Страница 145 из 182
– Tłumaczyłem ci już różnicę – powiedział Behetomotoh, który rozsiadł się za biurkiem. – To przebiegło inaczej… – urwał. – Ale coś z Kadmona jest wypisane na jego twarzy. Przypatrz się uważnie, Panie z Morza.
– Taak – mruknął Leviahata
– Natura tego podobieństwa nie jest oczywista na pierwszy rzut oka.
– Przecież widzę więcej niż zewnętrzną powłokę. Rozmowa toczyła się ponad głową Adamsa. Skute archaicznymi kajdanami przeguby zdążyły zdrętwieć; bolała żuchwa zgniatana wielką jak bochen dłonią Leviahata
Więzień zaczął niezdarnie rozcierać sobie szczękę skutymi rękoma.
– To była kałuża…? – wysapał.
– Dla ciebie cała kraina! – huknął olbrzym.
– Dla mnie krainą było już Dolne Miasto.
– Właśnie! Śmieszny, mały bunt garstki drobinek!
– Wyłamali się spod twej władzy…? – rzucił Adams. „On włada nimi administracyjnie, ale stracił nad nimi rząd dusz…”, pomyślał. „Już nie należą do niego, nie różnią się od i
Ten domyślił się lub odczytał jego myśli.
– Czym dla mnie jest taki skrawek…?! – Pogardliwie wydął mięsiste wargi. – Małe miasteczko i parę osad. To jest nic! – Zaczął w złości uderzać pięścią w stół.
„To dlaczego tego nie zgnieciesz?”, pomyślał Adams. „Może próbowałeś, a oni odparli twój atak…?”
Widać to pytanie wypisane zostało i w jego oczach, bo Leviahata
– Legion!? To ledwie ze siedemdziesięciu, może osiemdziesięciu żołnierzy! Też mi legion!
Adams wiedział, że lepiej nie podnosić wzroku, bo znowu oberwie. Widać rzeczywiście obowiązuje swoista symetria i w kraju Leviahata
165.
Renatę umieszczono w pojedynczej celi. Mówiąca zdarła z niej strój, jednak jej nie pobiła. Uderzyła tylko kilka razy i niezbyt silnie. Potem już żadna i
Uwięziona otrzymała szary drelich więzie
Co drugi dzień przychodziła resocjalizatorka. Groźna, masywna baba wzbudzała jej lęk. Łypała na nią rozbieżnym zezem wodnistych oczu i wygłaszała swoje opinie i pouczenia, którym Renata musiała potakiwać. Dużo mówiła o uwolnieniu Renaty i obowiązku rozwijania się, jaki na Renacie nieuchro
Po wygłoszeniu dwudziestominutowego pouczenia Mówiąca wyciągała notatnik i rozpoczynała wypytywanie więźniarki. Chodziło głównie o detale życia w Krum oraz o ucieczkę kanałami. Po wysłuchaniu odpowiedzi Mówiąca, drapiąc się po tłustym brzuszysku, notowała je niezdarnymi kulfonami półanalfabety, ignorując znaki przestankowe. Po wizycie resocjalizatorki Renata oddychała z ulgą i upewniwszy się, że ciężkie kroki Mówiącej ucichły już na korytarzu, ustawiała zydel w stałym miejscu, na wydrapanych jego nogami śladach na posadzce.
Nudziła się w samotności, lecz było to lepsze niż natrętne indagowanie Mówiącej. Ustawiała zydel zawsze w tym samym miejscu: takim, by z niego widać było w oknie ograniczony linią murów fragment błękitu. Takiego nieba nie znała i jeszcze nie zdążyła się nim nasycić. Było zadośćuczynieniem za jej obecne, dziwne bytowanie.
