Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 7 из 48

– A zatem – podsumował egzamin Regent – pozostaniesz na mym dworze, Limeryku, z oficjalną pensją, służbą, sekretarzem osobistym. Na wyrost obdarzamy cię orderem mojego imienia i moją łaską.

W pierwszej chwili cudotwórca zamierzał odmówić. Ale po chwili zastanowił się: a dlaczego by nie?

Nie ma co ukrywać, ciążył mu status niezależnego intelektualisty wyklinanego przez aktualne autorytety i prześladowanego przez drobnych urzędników. Pomyślał, że idąc ręka w rękę ze światłym monarchą, mógłby przysporzyć znacznie więcej dobra niż działając w pojedynkę, że z wyżyn stopni tronowych częściej będzie mógł zapobiegać złu.

A oficjalne uznanie? Cóż, był tylko człowiekiem – pańska łaska, order… Nieważne, że wyższe odznaczenia nosili królewscy koniuszowie i szatni… W końcu każdy lubi być ceniony, chodzić w atłasach i mieszkać w dobrze opalanych wnętrzach, w których nie ciągnie od polepy jak

w eremie, a smród tłumią importowane perfumy.

Przez trzydzieści lat służył ludziom, najczęściej anonimowo, rzadko spotykał się z uznaniem i wdzięcznością. Teraz to wszystko miało się zmienić.

W końcu, jak długo można być partyzantem? Należał mu się raczej status kombatanta. Niech teraz i

Wyprostował się tedy i czując, jak go otacza aura poważania i splendoru, powiódł wzrokiem po sali – wszędzie schylone głowy dworaków, tu i ówdzie golone tonsury prałatów. Wpadając w pewien rodzaj błogostanu, rzekł:

– Niech będzie moja strata. Akceptuję waszą propozycję, Najjaśniejszy Panie.

Tak ostał się Limeryk na dworze. Zresztą, ze względu na polecenia wydane wcześniej strażom nie miał większego wyboru. Trudno mówić, że nie spędzał swego czasu pożytecznie. Rano przyjmował lud w dworskiej poliklinice, w południe zabawiał Regenta sztuką dla sztuki, później w kuchni przygotowywał uczty z niczego, wieczorami zaś, gdy uczty zamieniały się w orgie (czego – choć niewierzący, ale praktykujący -akceptować nie mógł), oddalał się w zacisze swych apartamentów, by pracować nad wynalazkami tak pożytecznymi, jak trutka na karaluchy, pudło do przenoszenia obrazów na odległość, czy przeciskacz przez ściany ceglane z zaprawą wapie

Minęło parę lat. Limeryk nadal znajdował się w dobrej kondycji, choć tak zaprzątnęła go praca, że praktycznie przestał zwracać uwagę na otoczenie. Nawet gdy obnoszono go po mieście w czasie dorocznych Mirakulalii, obojętny na wiwaty tłumów mruczał do siebie jakieś formuły, typu: E = mc2 i i

Aż pewnego dnia, kiedy zajmował się skomplikowanym zleceniem, jakim było pozbawienie ludzi życia w momencie, gdy pomyślą któreś ze słów zakazanych (Regent twierdził, że jest to problem czysto teoretyczny, względy humanitarne nie dopuściłyby przenigdy do wdrożenia go w praktyce!), na blat jego sekretarzyka wgramolił się krasnoludek.

Limeryk zauważył go, ale zignorował, w istnienie krasnoludków bowiem również nie wierzył, tak że karzełek musiał dopiero ugryźć go w paluch, żeby myśliciel zareagował.

– Co robisz, Homunculusie?! – zakrzyknął.

– Proszę mnie nie obrażać – najeżył się malec – jestem krasnoludkiem naturalnym i w żadne naukowe pochodzenie wrobić się nie dam.

– Krasnoludki nie istnieją i wystarczy przeczytać choćby Cuviera, aby przekonać się, że niemożliwe jest istnienie istoty człowiekopodobnej, inteligentnej o tak nikczemnych gabarytach.

