Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 58 из 72

Twardokęsek chrząknął nieznacznie. Znakomicie pamiętał, jak Mroczek buntował przeciwko niemu kamratów, ale rozmarzony trunkiem handlarz bławatny coraz serdeczniej wspominał dawne czasy, bełkotliwie nucił jakieś sprośne przyśpiewki z Przełęczy Zdechłej Krowy, a na koniec zaczai się zwierzać zbójcy ze swych nieszczęść.

– Jakem ja ciebie w onej gospodzie wedle wiedźmy zoczył, a zrazu cię rozpoznałem, boś bardzo chwacko przeciw książęcym pachołkom stawał, to już wiedziałem, że my oba w gówno po uszy wpadli. Bo i ja u tych pomorckich zatraceńców jako w niewoli. Ale uradowali się niezmiernie, kiedy rzekłem im, żeśmy pospołu na Przełęczy Zdechłej Krowy zbójowali. I zaraz mnie wypytywać poczęli, ktoś ty i jakim sposobem do tej ryżej dziewki przystałeś. A Ciecierka, żeby go zaraza wydusiła – splunął przez ramię – zaczął wrzeszczeć, żem zdrajca i żeby mi szyję urzezać.

– Kurwi syn – zgodził się zbójca.

– Szczęściem niewielkie ma wśród tutejszych poważanie. Niby do Zird Zekruna przystał i cierpieć go muszą, ale coś niechętnie na niego patrzą.

– Kto jednego pana porzucił, ten i drugiemu wiary nie dochowa – sentencjonalnie rzekł Twardokęsek. – Toż on zwyczajny odstępca. Zaprzaniec.

– Gorzej – oznajmiła przywiązana do ławy tortur wiedźma. – Jego teraz Zird Zekrun jak wosk może w palcach urabiać. Przecież on opętany.

Twardokęsek rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie, ale trunek najwidoczniej zdążył Mroczka udobruchać, bo tylko wzruszył ramionami i spytał łaskawie:

– Czego?

– Ciecierkę Zird Zekrun opętał – powtórzyła niebieskooka niewiastka. – Toż widać. Baczcie, by się i wam nie przytrafiło.

– Jakże to? – zaniepokoił się Mroczek.

– Dość, by was który z kapłanów piętnem skalnych robaków naznaczył – wyjaśniła. – Ale najgorsza, że kiedy na nic więcej się bogowi nie nadacie, wtedy was owe skalne robaki ze szczętem zeżrą. Ani garsteczka ścierwa się nie ostanie. I bardzo dobrze – dokończyła zajadle. Mroczek wytrzeszczył oczy.

Szarka z roztargnieniem przeczesywała mokre włosy. Sztywne, wykrochmalone prześcieradło Krotosza miękło już na niej od wilgoci i układało się w coraz łagodniejsze fałdy.

– Jasenka? – rzucił z przekąsem. – O głowę od was ona mniejsza, na gębie smagława i włosy też ma ciemniejsze. Przy tym, cóż ona by u mnie w łaźni robiła ni giezłem nie okryta?

– Co niby miałam powiedzieć? Że wiedzieć chcę, kto mi wiedźmę zmarnował? Że mnie teraz sposobu trzeba, by ją z cytadeli dobyć? Dla chłopaka wyście wielki świat, we wszystko uwierzy, bez różnicy.

Teraz dopiero Krotosz przeraził się na dobre. Niech no tylko wyjdzie na jaw, pomyślał, żeśmy wiedźmę uwolnili z wieży, a żadne z nas głowy na Tragankę nie uniesie.

Szarka ze zmarszczonymi brwiami skubała skraj prześcieradła. Włosy na jej skroniach przeschły i poczynały skręcać się w drobne pierścienie.

– Spichrza nie Targanka. Tu niewiernym schlebiać trzeba a nisko się kłaniać – ostrzegł ją. – Jeśli nie z roztropności, tedy z szacunku dla Fei Flisyon wiedźmę własnemu losowi zostawcie. Pomóc jej nie zdołacie, tylko i nas, i siebie zgubicie.

– Wy jak dziecko – uśmiechnęła się krzywo. – Czy nie widzicie, że ktoś na moje życie nastaje? Że nie bez przyczyny trud sobie zadał spośród wszystkich, co do miasta ściągnęli, wiedźmę jedną wyłuskać?

– Mogło się przytrafić, że ją kto rozpoznał – sprzeciwił się Krotosz.

– Nie mogło. Samiście rzekli, nikt z miasteczek nie uszedł. Nikt więc wiedźmy nie widział, jak ze zwierzołakami wespół ludzi mordowała. Nie, jedna tylko niewiasta wydać nas mogła – jej oczy błysnęły w półmroku. – I jak ją odnajdę, to mi się ze wszystkiego skrupulatnie wytłumaczy.

Nieprzyjemny dreszcz przeszedł Krotoszowi po krzyżu.

– Może się wam o uszy obiło – ciągnęła – czy tu gdzie jakiegoś Psiego Źródła nie znają? Albo Psiego Strumyka, albo jakiegoś i

– Wy naprawdę wiedźmich bredni słuchać zamierzacie? – Krotosz w osłupieniu wyłamywał palce. – Wżdy wiedźma głupia, sama nie wie, co gada.

