Страница 50 из 57
– Widzisz te iskierki? – Pashut wyżej uniósł pochodnię i pochylił ją w stronę zbocza wskazując Malconowi kierunek.
– Tak. Po mojej stronie też błyskają, albo to jakieś świetliki siedzące na skałach, albo jakieś kamyki odbijające światło…
– Albo oczka jakichś…
– Daj spokój. To coś odbija światło naszych pochodni.
– Dobrze, dobrze, niech ci będzie.
– Boisz się?
– A ty nie?
– Obaj się boimy, ale ja się tego specjalnie nie wstydzę. To nie jest miejsce… – Malcon przerwał. Przebyli kolejny zakręt, nisko wiszący księżyc niespodziewanie wychylił się zza niższych w tym miejscu wzgórz i oświetlił wyraźnie drogę. Zwężała się nagle, strome zbocza przysunęły się do ścieżki, gałęzie gęściej rosnących drzew zawisły nad dróżką.
– Czekaj!
Zatrzymali konie. Pashut uniósł pochodnię najwyżej jak mógł, choć w blasku księżyca nawet drobne szczeliny i załamania na zboczach widoczne były wyraźnie. Stali chwilę, rozglądając się na wszystkie strony, a gdy nic nie poruszyło się w zasięgu wzroku, Malcon wyciągnął zza pasa na plecach swoją pochodnię, rozpalił ją i powiedział głośno:
– Jedziemy pojedynczo z odstępem na cztery konie!
Czekał krótką chwilę, jakby chciał wysłuchać odpowiedzi gór, po czym lekko trącił Hombeta piętami. Droga na dość długim odcinku wiodła prosto, Hombet poruszył kilka razy uszami. Malcon uniósł pochodnię wyżej, niemal muskając płomieniem najniższe, zwisające nad nim gałęzie, puścił wodze Hombeta i chwycił rękojeść tiuruskiego miecza. Jego czujne spojrzenie nie wychwyciło w gałęziach żadnego ruchu, nie widział błysku oczu, nie czuł tchnienia wyszczerzonej paszczy. Zbliżył się do kolejnego zakrętu, Hombet potknął się lekko, przyspieszył, nagłe wyprzedzająca go dotychczas Ziga zawyła krótko i uskoczyła na zbocze. Koń, jakby spłoszony jej zachowaniem, skoczył do przodu, Malcon zakołysał się w siodle, odrzucił miecz i przytrzymał się łęku. Hombet przysiadł i wyprysnął jak dźgnięty ostrogami. Dorn chwycił wodze i ściągnął je, ale oszalały koń uniósł pysk i pędził do przodu. Gdzieś z tyłu zawyła Ziga i rozległy się krzyki, a Malcon z pochodnią w ręku wpadł w zakręt. Księżyc zniknął za jedną ze skał i w skąpym świetle Malcon zobaczył, że skały zbliżają się jeszcze bardziej do siebie, aż po kilku krokach schodzą nad głową. Malcon na galopującym Hombecie wpadł w tunel, koń zwolnił równie gwałtownie jak ruszył. Drżąc na całym ciele zatrzymał się. Malcon puścił wodze i wyszarpnął Gaed, poprawił się w siodle oczekując ataku, ale nagle poczuł powiew powietrza z tyłu, odwrócił się i zobaczył, że otwór, przez który przed chwilą wpadł w tunel, zamyka się. Zdążył jeszcze zauważyć pochodnie zbliżających się przyjaciół, a potem – zanim uczynił jakikolwiek gest – skała zamknęła się cicho. Malcon zrozumiał, że wjechał w likaorga. Przypomniał sobie wieści o małych bestiach żyjących we wnętrzu ogromnego ślimaka, które pierwsze atakują nieostrożną ofiarę. Nazywały się tilie. W tej samej chwili zobaczył je.
Mały oddział Pia wracając z bagien zatrzymał się tuż przed sklepieniem sztolni prowadzącej do pierwszej komory składowej. Czterej wartownicy uzbrojeni w miotacze strzał szybko przeliczyli współplemieńców. Jeden z nich odetchnął głośno i roześmiał się.
– Szczęśliwa wyprawa. Wystraszyliście wszystkie bestie!
– Nie widzieliśmy nikogo – odpowiedział nadspodziewanie ponuro dowódca oddziału.
