Страница 9 из 44
– Bardzo dobrze – pochwalił Omara. – Gdzie uczyłeś się takich manewrów?
– Byłem w układzie Fomalhaut. Ale to jeszcze w epoce napędu klasycznego. Na fotonach latałem tylko treningowo, do Jupitera i z powrotem ale dali nam taką szkolę, że…
– Wyobrażam sobie. – Sloth uśmiechnął się do swoich wspomnień z czasów, gdy opanowywał praktyczną nawigację pozaukładową. – Czy Silva uczył się razem z tobą?
– Znam go od dawna. To bardzo dobry pilot Był ze mną na tych treningach.
– Kogo jeszcze z naszej załogi znasz… dłużej, z czasów studiów?
– Achmata. Dlatego właśnie jego zwitalizowałem na zastępstwo…
Sloth zastanawiał się w milczeniu. Zielone światła sygnalizowały koniec operacji. Mogli już przejść do części załogowej statku.
– Posłuchaj, Omar… Zastanów się nim odpowiesz. Czy ufasz całkowicie tym ludziom?
– Nigdy się na nich nie zawiodłem, komandorze.
– Dobrze. Muszę i ja wam zaufać. Nie mam i
Omar patrzył na niego pytająco, lecz Sloth nie powiedział już ani słowa więcej, dopóki nie znaleźli się w kabinie medycznej, gdzie zanieśli nieprzytomnego wciąż staruszka z Alfy. Potem Sloth wrócił jeszcze po dzie
W kabinie medycznej zastał Achmata i Omara pochylonych nad leżącym starcem.
– Co z nim zrobić, komandorze? – spytał Omar.
– Nie wiem. Najlepiej byłoby oddać pod opiekę lekarza.
– To moja druga specjalność – powiedział Achmat – Studiowałem medycynę.
– To dobrze. Nie chciałbym witalizować nikogo więcej, dopóki… – Sloth potrząsnął trzymanym w dłoni dzie
3. Relacja, czyli część prawdy o planecie Ksi
Trudno mi zacząć tę relację. Próbowałem już wiele razy, lecz każdy początek wydawał mi się niezręczny. Nie wiem przecież, kto i w jakich okolicznościach przeczyta te słowa. Muszę więc zacząć od pewnych wyjaśnień dotyczących mojej osoby.
Byłem członkiem, załogi Alfy, flagowego statku Konwoju. Jak wszyscy towarzysze z załóg, ja także miałem pozostać na planecie wraz z pozostałymi osadnikami. Czego spodziewałem się po tej radykalnej zmianie w mym życiu? Trudno to wyjaśnić w krótkich słowach. Byłem młody i pełen ciekawości. Pracując przez pewien czas jako pilot na liniach międzyplanetarnych zwiedziłem prawie wszystkie szlaki regularnej komunikacji wewnątrz Układu. Cóż pozostało mi w perspektywie dalszych lat tej służby? Powtarzanie tych samych tras, kręcenie się tam i z powrotem pomiędzy Wenus a księżycami Jupitera… Nie byłem zachwycony taka przyszłością Wiedziałem, jak trudno jest dostać się do załogi ekspedycji międzygwiezdnej. Próbowałem nawet starać się o miejsce w dwóch kolejnych wyprawach badawczych i nic z tego nie wyszło. Być może, zabrakło mi odpowiedniej protekcji…
Wtedy właśnie ogłoszono nabór do Konwoju. Warunek był dość ostry: trzeba było zdecydować się na pozostanie na docelowej planecie, nie przewidywano powrotu statków na Ziemię. Wyprawa miała charakter eksperymentalny, po raz pierwszy próbowano stworzyć kolonię Ziemian na planecie i
Zgłosiło się nadspodziewanie wielu ochotników na osiedleńców Byli to przeważnie ludzie młodzi, którzy nie widzieli dla siebie perspektyw i satysfakcjonującego miejsca w ziemskiej rzeczywistości. Deklarowali gotowość do trudnej pracy pionierów, jaka czekać ich miała na nowej planecie. Przyjmowano najchętniej młode bezdzietne pary małżeńskie oraz młodych samotnych mężczyzn i kobiety.
Trudniej było ze skompletowaniem załóg, chociaż kandydatów było więcej niż oferowanych miejsc. W tym przypadku ważną rolę odgrywały wysokie kwalifikacje – a jak wiadomo astronauci z wysokimi kwalifikacjami bez trudu znajdują sobie pracę bez konieczności wyrzekania się powrotu na Ziemię.
