Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 182

26.

Adams snuł się po celi jak szczur po klatce. Takie natężenie bólu przebudziłoby umarłego. Logika snu też nie tłumaczyła wszystkich wydarzeń. Podobieństwa i refleksy myśli Adamsa, desperacko wyszukiwane w i

Mógłby próbować bronić znanej wersji świata, zakładając, że we śnie, w sobie znanym celu, tajne służby wywiozły go z Rzymu gdzieś daleko, do jakiegoś miasta na Bliskim Wschodzie (może do zamkniętego od wieków Nagranu…?), może w Europie Wschodniej (tu trudno wskazać takie miejsca). Skąd jednak choćby ten sam język…? Taki styl życia…? Trudno to byłoby jakoś wyjaśnić, nawet zapominając o pięknej jak sen Liliane fruwającej pod obłokami.

Trzeba pogodzić się z faktami i uznać, że rzeczywistość okazała się i

Ochoczo zgłaszana chęć współpracy, którą deklarował marzeniom se

Ciąg dalszy przesłuchania nastąpił wkrótce. Bez elektrowstrząsów czy i

– Jak zapisywaliście bramki kolejnych korytarzy?

– Przecież, powiedziałem to już poprzednio.

– Jesteście tego pewni?

– Tak. Ale ja tu stale odpowiadam na pytania. Może wyjaśnicie mi wreszcie, co się tu dzieje, skoro to wszystko nie jest snem!? – odegrał wybuch zniecierpliwienia.

– To nie jest proste. Właściwie nie wiem, ile mi wolno powiedzieć bez kontaktu z Człekoustem.

– Cokolwiek. Jakieś wskazówki. Wasze domysły. – Adams bezradnie poruszył dłońmi. – Może to mnie naprowadzi na ciekawe spostrzeżenia. Jeśli mam wam pomóc…

– Podejrzewamy, że istnieje słowo-klucz, skrywające wyjaśnienie.

– Co to za słowo?

– Ciaken milczał.

– To zadzwońcie do Człekousta. Może pozwoli.

– Myślicie, że to takie łatwe: „zadzwońcie do Człekousta”. – Wykrzywił usta, przedrzeźniając Adamsa.

– Jeśli to ważna sprawa, Człekoust odpowie. Może nawet porozmawia osobiście.

– Jest niezwykle ważna. Nie ma wątpliwości.

– Wydzwaniajcie więc raz za razem.

Trudno spotkać oficera-wywiadowcę tak dalece wytrąconego z wyuczonej rutyny. Ciaken posłusznie wykonywał polecenia aresztanta. Znów rodziły się podejrzenia, że to sen.

Ciaken raz za razem wykręcał sekwencję cyfr. Wreszcie wyprostował się i zaczął szeptać do słuchawki.

– Słowo-zagadka brzmi: „Silvestere” – powiedział.

W słuchawce rozległ się krzyk, słyszalny nawet na parę metrów. Ciaken wyprężył się jak struna.

– Tak jest, nadobywatelu komendancie, jestem idiota!

Adams uważnie przyglądał się tej scenie.

– Tak jest. Powiedzieć mu wszystko, bo to nic nie zmieni – Ciaken jeszcze przez chwilę potakiwał.

– Doszedłem tutaj według tego słowa – powiedział Adams. Ciaken uniósł brwi.

„Według tego słowa” mogło znaczyć więcej, niż Adams wiedział. Nie należało budzić domysłów śledczego.

– Wybierałem zawsze furtkę zapieczętowaną lub oznaczoną imieniem „Silvestere”.

– Liliane ci to podsunęła?

– Nie. To dlatego, że napis wyróżniał drzwi.

Ciaken znów raportował do słuchawki. – To jest wszystko, co chcieliśmy wiedzieć – powiedział do Adamsa.

Adams spojrzał na niego z niepokojem. „Co powiedziałem niepotrzebnie?”, pomyślał. „Co im niepotrzebnie podsunąłem?”

– Jeszcze taki test. – Ciaken napisał na kartce: „plpll”, dokładnie tak, jak Adams wcześniej oznaczał wybierane kolejne drzwi, a obok drukowanymi literami: „silvestere”. – Potraficie to powiązać ze sobą?

