Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 46 из 76

Baltazar zszedł do osady śliską ścieżką, mężczyzna idący przed nim przewrócił się w błoto, co wszystkich bardzo rozśmieszyło, jeden nawet upadł ze śmiechu, dobrze, że są tu choć takie rozrywki, bo przecież w Mafrze nie ma trupy teatralnej ani śpiewaczek, ani komediantów, opera jest tylko w Lizbonie, do wynalezienia kina brakuje jeszcze dwustu lat, wtedy też pojawią się passarole z silnikami, długo jeszcze przyjdzie czekać, nim spotka nas to szczęście, hej, witaj. Szwagier z siostrzeńcem już wrócili do domu i bardzo są zadowoleni, bo gdy człowiek skostnieje z zimna, to nie ma nic lepszego niż usiąść przy ogniu, wyciągnąć ku niemu zgrabiałe ręce i przysunąć do żaru podeszwy nagich stóp, wtedy chłód pomalutku ustępuje z kości, niby szron topniejący w słońcu. Ale, prawdę mówiąc, jest jedna rzecz jeszcze lepsza, a mianowicie kobieta w łóżku, a jeśli na dodatek jest to kobieta kochana, to wystarczy nawet, że wyjdzie na drogę, tak jak teraz Blimunda, która czeka na Baltazara, aby dzielić z nim zimno i deszcz, i zarzuca mu na głowę jedną ze swoich spódnic, ach, ten zapach kobiecej spódnicy, człowiekowi łza kręci się w oku, Jesteś zmęczony, spytała, jak mało trzeba, by życie stało się znośne, wystarczy spódnica zarzucona na dwie głowy, tego nie da się porównać nawet z niebem, oby tylko Bóg tak współczuł ze swoimi aniołami.

Do Mafry dotarły pogłoski o lekkim trzęsieniu ziemi w Lizbonie, ale obeszło się bez większych strat, jedynie w niektórych starych domach rozleciały się kominy, poodpadały fryzy i popękały mury, a jako że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, świetny interes zrobili na tym fabrykanci świec, gdyż w kościołach zaroiło się wprost od gromnic, szczególnie przed ołtarzami św. Krzysztofa, opiekuna nader skutecznego w razie dżumy, epidemii, piorunów, pożarów i burz, a ponadto powodzi, niebezpiecznych podróży i trzęsień ziemi, ale również i przed ołtarzami św. Barbary i św. Eustachego, którzy śmiało mogą z nim iść w zawody, gdyż wcale nie są gorszymi opiekunami w podobnych sytuacjach. Ale święci są jak ludzie budujący ten klasztor, a mówiąc o tych mamy na myśli także wszystkich i

Minęły już przeszło dwa miesiące od chwili, gdy Baltazar i Blimunda zamieszkali w Mafrze. Pewnego dnia, kiedy z racji kościelnego święta wstrzymano pracę na budowie, Baltazar wyruszył w drogę do Monte Junto, gdzie zostawił latającą maszynę. Znajdowała się nadal w tym samym miejscu i w tej samej pozycji, po staremu przechylona na jedną stronę, oparta na skrzydle i przykryta suchymi już gałęziami. Nasycony smołą górny żagiel, rozciągnięty nad pokładem, rzucał cień na bursztynowe kule. Dzięki przechyłowi kadłuba woda deszczowa nie zbierała się na płótnie, nie było zatem narażone na butwienie. Z kamienistej gleby wyrastał wokół maszyny nowy, bujny zagajnik, w którym były nawet jeżyny, co bez wątpienia należy uznać za rzecz niezwykłą, gdyż ani czas, ani miejsce nie były po temu, wyglądało na to, że passarola broni się jakimiś własnymi metodami, ale po takiej maszynie wszystkiego można się spodziewać. Tak czy inaczej, Baltazar na wszelki wypadek naciął świeżych gałęzi, aby zamaskować maszynę, tym razem przyszło mu to dużo łatwiej, gdyż zabrał siekierkę, kiedy zaś skończył pracę, obszedł dookoła tę swoją bazylikę i stwierdził, że wszystko jest jak należy. Następnie wszedł do maszyny i końcem szpikulca, którego w ostatnich czasach nie musiał używać, w jednej z desek pokładowych wydrapał słońce i księżyc, zostawiając w ten sposób nieomylny ślad na wypadek powrotu księdza Bartłomieja, który niechybnie zauważy i rozpozna ten przyjacielski znak. Baltazar pomaszerował z powrotem, wyruszył z domu o świcie, a wrócił już ciemną nocą, przemierzył w obydwie strony ponad dziesięć mil, wprawdzie przysłowie mówi, nie ma złej drogi do mej niebogi, ale jednak Baltazara zmęczyła ta wyprawa, ten, kto wymyślił to powiedzenie, musiał chyba uganiać się za nimfą i w końcu się nią nacieszyć, nie należy mu się więc dziwić.

Pewnego razu, gdzieś w połowie grudnia, Baltazar wracał do domu pod wieczór i jak zwykle Blimunda czekała na niego na drodze, ale tym razem była jakoś dziwnie poruszona, a każdy, kto zna Blimundę, dobrze wie, że odnosi się do wszystkiego z takim spokojem, jakby już to znała z i