Nie czuła się źle. Stale jednak rozmyślała o swojej sytuacji. Błogosławiła chwilę, kiedy Hemfriu jednak powstrzymał się i jej nie wziął. Wtedy zdecydowała się dać mu chociaż trzecie dziecko, by i
Na ucieczkę dała się namówić, bo czuła, że przy nim jest jej miejsce. A teraz, kiedy straciła wszystko, co miała, co z nią będzie, jeśli Hemfriu ją porzuci? Przecież nie zawarli formalnych zaślubin.
Nie chciała wrócić do Krum, choć tam zostałaby szanowaną gospodynią i żoną decymusa, który skończył służbę, tak zasłużonego dla społeczności. Wszyscy poważaliby ją, szczyciła się przecież najwyższym tarhatum w całej miejscowości. Miałaby dom, służbę, niewolników i całe lata, żeby zapomnieć o dziwnym niewolniku, który zawrócił w głowie jej i jej kuzynce, a potem w krótkim czasie został szanowanym chirurgiem i oficerem pretorii.
Tutaj trafiła do nieoczekiwanego miejsca: gwarnego, tętniącego życiem, w tłum ludzi – wprawdzie po drugiej stronie krat, jednak mając nadzieję, że prędzej czy później oboje do nich dołączą. To obietnica, jednak równie dobrze bytowanie w tym mieście może okazać się gorsze niż w Krum.
Nie, stwierdziła po namyśle, przy emerytowanym decymusie nie starczyłoby lat na zapomnienie o Hemfriu i o jego słowach. Dobrze, że wtedy na górskiej polanie, w cieniu nadpływającego kadłuba Pana z Morza, zgodziła się dzielić jego los. Żeby tylko on dotrzymał obietnic…
Dopiero parę dni później pierwszy raz wyprowadzono ją z celi. Dwie strażniczki szły szybko, trzymając broń niedbale przewieszoną przez plecy. Spoglądała z respektem – delikatna forma samopału nie wykluczała jego skuteczności. Renata z trudem nadążała za milicjantkami. Wiedziała, że aresztantowi nie wolno pozostać w tyle, gdyż może to zostać uznane za wykroczenie i ukarane obcięciem racji żywnościowej. Dlatego obie rosłe niewiasty gnały przed siebie, nie zwracając uwagi na więźniarkę. Zresztą, jakżeby stąd uciekła? Może biegiem…? Mimo karykaturalnej otyłości obie rumiane strażniczki były w niezwykłej formie fizycznej. Renata z najwyższym trudem nie zostawała z tyłu.
Człekoust siedział w swoim biurze za masywnym rzeźbionym biurkiem, w wielkim fotelu obitym sztuczną skórą. Mimo ogromu mebla Człekoust wydawał się rosły, wysoki, o rasowej twarzy skrywającej tajone namiętności.
– Witam w moim kraju – powiedział, nie podnosząc się z fotela. Dłonią wskazał Renacie drewniane krzesło aresztanckie.
Usiadła.
– Jak ci się tu podoba, Ponownie Urodzona? – Uśmiechnął się.
Bez wątpienia był jeszcze przystojniejszym mężczyzną niż Adams. Najprzystojniejszym, jakiego w życiu widziała Renata. Zanim poznała Adamsa, znała tylko niewolników, synów gospodarza oraz żołnierzy o zwierzęcych, brutalnych twarzach i takichże obyczajach. Człekoust wiedział o tym i wręcz próbował ją zahipnotyzować wzrokiem. Ona jednak czuła, że musi strzec się go z całej siły. Był fizycznie podobny do Hemfriu: wysoki i szczupły, jednak wzrok Hemfriu był przedłużeniem spojrzenia Renaty, jego myśli jakby następowały po jej myślach lub prowadziły je za sobą. Wzrok Uombocco był niepokojący i arogancki, myśli nieprzeniknione.
– Wiem, gdzie trafiłam. – Spojrzała na niego poważnie. – Baśnie mówiły, że Most wiedzie do szczęśliwego kraju Azahaela, gdzie kobiety są piękne jak motyle. Śledcze powiedziały mi, że to tutaj.