– Nie przyszedłem tu rozmawiać o mnie, tylko o tobie – warknął ten, którego nie powi

– Jeszcze ich nie zamknąłem – odciął się lakonicznie Limeryk.

– Ale niczego nie widzisz. My, krasnoludki postępowe, jesteśmy tym stanem śmiertelnie zafrasowane. Czy zastanawiałeś się, komu właściwie służysz?

– Ludziom…

– Ludziom Regenta, mówiąc ściśle. A wiesz, jakie jest wykorzystanie twoich wynalazków?

– No, w zasadzie…

– Przenikator wykorzystują kapusie w kazamatach inkwizycji. Czapka niewidka służy szpiclom, kije samobije wprowadzono masowo w szkolnictwie, siedmiomilowe buty poszły dla armii pacyfikującej górskie wioski. Na szklanej górze jest więzienie stanu, sztuczne złoto

niszczy pieniądz w krajach oście

– Niemożliwe!

– Idźmy dalej. Twoi pacjenci! Ten tłoczący się w przychodni przaśny

lud. Nie wiesz, że to wyłącznie przebrani zausznicy, dworacy i ich rodziny

oraz bardzo nieliczna garstka słono opłacających się obywateli?

– Moje usługi świadczę gratis.

– Ty może tak, ale nie służba wprowadzająca. Zresztą, nie koniec na tym. Twoje wypowiedzi i zdania powyrywane z kontekstu służą uzasadnianiu najbardziej głupich posunięć, bywają parawanem korupcji i zbrodni… Czy ty tego wszystkiego nie widzisz, czy tylko nie chcesz zauważyć?

Cudotwórca ukrył twarz w dłoniach i milczał. Nagle stwierdzenia karzełka potwierdziły wszystkie jego własne wątpliwości, różne drobne, dotąd nie sumowane spostrzeżenia. A karzeł ciągnął:

– Oczywiście, otrzymujesz nagrody, jesteś chwalony, łaskotany pochlebstwami. Ogłoszą cię nawet świętym…

– Co?! – Limeryk poderwał się na równe nogi. – Ja? Nie wierzę!

– Chodź tedy za mną – poradził krasnal. – Świątynia jest już prawie ukończona.

W owych czasach wzniesiony na wapie

Między dwoma wielkimi głazami krasnoludek wskazał ciemnawy otwór, po czym zapalił przyniesione łuczywo. Schodami wykutymi w wapie

– Sancti Limeri templum – powiedział pobożnie kurdupelek.

W słabym świetle kaganka wszystko wydawało się jeszcze większe, choć i tak było ogromne. Mozaiki w prezbiterium ukazujące dwanaście głównych cudów, freski pozłociste wewnątrz kopuły, przedstawiające Limeryka na lunchu u Trójcy Świętej, wreszcie w środku transeptu

ogromny chryzelefantynowy posąg nadnaturalnych rozmiarów. Święty in spe załamał ręce.

– Po co oni… po co oni to wszystko robią? Jestem człowiekiem nauki, cudów nie ma, są najwyżej zjawiska niewytłumaczalne na aktualnym poziomie wiedzy, na przykład… twoja miniaturyzacja. Kiedy oni zamierzają to otworzyć?

– Po twojej męczeńskiej śmierci – bez ogródek stwierdził mały cicerone.

– Po mojej… jak oni to sobie wyobrażają?

– Obejrzyj tryptyk w bocznej nawie… Jest tam całe misterium martyrologiczne.

– Ale ja nie chcę, ja się nie dam! Potrafię się obronić!

– Nie za bardzo. Według zaakceptowanego planu, poniesiesz śmierć z rąk oszalałych z występku bachantek królewskiego burdelu, gdy udasz się tam nauczać. Kobiet przecież nie zamienisz w kamienie ani w żaby! Regent wie, żeś dżentelmen… A może chcesz zobaczyć pracownię rzeźbiarską?

W bocznej jaskini leżały hałdy gliny, a obok stały już setki, a może tysiące maleńkich i większych figurek Limeryka z nakrytą głową lub czapką w ręku. Jedne schły, i