Adams przyjrzał się uważnie. Oczywiście, że potrafił. Natychmiast zauważył pułapkę tkwiącą w przypisaniu. Nie było powodu, żeby o tym mówić Ciakenowi. Jeśli należy on do ludzi mających kłopoty z nazywaniem, może i z zagadkami słownymi radzi sobie gorzej.

– Dwa szeregi różnych liter. Nie widzę tu reguły.

27.

Wikt aresztancki był podły. Chleb, kasza ze skwarkami i przesłodzona herbata. Na dodatek posiłki przynoszono nieregularnie. Z początku Adamsowi kajdanki zdejmowano tylko do jedzenia, po trzech dniach go rozkuto. Godziny zapełniało oczekiwanie na posiłek.

Z ulgą więc przyjął wiadomość, że sprawę przejmuje osobiście Człekoust. Przesłuchania prowadzone przez Ciakena nużyły. Niezbyt przenikliwy śledczy w kółko zadawał pytania z kilku zestawów. Rozmowy z Człekoustem mogły wnieść wiele nowego. Dzięki torturom na pierwszym przesłuchaniu Adams definitywnie porzucił fałszywą hipotezę snu, a to zrodziło szereg nowych pytań.

Do Człekousta przewieziono go tą samą suką-chłodnią w truskawki i banany. Szczeliny wentylacyjne były zbyt wąskie, by widzieć, którędy jadą. Blaszaną budę otwarto na dziedzińcu zamkniętym ze wszystkich stron. Ciakena i Bielenia zmienili i

Kilkakrotnie zmienili się prowadzący go strażnicy, za każdym razem rewidując go pobieżnie.

„Niby tyle ostrożności, profesjonalne służby, a zdechłych psów nie uprzątną”, pomyślał Adams.

Przed wejściem do pokoju przesłuchań pouczono go, że ma powstać na powitanie Człekousta, a następnie siedzieć nieruchomo, z rękoma ułożonymi wzdłuż ciała.

Na środku pomieszczenia ustawiono masywne, drewniane biurko. Blaszane szafy niknęły w jego tle. Oprócz rozrzuconych papierów, jedyną ozdobą biurka było blaszane ptaszysko o czarnych piórach. Stojący przy drzwiach strażnik zaplótł ramiona i oparł się o ścianę.

Adams przełknął ślinę. Nigdy wcześniej nie poznał tak wysokiego dygnitarza. Wszedł szczupły mężczyzna w średnim wieku. Adams widział go już podczas uroczystości otwarcia nowego mostu. Był to kędzierzawy brunet o świetliście zielonych oczach. Śniada twarz pocięta była głębokimi zmarszczkami, podkreślającymi drapieżność rysów.

„Takie oczy mogą hipnotyzować tłumy…”, pomyślał Adams.

– Proszę siadać – rzucił Uombocco. – Mam tu aż nadto powstających rozmówców. Niechże pan usiądzie, profesorze Adams.

Aresztant przycupnął na drewnianym taborecie. Uombocco usiadł za biurkiem.

– Jakże się panu podoba w moim mieście?

„Trzeba sporo tupetu, by tak mówić o mieście przewodniczącego Nero…”, pomyślał Adams. „Widać, jak wielkie ma tutaj wpływy…” Nieoczekiwanie sposób zachowania Uombocco wzbudzał sympatię.

– Trafiłem do pięknego miasta.

– Pięknego? Pochodzić po nim trochę, a zaraz wyjdzie na jaw cały tutejszy syf. – Uombocco coś zanotował. – Tak jest wszędzie, nawet w moich biurach. Nie da się dopilnować należytego sprzątania przez te dziwaczne spory kompetencyjne.

– Miasto ma swój nieodparty czar i wdzięk.

Akurat tu mnie Michał zrzucił. – Urzędnik wzruszył ramionami.

– Trochę miejsca między kamieniami pod skałą. Ot, taki skrawek przy Moście. A Strażnik Mostu silny, nie…? – Pokiwał głową. – Czuję tę siłę – odpowiedział sam sobie.