie ścierał wyschłą krew i brud. Przyjazna dłoń przypadkiem zawadziła o strup pokrywający jakąś rankę. Adams syknął.
– No, już, już – rozległ się cichy szept.
Zaintrygowany podniósł głowę i pokonując ból, obrócił się. Chłodna, dziewczęca dłoń pomogła mu usiąść. Nieznajoma była od stóp do głów zawinięta w długą szatę, na głowie miała obszerną chustkę. Wreszcie spojrzenia skrzyżowały się. Tak pięknych i wyrazistych oczu Adams jeszcze nie widział: ciemnobrązowe, wilgotne, o długich rzęsach. Niezwykłym blaskiem rozświetlał je promień wpadający przez szpary szopy. Spod chustki wysunął się kosmyk jasnych włosów. Dziewczyna dmuchnięciem spróbowała go spędzić z łaskotanego noska. Uśmiechnęła się spojrzeniem. Powąchała wodę w dzbanku i podsunęła Adamsowi. Mógł wprawdzie sam unieść naczynie, ale takiej propozycji za nic by nie odmówił. Nawet grzbiet bolał jakby mniej. Niestety, tylko do chwili, kiedy spróbował się poprawić. Jęknął.
W jej spojrzeniu pojawił się ślad zrozumienia, choć nie wyrzekła słowa. Sięgnęła za pazuchę i coś wydobyła.
– Jimłojesz byngoro… - powiedziała śpiewnie, wciskając mu w dłoń drobny, lepki i włochaty przedmiot. Następnie zatoczyła ręką jedno i dwa kółka, jakby zaklinając.
– Jimłojesz byngoro - powtórzyła. Cokolwiek miało znaczyć, wymawiała to z mocą i wiarą.
– Płucodych? Wodogłów? – Wskazała na niego gestem podbródka. Chusta rozluźniła się, ukazując całą twarz.
Adams miał przed sobą fascynującą piękność.
– Nie Płucodych. Nie Wodogłów. Wodogłów nie żyje. – Rozumiał, że utożsamiają go z gigantem, którego szkielet tkwił w tunelu.
Dostrzegł popłoch na jej twarzy.
– Nazywam się Onofrio Adams. Jestem profesorem uniwersytetu w Rzymie… – nim skończył, nieznajoma zerwała się i wybiegła. Ze skrzypem zamknęły się za nią drzwi.
Przyjrzał się prezentowi i zatrząsł z odrazy: było to czworo oczu – chyba kurzych – troskliwie pozszywanych w bukiet. Spomiędzy nich wystawały cztery kurze palce z pazurami, a z tego zwisała kępka długich, jasnych, ludzkich włosów.
Z oddali dobiegły go krzyki, hałas, wreszcie płacz dziewczęcy. Domyślił się, co zaraz zajdzie. Po chwili usłyszał czyjeś pośpieszne kroki. Zdążył przyjrzeć się oprawcom: obaj średniego wzrostu, tłustawi. Jeden z płaskim nosem boksera, a drugi z głęboką szramą na twarzy, nie pozwalającą domknąć się bezzębnym ustom. Blizna sprawiała, że wyglądał tak, jakby nieusta
– Przestańcie! Czego do cholery, chcecie?! – wrzeszczał, gdy przewracano go na brzuch. Bili po plecach, po pośladkach. Płaskie kije wydawały głośne plaśnięcia, a fale piekącego bólu rozlewały się po skórze. Kilkakrotnie oberwał kopniaka w udo. „Dzisiaj lżejszy sprzęt…”, zdążył pomyśleć i zemdlał.
Zbudził się w ciemności. Cuchnęło uryną.
„Naszczali na mnie…” Nie pamiętał, że nie utrzymał moczu w czasie bicia. Ciało miał obolałe. W zaciśniętej dłoni nadal tkwił dziwaczny, odrażający prezent. Ból słabnął szybciej niż poprzednio. „Po jakim czasie stoczę się do poziomu zwierzęcia? Regularnie bity i przykuty do betonowego słupka”, pomyślał. Zasnął z twarzą wtuloną w siano.
Zbudziła go struga zimnej wody wylanej z wiadra. Zaraz potem z drugiego. Sen umknął bez śladu, Adams zatrząsł się z zimna, leżąc w kałuży. Mroźna kąpiel stłumiła ból i spłukała mocz.
Postawna, brzydka dziewczyna o czerwonej, nalanej twarzy i bezbarwnych włosach przyjrzała się mu badawczo. Bez słowa odwróciła się i zabierając oba wiadra, wyszła. Rozległ się jazgot nie naoliwionej korby studzie
Wróciła, taszcząc pełne wiadra. Przemoczony Adams cofnął się instynktownie. Nie pomogło. Lodowata struga trafiła setkami szpileczek.
– No – powiedziała kobieta. Cofnęła się ku drzwiom.
– Illatio! – zawołała. – Chodź no tu.
„Ta też mówi zrozumiale…”, pomyślał z ulgą. „Tylko Pięknooka używa dialektu”.