– Was wierzyć nie zmuszam. Ale pomyślcie, ilu takich mądrych i przemyślnych niedowiarków szczuracy zagryźli tejże nocy, gdy nas wiedźma z opresji wywiodła. Miałam spokojnie na Jaszczyka poczekać, ale teraz widzę, że co prędzej trzeba mi ruszać. Bo kiedy wiedźmę w wieży trzymają, to i o mnie wiadomość szybko mieć będą. Chciałam do was niepostrzeżenie przybyć. W przebraniu. Ale teraz nie czas kryć się i w maskarady bawić. Juki mi od skrzydłonia przynieście.

– I co? – spytał z przekąsem. – Na ulicę wyjdziecie, przeciwko księciu ludzi burzyć? Czy samopas Wiedźmiej Wieży dobywać będziecie?

Zimne, zielone oczy zabłysły i Krotosz pospiesznie zaprzestał kpin. Pamiętał, jak na Tragance, wiele lat temu, dri deoneme ni z tego ni z owego wpadł w szał. Zanim niewolnicy zdołali go powstrzymać, wyrżnął na oślep dobry tuzin błagalników bogini.

Skrzydłoń wciąż drzemał na słońcu. Gromadka gapiów przyglądała mu się ciekawie z drugiej strony ulicy. Mógłby kark skręcić jednym uderzeniem skrzydeł, pomyślał Krotosz, z trwogą dotykając grzbietu zwierzęcia. Skrzydłoń zaświergolił, odsłaniając rzędy ostrych zębów, bursztynowe ślepia spoglądały na Krotosza poprzez długie rzęsy. Kapłan szybko cofnął rękę.

Toboły Szarki były zadziwiająco ciężkie, lecz nim zdołał o cokolwiek spytać, dziewczyna wydarła mu je z rąk i zniknęła za parawanem.

Kiedy wychynęła z powrotem, odziana była prawie jak jedna z najemniczek, co się ostatnimi czasy ze wszech stron zbiegały do Spichrzy, zwabione wieściami o rychłej wojnie. Wdziała na grzbiet coś niby nabijaną ćwiekami tunikę, brudną i osmaloną, aż strach brał. Nosiła też dwa zakrzywione miecze w czarnych pochwach, podobne owym szabelkom, w których Servenedyjki się lubują, choć bardziej okazałe. Nogi miała w wąskich, skórzanych nogawicach, biodra ledwo przesłonięte postrzępioną spódniczką. Południowym zwyczajem, powieki barwiczką umalowała, a omotana na szyi chustka kłuła oczy czystym szkarłatem.

– Ujdzie – pochyliła się, zatykając sztylet za cholewę buta. – Dosyć się tu najemniczek kręci. Skrzydłonia w ogrodach u was wolno puszczę. Róże pewnie ucierpią, ale zwierz bezpieczniejszy będzie, niżby miał na gościńcu czekać.

– Co dalej zamierzacie? – spytał z niepokojem.

– Przejdę się zaułkami – jej misterne, srebrne kolczyki pobrzękiwały przy każdym słowie. – W jakiejś karczmie o to psie miejsce rozpytam. Wierzę, że wiedźmy na stos na gwałt nie powleką, że ją pierwej badać będą i żywą jeszcze zastanę.

– Toć nie licuje, sami pojmujecie, że nie licuje! – zaperzył się Krotosz. – Jakże to? Obręcz dri deonema nosicie! Warn nie uchodzi jak jakiej kortezance po gospodach się włóczyć! Was pokornie u bram wi

– Kuszące! – zaśmiała się – Ale ja już po szkarłatnym suknie chadzałam, mierna rozkosz. Księcia Evorintha też nie ciekawam. A tak, może co przydatnego usłyszę, nie uwierzylibyście, ile ludzie po gospodach gadają. Czy wy mnie za głupią macie? – podjęła zmienionym głosem. – Czy też chcecie, żebym po tym czerwonym suknie prosto w kleszcze wlazła? Myślicie, że poślecie potem na Tragankę pisanie, że głupia była dziewka, usiekli ją, łatwo przeboleć? A wam, myślicie, ze wszystkim darują, po tym krasnym suknie do bram powiodą i na Tragankę wyprawią? Z obręczą dri deonema w garści? Tedy głupiście – hardo zadarła brodę. – I z gruntu nieprzydatni.

Ma rację, pomyślał niechętnie Krotosz, ma rację niezawodnie. Na Tragance mnie nie o wiedźmę i zbójcę rozpytywać będą, jeno czemu dziewka samopas w miasto poszła.

– Lepiej wam Psi Wykrot pokażę – zdecydował z ociąganiem – skoro was od tego odwieść nie potrafię. Ruczaj tam płynie, brudy ludzie do niego z całego miasta znoszą, odkąd zaraza porządnie miasto przetrzebiła i książę pod grzywną zakazał nieczystości na ulice wywalać. Psów się zdziczałych gromada zawdy przy nich kręci. Plugawe jest miejsce, ale jak was to ma uszczęśliwić, tedy chodźmy. Choć nic z tego wiedźmiego gadania nie przyjdzie – zastrzegł się.