Страница 47 из 82
Matej podniósł głowę i spojrzał na Smutka. Duży kasztan pasł się spokojnie kilka kroków dalej. Sierść miał ładną i lśniącą, gęsta jasna grzywa była stara
Matej dźwignął się na łokciach, wypluł długie, słodkie źdźbło trawy. Oczywiście, tata ani mama nie wiedzieli, ile Smutek znaczy w jego życiu, a chłopiec niejasno podejrzewał, że lepiej im tego nie uświadamiać. Mogliby się przestraszyć, uzmysłowiwszy sobie, że jedynym przyjacielem ich syna jest stary koń.
Chłopiec przeturlał się na brzuch, wsadził między zęby kolejne źdźbło trawy. Mogliby zacząć się zastanawiać, pomyślał. A tego z całą pewnością sobie nie życzył.
Daleko na horyzoncie, tam gdzie trawiasta równina stykała się z fioletem nieba, pojawiła się ciemna plamka. Pewnie stado żuwaków. Smutek nawet nie podniósł łba, spokojnie skubał słodkie źdźbła. Matej znów położył się na plecach, podparł rękami kark.
– Wiesz co? – zagadnął konia. – Jestem pewnie jedynym człowiekiem, który widuje żuwaki z tak bliska. Śmieszne, co? Może gdzieś jakiś przyrodnik zrobiłby nie wiem co, żeby podejść na taką odległość, a my po prostu sobie patrzymy. No wiesz, jeździmy, gdzie chcemy, leżymy i gryziemy trawę. Żuwaki uciekają od ludzi. Od koni i krów też. Tata nigdy w życiu nie widział żuwaka. Sam mi powiedział.
Koń machnął ogonem.
– Jej – burknął Matej. – Wcale się nie przechwalam. Pewnie, że ode mnie też uciekają, ale kilka razy podeszły całkiem blisko. Widziałem wyraźnie te, które szły na brzegu stada. Podobno w takim stadzie mogą ich być tysiące albo jeszcze więcej. Myślisz, że idą za nimi likanty?
W głosie chłopca dźwięczała nadzieja.
– Prawdziwe, wielkie likanty. Podkradają się cicho, stawiają kolce na grzbiecie, odsłaniają kły. A potem wybierają najsłabszą sztukę, starą albo chorą…
Koń odwrócił się tyłem.
– Ojej, Smutek! Czego się obraziłeś? – zawołał Matej. – Nie bój się likantów. Obronię cię. Nie parskaj pogardliwie. Jestem wielkim kolonistą, istotą ze szczytu drabiny pokarmowej. Tak mówiła pa
Koń podszedł powoli, trącił nosem wyciągniętą dłoń chłopca. Matej pogłaskał mięciutkie jak aksamit chrapy.
Ogromny step szemrał cichym, kojącym głosem traw. Źdźbła czesane dłońmi wiatru gwarzyły z sobą tysiącem głosów. Były tam szepty i śmiech, i szloch, wibrujące dziwną, dziką pieśnią. To była obca ziemia, szalona, groźna, słodka i kusząca, a chłopiec i koń, mimo że przyszli tu na świat, byli tylko intruzami.
Matej czuł, jak pieśń trawy przenika przez niego, kształtuje na nowo i zmienia. Ogromne błękitnofiołkowe niebo spoglądało na ludzkiego niedorostka i starego konia niczym oko nieznanego boga.
Od słodkiego zapachu kręciło się w głowie, z ziemi bił ciężki, mdlący aromat rozkładu, woń żyznego gruntu. Matej czuł jednocześnie gorąco i chłód, głęboki niepokój pomieszany z niezwykłą ekscytacją. Słyszał, jak bije potężne, mroczne, kipiące życiem serce planety. Musiał się odezwać, musiał wypowiedzieć tajemnicze, ukryte imię, o którym tak bardzo pragnął zapomnieć, które wydawało się jedynie wymysłem wyobraźni, kiedy siedział spokojnie w domu z rodzicami i siostrą. Musiał, żeby nie oszaleć, nie utracić zupełnie kontaktu z rzeczywistością.
– Myślisz, że Ojciec Traw rozmawia tylko z nami? – spytał szeptem.
Po gładkiej brązowej skórze Smutka przebiegł dreszcz, w ciemnym oku zapłonęła i zgasła iskra lęku. A może tak się tylko chłopcu zdawało. Wstał, trzęsącymi się palcami uchwycił gęstą, szorstką grzywę konia.
– O rany, ale późno – powiedział piskliwym, łamiącym się głosem, który miał brzmieć beztrosko. – Chyba pojedziemy do domu, co, Smutek?
Koń rzucił łbem, błysnęło białko w pełnym strachu oku. Chłopiec błyskawicznie wskoczył na grzbiet wierzchowca, ścisnął ciepłe boki kolanami.
– Wracajmy do domu, koniku – szepnął trwożnie, pochyliwszy się nad kosmatym uchem. – Najszybciej jak dasz radę, dobra?
Smutek ruszył ciężkim kłusem.
Ojciec doglądał krów na pastwisku i jeszcze nie zdążył wrócić do domu, co Matej przyjął z ulgą. Z pewnością robiłby chłopcu wymówki, że zmusił Smutka do zbyt forsownego biegu. Prawie całą drogę przebyli kłusem, a przez spory odcinek nawet galopem. Sierść konia pociemniała od potu. Matej zwolnił dopiero, gdy ujrzał na horyzoncie zabudowania fermy, a teraz wyrzucał sobie narażenie przyjaciela na zbyt duży wysiłek. Niedawny lęk znikł bez śladu. Chłopiec czuł nawet lekkie zawstydzenie, że dał się ponieść bezsensownej obawie. Wprowadził Smutka do stajni, stara
Umył ręce i twarz pod kranem na zewnątrz i wszedł do domu. Matka była w kuchni. Lepiła pierogi, podśpiewując pod nosem.
– No, jesteś wreszcie. Włóczęga z ciebie. – Uśmiechnęła się na jego widok. – Nie oddalałeś się za bardzo od domu, co?
Potrząsnął głową.
– No pewno! Uważaj, bo uwierzę – sarknęła, ale Matej wiedział, że jest w dobrym humorze. – Tata już wraca. Nigdzie nie przepadnij, zaraz będzie obiad. Idź nakarmić kurczaki. A po jedzeniu pójdziemy do ogródka pielić. Pomożesz mi. No co? Myślałeś, że robota sama się zrobi? Aha, i powiedz siostrze, że za chwilę siadamy do stołu.
– Tak, mamo – powiedział. – A gdzie ona jest?
Matka wzruszyła ramionami.
– Sam wiesz. Na plotach. Kiedyś terminal od tego pęknie.
Matej parsknął śmiechem. Faktycznie, Marika, odkąd skończyła czternaście lat, nieusta
Matej właściwie nie lubił siostry. Nie pasowała do niego, mamy i taty. Wiecznie narzekała, skwaszona albo wkurzona. Skończyła szesnaście lat i nabrała przekonania, że jest jedyną wartościową osobą w domu. Potrafiła nie odzywać się całymi dniami, przewracać tylko oczami i pogardliwie wydymać wargi. Co nie przeszkadzało jej nieusta