Страница 5 из 57
– Dobrze – Malcon uśmiechnął się szeroko, pokazując lśniące jak u Zigi zęby. – Choć nigdy mi bardziej nie smakuje jak po tęgiej uczcie.
Podszedł do ściany obok drzwi i wziął stojące tam miękkie, wysokie buty. Wciągnął je bez pomocy pachołka i tupnąwszy kilka razy, by ułożyły się na nodze, spojrzał na Labera.
– Co dziś mam robić?
Dzisiaj odbierasz, panie, skarbiec w Uta-Dej. To może trwać nawet trzy dni. Dopiero czwartego odbędzie się koronacja, prędzej nie zdążą ani zaproszeni goście, ani kucharze. Możesz dobrze obejrzeć skarby, które ci się dostają.
Malcon wyczuł w ostatnich słowach jakiś dziwny ton. Otworzył usta, chcąc zapytać Labera co ma na myśli, ale w tym momencie Ziga ziewnęła i otarła się o łydkę swego pana. Malcon pochylił się i poklepał wilczycę po głowie.
– Wynudziłaś się, co? Na tych ucztach? Pojedziesz ze mną do Uta-Dej. Może zapolujemy po drodze – uśmiechnął się na myśl o ulubionej zabawie.
– Jogas oczekuje cię, panie, przed południem. Odłóż zabawy na później. Posłuchaj mojej rady – powiedział z naciskiem Laber.
Malcon popatrzył na niego z namysłem. Potarł brodę, na której nie było jeszcze śladu zarostu i skubnął jasny wąs.
– Wydaje mi się, że chcesz dzisiaj coś powiedzieć. I nie wiem dlaczego wciąż kręcisz, przecież znamy się od urodzenia. No! O co chodzi, stary?
– Mylisz się, Malconie. Nie doszukuj się niczego szczególnego w moich słowach – Laber podszedł do okna i otworzył je szeroko. – Piękny dzień – zmienił temat.
– Nie chcesz mówić, to nie. Przygotuj mi płaszcz na drogę i każ osiodłać Hombeta. I nie zapomnij o broni! – dodał. Laber wyszedł, a Malcon rzucił się na łoże i położył na wznak. Ziga nie czekając na zachętę wskoczyła również i ułożyła się między Malconem i drzwiami. Zawsze kładła się tak, by odgrodzić pana od najbardziej niebezpiecznego, jej zdaniem, miejsca. W pokojach takim miejscem były drzwi. Leżeli chwilę w milczeniu, potem Ziga zeskoczyła i warknęła krótko.
– Idziemy – powiedział Malcon i wstał. – Masz jak zwykle rację.
Wyszli z komnaty. Królewicz Malcon mieszkał na najwyższym piętrze. Dziś mógł przeprowadzić się na pierwsze piętro zamku, piętro królewskie, ale postanowił jeszcze tego nie robić. Na poddaszu było cicho i miał stąd widok na trzy strony świata. Widział drogę do Botalii, którą za chwilę uda się do Uta-Dej, i góry na zachodzie, potężne, mroczne, ale przyjazne i szczodre Chegonestry. W jasny dzień mógł zobaczyć odległą o dzień drogi rzekę Susa i trójkątne żagle barek. Wcale nie kusiły go ogromne komnaty z wiecznie dymiącymi piecami i wąskie wysokie okna przez które mógł co najwyżej zobaczyć skrawek nieba i czeladź krzątającą się po dziedzińcu.
Doszedł do schodów i wyminął je obojętnie, Ziga przystanęła i popatrzyła na Malcona z wyrzutem. Widząc, że pan nie zatrzymuje się, skoczyła do schodów i zaczęła zbiegać w dół. Malcon natomiast podszedł do grubego słupa, wyciosanego kiedyś z pnia potężnego orzechowca, biegnącego przez trzy piętra zamku i skoczył obejmując pień rękami i nogami. Ześliznął się na parter i rozejrzał. Zza zakrętu wyskoczyła wilczyca i widząc Malcona zatrzymała się i majtnęła ogonem. Poszli razem w kierunku stajni nie spotykając nikogo po drodze. Tylko w stajni, przy Hombecie, krzątał się Bet i jakiś młody chłopak. Koń, już osiodłany, z zapiętym popręgiem parskał i tańczył. Zarżał przeciągle widząc Malcona.
– Wyprowadźcie – rozkazał Malcon pochylonym, w ukłonie staje
Stał tam już Laber, a trochę dalej, prawie przy bramie, w czworoboku czekał oddział, który miał towarzyszyć królowi w drodze do skarbca. Malcon obrzucił go uważnym spojrzeniem i obejrzał się niecierpliwie. Spieszył się do konia, jazdy, przestrzeni, pędu, świstu powietrza. Hombet, czując przejażdżkę, szarpał głową i co kilka kroków starał się zakłusować. Bet i drugi staje
Malcon ściągnął cugle Hombeta i zatrzymał się. Był tu kiedyś, dawno temu, jeszcze jako mały chłopiec i niewiele pamiętał z tego pobytu. Teraz na widok skarbca Laberi dziwnie drgnęło mu serce, dopiero w tej chwili uświadomił sobie, że stał się władcą wielkiego państwa, że nie będzie już miał czasu na beztroskie łowy i hulanki. Ponury Uta-Dej stanął u kresu młodości jak głaz, który spadł na drogę, jak rzeka, pojawiająca się nagle przed wędrowcem. Za tym głazem, za tą rzeką była już i
– Nie gniewaj się, Sail. Może to moja ostatnia taka przejażdżka.
Dowódca straży zamkowej surowo ściągnął brwi, ale Malcon widział, że stary nie gniewa się już. Król uśmiechnął się i skinął głową.
– Jedziemy – powiedział.
Ruszył pierwszy z Zigą u boku. Hombet szedł spokojnie, jakby wyczuwał powagę chwili. Potężna brama zaczęła podnosić się do góry. Chwila była znakomicie obliczona, bo gdy Malcon wjechał w cień wysokich murów była już całkowicie otwarta i stał w niej siwy Jogas, strażnik skarbca. Gdy król podjechał doń, skłonił się nisko i trwał tak, aż Malcon powiedział:
– Witaj Jogasie. Przyjechałem do ciebie w gościnę.
– To zaszczyt dla mnie, panie, ale to nie gościna – jesteś przecież tu wszędzie u siebie – Jogas zatoczył ręką szeroki łuk.
Malcon zeskoczył z konia i rzucił cugle pachołkowi, podszedł do skarbnika i położył mu rękę na ramieniu.
Twarz Jogasa była pomarszczona, jakby jej skórę naciągnięto na zbyt małą czaszkę; jasne, prawie mleczne oczy patrzyły na Malcona bez wyrazu, niemal obojętnie.