Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 11 из 82

Zmusił mnie, abym wstał. Miał całkowitą kontrolę nad moim ciałem. Przewracał moimi rękami sterty książek tak długo, aż znalazł stary egzemplarz Biblii. Kazał mi ją czytać. Czytałem więc, aż moje oczy, zmienione w czerwone, opuchnięte szparki, ślepły od łez, a głos przechodził w ochrypły szept. Wtedy zaczynał znów wyśpiewywać i wyświetlać swoje przesłanie albo wyłączał na chwilę moją świadomość, upodabniając mnie do czuwającego telewizora.

Zupełnie straciłem poczucie rzeczywistości. Gdy Sarapsos wreszcie odszedł, dowiedziałem się, że minęły trzy dni. W tym czasie przeczytałem Biblię chyba kilkadziesiąt razy. Byłem tak wycieńczony, że z trudem trzymałem się na nogach. Dowlokłem się do kibla i zwymiotowałem trochę żółci. Klęczałem przed sedesem jak przed jakimś plemie

Kilka dni później, tak jak przewidział to Sarapsos, zobaczyłem pierwszą z osób naznaczonych przez Pana. Był to starszy, siwowłosy mężczyzna o drobnych, ptasich kościach rysujących się pod skórą. Jego głowę otaczała perłowa mgiełka. Kupował w kiosku gazetę. Serce zaczęło mi walić jak szalone, a w ustach poczułem smak jakby rdzy, wanilii i gorzkich migdałów przemieszanych z bardzo odległym aromatem wilgotnej, żyznej ziemi. Nie mogłem mieć żadnych wątpliwości. Ten zapach rozpoznałbym natychmiast, nawet w piekle. Towarzyszył mi nieusta

Kupiłem w kiosku papierosy, chociaż ręce tak mi się trzęsły, że rozsypałem wszystkie drobne. Staruszek przez chwilę przeglądał gazetę, a następnie złożył ją, wsadził do kieszeni i przeszedł na drugą stronę ulicy. Szedłem za nim tak długo, aż zniknął w bramie kamienicy. Zawahałem się przez chwilę, ale w końcu pociągnąłem za klamkę i znalazłem się w środku. Klatka schodowa była obszerna. W górę prowadziły szerokie, wygodne schody zaopatrzone w metalową poręcz, wygiętą w fantazyjne wzory. Przez kolorowe szybki w bramie i witrażowe okno na półpiętrze wpadały plamy światła, jak kłaczki barwnej waty. Staruszek piął się po schodach, szurając nogami. Przesunąłem ręką po poręczy, a chłód metalu polizał mi palce. Ruszyłem po stopniach w górę i wyminąłem staruszka akurat w momencie, gdy zatrzymał się przed masywnymi staroświeckimi drzwiami mieszkania na pierwszym piętrze. Nie zwrócił na

mnie uwagi, choć byłem pewien, że łomot w mojej klatce piersiowej wzbudzał echo w głębokiej studni schodów.

Wspiąłem się dwie kondygnacje wyżej i przystanąłem. Słyszałem pod sobą brzęczenie i chrobot kluczy, a gdy przechyliłem się nieco przez poręcz, mogłem zauważyć cień poruszającego się mężczyzny. Drzwi zaskrzypiały i trzasnęły. Przez chwilę stałem w bezruchu, z bijącym sercem i dłońmi mokrymi od potu, a potem zszedłem na półpiętro nad poziomem drzwi staruszka. Zapaliłem papierosa i wyjrzałem przez okno do zapuszczonego ogródka za domem. Światło, przecedzone przez kolorowe szybki, kładło się na mojej twarzy i ubraniu barwnymi cekinami tak, że przypominałem widmo pierrota. Rzuciłem niedopałek na posadzkę i zgniotłem go butem. Zbiegając w dół po schodach, przysiągłem sobie nigdy nie zbliżać się do tego domu, chociaż doskonale wiedziałem, że niedługo tu wrócę.

Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem, ledwo nacisnąłem klamkę. Nie były nawet zamknięte na klucz. Rój wytłumaczył mi, że nie napotkam i

Następny był kloszard. Smród niemytego ciała niemal zagłuszył zapach gorzkich migdałów. Zabiłem go jego własnym nożem, który nosił przylepiony plastrami do żylastej, brudnej łydki. Ten przynajmniej się bronił, słabo, ale zawsze. Nie wiem, dlaczego sprawiło mi to ulgę. Zostawiłem go w śmietniku opartego o wielki pojemnik na odpadki, na którym ktoś napisał sprayem: „Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy".

Z czasem nauczyłem się rozpoznawać ten nagły impuls podobny do czerwonego ostrzegawczego światełka, który kazał mi wyjść z domu albo skręcić nagle w jakąś boczną uliczkę. Sarapsos zapewnił mnie, że nie muszę obawiać się policji. Jedynym zagrożeniem dla siebie byłem ja sam. Wypełniałem więc swoje zadanie, mimo iż wydawało mi się niewykonalne.

Załamałem się, dopiero gdy ujrzałem mglistą aureolę nad głową kilkuletniej dziewczynki. Mała miała śliczną owalną twarzyczkę, główkę całą w lokach i aż promieniała radością. Nigdy dotąd zapach wanilii i aromat świeżej ziemi nie był tak silny, a nimb bardziej świetlisty. Nie mogłem mieć ani cienia wątpliwości. Boże, przecież to tylko dziecko!

Powtarzałem to, krzyczałem przez te kilka dni, podczas których krążyłem wokół niej jak ćma wokół świecy, ale On pozostawał głuchy. Zdążyłem poznać jej rodziców, małego braciszka i starszą siostrę. Obserwowałem ich. Boże, przecież to tylko dziecko!

Odpowiadała mi cisza. Przestałem jeść, nie spałem, zacząłem miewać krwotoki z nosa. Potem w mojej głowie obudził się Rój. Słyszałem tylko szum, bez słów.

Nikt nie potrafi długo opierać się woli Boga. Podszedłem do niej na szkolnym boisku. Wyciągnąłem pistolet z kieszeni płaszcza i strzeliłem z bardzo bliska. Upadła z uśmiechem na buzi. Nie zdążyła się nawet zdziwić. Potworny ból podchodził mi do gardła i wydostawał się zza zaciśniętych zębów zduszonym szlochem podobnym do chichotu. Pośród histeryzujących, przerażonych dzieci, które huk wystrzału zdawał się zbijać w ciasne, poszarpane gromadki, wydawałem się sobie olbrzymi i kanciasty, tak bardzo nie na miejscu. Słyszałem rozpaczliwy krzyk nauczycielki i jakieś bezsensowne polecenia skierowane do maluchów. Z dymiącym pistoletem przeszedłem przez całe boisko. Nikt mnie nie zatrzymał.