– Nikt was nie atakował? – już bez uśmiechu zapytał wartownik.
– Nikt. Bagno jest martwe. Mogliśmy dojść do najdalszych łąk, ale obawiałem się zasadzki. Coś wisi w powietrzu. Idziemy!
Oddział dźwigając wiązki drewna i worki z owocami i jagodami bezgłośnie wsunął się w korytarz. Wartownicy chwilę rozglądali się, potem jeden podrzucił drewna do ogniska i na skale rozłożył pojedynczo strzały. Oparł się plecami o kamień i wbił spojrzenie w parujące bagno. Pozostali również poprawili broń i wybrali wygodne stanowiska obro
Gdy wartownik przybiegł z meldunkiem, Den siedział na krześle ustawionym przed jednym z otworów w centralnej galerii Greez. W ręku trzymał swój stary pas podziurawiony setkami czarnych otworów. Postanowił dzisiaj wszystkie przeliczyć, ale nie zdążył nawet zacząć. Gdy usłyszał szybkie kroki Pia, napiął mięśnie, ale nie zerwał się, tylko włożył głowę w okno i obrzucił spojrzeniem przestrzeń przed sobą.
– Coś się dzieje w komnacie Kamienia! – krzyknął Pia.
Den rzucił pas i pobiegł w stronę schodów mijając Pia. Wartownik biegł za nim dysząc głośno. Drugi stał przed zakrętem korytarza wychylając ostrożnie głowę. Den zwolnił i odetchnął. Zrobił mały kroczek, uniesioną ręką zatrzymując w miejscu Pia. Korytarz był ciemny, nie paliły się w nim pochodnie i dlatego mógł zobaczyć nikły purpurowy brzask bijący ze szpary pod drzwiami do komnaty Kamienia. Nie był pewien czy nie jest to pułapka, wiedział, że nie będzie potrafił przeciwstawić się sile, której działania tak często w przeszłości doświadczał. Cofnął się za róg i przywarł plecami do ściany. Przymknął powieki i stał chwilę bez ruchu.
– Wiesz, co to jest? – zapytał wartownik, który przybiegł po niego.
Den wolno otworzył oczy i popatrzył na obu Pia. Wytarł spocone dłonie o kaftan na piersi.
– Purpura to kolor Lippysa. Tylko to wiem. Albo go zniszczyli albo… nie wiem. Zostań tu i gdyby coś się zmieniło, zawiadom mnie – powiedział do wartownika z korytarza. – A ty chodź ze mną. Zrobimy obchód.
Poszedł pierwszy, ale zanim doszedł do drzwi usłyszał głośne westchnienie z komnaty Kamienia. Zawrócił i odtrącając obu Pia pobiegł do drzwi i szarpnął je, W komnacie panowała niczym nie zakłócona cisza. I najczarniejsza ciemność. Den wolno cofnął się i zamknął drzwi. Chwilę stał z opuszczoną głową myśląc nad czymś, a potem podniósł głowę i popatrzył na nieruchomych Pia.
– Według mnie Malcon go pokonał. Ale nie cieszmy się za bardzo. Dopóki nie będziemy mieli pewnych wiadomości, musimy uważać, że nic się nie stało. Idziemy – powiedział i ruszył pierwszy.
Z korytarza wyroiły się od razu setki niewielkich, białych szczurów. Mleczna fala zalała podłogę i bezgłośnie wtargnęła na ściany jaskini. Tilie zręcznie wdrapały się na wysokość głowy Hombeta, pierwsze szeregi znieruchomiały na chwilę. Malcon zatoczył pochodnią koło nad głową, tilie nie poruszyły się; albo nie bały się ognia, albo nie widziały co to jest. Wąskie czarne oczka wpatrywały się nieruchomo w konia i jeźdźca, pęczki krótkich gęstych wąsów drżały. Żaden dźwięk nie płoszył ciszy i tak samo bezgłośnie, choć niewątpliwie na jakiś rozkaz, wszystkie tilie zaczęły posuwać się w stronę Malcona. Zeskoczył z konia i robiąc wypad uderzył pochodnią w pyski kilku najbliższych tilii. Zaskoczone wbiły się w szeregi pobratymców, ale nie wydały z siebie najmniejszego dźwięku. Malcon jeszcze kilka razy tknął pochodnią czołową falę napastników, widział, że te poparzone nakrywane są dywanem dziesiątków i setek i