Moje kwalifikacje okazały się wystarczające, a entuzjazm, z jakim odniosła się moja dziewczyna, Luiza, do tego szalonego pomysłu, przypieczętował moją decyzję. W ten sposób znalazłem się w załodze Konwoju. Luiza, jak było zawarowane w kontrakcie, otrzymała miejsce wśród kandydatów na osadników. Podróż trwała długo, lecz dla osadników pozostających w anabiozie nie miało to znaczenia, a my, członkowie załóg, postarzeliśmy się zaledwie o kilka lat – bo tyle trwały w sumie dyżury robocze każdego z nas. Przez pozostałą część podróży korzystaliśmy z najnowocześniejszych urządzeń biostatycznych, pozwalających na natychmiastowe niemal zapadanie w anabiozę i powrót do czy
Podróż przebiegła bez zakłóceń i poważniejszych problemów nawigacyjnych, jak zresztą zwykle bywa w międzygwiezdnej próżni. Pełniłem funkcję drugiego pilota Alfy. Mieliśmy na pokładzie dowódcę całego Konwoju, starego i doświadczonego astronautę, awansowanego z tej okazji do rangi admirała, który postanowił osiąść u celu podróży na zasłużonej emeryturze.
Każdy z czterech statków Konwoju składał się z centralnego modułu podróżnego, zawierającego urządzenia napędowe i sterownicze oraz pomieszczenia załogi. Moduł centralny otoczony był walcowatymi pojemnikami, zaopatrzonymi we własne źródła napędu. Pojemniki te, będące ładownikami zdolnymi osiąść na powierzchni planety, zawierały urządzenia hibernacyjne z ludźmi oraz cały sprzęt, materiały i zapasy potrzebne w początkowym etapie zasiedlania planety.
Myślę, że powyższe wyjaśnienia wystarczą każdemu, kto będzie czytał te notatki, dla zrozumienia wydarzeń, które zamierzam opisać. W tym momencie nachodzi mnie refleksja dotycząca tych ewentualnych czytelników… Czy ktokolwiek będzie rzeczywiście to czytał? Czy – jeśli przeczyta – zdoła wczuć się do tego stopnia w sytuację, by zrozumieć fakty i motywy naszych działań? Czy właściwie oceni to co się stało i rolę poszczególnych osób dramatu – bo trudno nie nazwać dramatem tego, co chcę przedstawić… To dramat zbiorowy i dramat poszczególnych jednostek… ale nie wyprzedzajmy faktów…
Otóż, jak wspomniałem, dla nieznanego czytelnika spisuję teraz – już z perspektywy odległego czasu, na chłodno i w miarę możności obiektywnie – bieg wydarzeń, poczynając od owego pierwszego dnia, nazwanego później Pierwszym Dniem Nowego Świata. Czy zależy mi bardziej na daniu świadectwa prawdzie o planecie i jej mieszkańcach, czy może na pokazaniu moich błędów i zasług, by ktoś mógł prawidłowo ocenić moją rolę w tych wydarzeniach? Nie umiem na to odpowiedzieć; samo się to okaże w trakcie pisania…
Dla sprawnego przeprowadzenia ostatniej operacji, osadzenia ładowników na powierzchni planety, potrzebowaliśmy nieco więcej ludzi niż liczyły załogi czterech naszych statków. Zgodnie z uprzednio założonym programem, w czasie gdy statki osiągały trwałe orbity wokół planety, programowane urządzenia witalizujące wybrały pewną liczbę mężczyzn spośród hibernowanych osadników i przystąpiły do ich witalizacji. Załoga każdego ze statków miała w tym czasie za zadanie uzupełnić dane o planecie, sporządzić aktualne foto-mapy i wybrać ostateczne miejsce lądowania. Moduły centralne miały w przyszłości pozostawać na orbitach, pełniąc rolę przekaźników dalekosiężnej łączności i stacji orbitalnych dla celów przyszłej astronautyki układowej. Oprócz ładowników, pozbawionych możliwości powrotu na orbitę, dysponowaliśmy także małymi rakietami-promami, które mogły – uzupełniając zapas paliwa – odbywać wielokrotne loty między powierzchnią planety i pozostającymi na orbicie modułami podróżnymi.