Страница 49 из 72
Wiedźma przepędziła Twardokęska niemalże po całym błoniu: tu jej się nie podobało i tam źle było, stąd za daleko od skały, stamtąd gościńca nie widać. Na koniec przylgnęli w porośniętej krzami wyrwie. A kiedy sypał na wrzątek krwawie
Gdy zobaczył skrzydłonia na brzegu jaru, nie zastanawiał się nawet, jak ich Szarka z Morwą odnalazły. Odkąd odbili z Traganki, Twardokęsek widział dość, by ani nie pytać, ani nie myśleć zbyt wiele. Szarka powitała go obojętnym kiwnięciem głowy i nalała sobie krwawie
– Trzeba się posilić tym, co jest – mruknęła. – Sakwa mi w zamieszaniu przepadła.
– Co z was za ludzie? – Morwa podniosła głowę. Skołtunione włosy opadły do tyłu, odsłaniając jej postarzałą nagle, porytą zmarszczkami twarz. – Co z was za ludzie? – powtórzyła, wpatrując się w Twardokęska. – Jak nam człek drogę zastąpił, to go na pół rozszczepiła, ani pytała, jeszcze kubrak przetrząsnęła.
– Golec był – wtrąciła Szarka – bez sakiewki nawet. Ale hybercuch z niego zdarłam, bo nasze okopcone, a obwieś wydał mi się twego wzrostu, Twardokęsek. I nie myśl – rzuciła oschle dziwce – że się przed tobą opowiadam, jednak i to rozważ, że on nie bez przyczyny dwie samotne niewiasty w krzakach zachodził.
– Tyle jeno, że pożoga za wami i śmierć, nic więcej – zaskowyczała Morwa. – Ja żem myślała, że ona – pokiwała ubabranym sadzami paluchem ku wiedźmie – jeno na umyśle słabuje, że kołowata. A to jest wiedźma, plugastwo ludziom i bogom obmierzłe! Pewnikiem ona szczuraków na nas sprowadziła!
Twarz Szarki stwardniała gwałtownie.
– Uciszże ją, Twardokęsek – rozkazała. – Dłużej tego skomlenia nie zniosę. Ot, trzeba było niedojdę zostawić, niechby ją szczuracy zeżarli, to o ogniu i śmierci by nie krakała. Spać się lepiej kładźcie – rzuciła skulonym po przeciwnych stronach ogniska niewiastkom. – Niedaleko do świtu.
Morwa posłusznie wpełzła głębiej w krzaki, z dala od wiedźmy, i okręciła się resztkami lawendowego kasaczka. Dygotała. Z opuchniętych warg ściekała jej strużka śliny.
– Za dużo ona wie – mruknął Twardokęsek. – Jak się jutro wieść o szczurakach rozniesie, to tutaj na każdym rogu powroźnik będzie czyhał i wiedźm wypatrywał. A niech ludzie dojdą, żeśmy przez Góry Sowie dopiero co przejechali, pasy z nas drzeć będą bez ochyby. Prawo tutaj twarde.
– Prawda – Szarka przysunęła się do ognia i objęła ramionami kolana – ale była nam życzliwa. Jeśli nawet po pijanemu coś wygada, to miasto ogromne, kto nas odnajdzie? Jestem zmęczona – przyznała nieoczekiwanie. – Ta noc przypomniała mi coś, o czym nie chcę pamiętać.
Jadziołek przydreptał do nich niezgrabnym, rozkołysanym krokiem po wysokiej trawie i skrzecząc z cicha, otarł się o cholewę wysokiego buta Szarki. Dziewczyna bez słowa, gołą dłonią podrapała go po podgardlu i raptem wydała się Twardokęskowi markotna i zniechęcona. Przyszedł mu na myśl klasztor Cion Cerena i słowa wiedźmy.
– Iście was ongiś Szarka zwali? – nerwowo potarł opuchniętą skórę na brodzie.
– Sharkah – poprawiła bezwiednie. – Bardziej przekleństwo to niźli imię. Razem z bratem się rodziliśmy, ja wyszłam pierwsza, on się udusił. Czemu, jak łatwo wnosić, mało się radowano.
Zbójca nie zdziwił się. W Górach Żmijowych takoż nie świętowano narodzin dziewczynek i w co bardziej odludnych okolicach zdarzało się, że je matki wynosiły na pustkowie.
– Moi rodzice bardzo się miłowali – Szarka oparła brodę na kolanie. – Pewnie dlatego, że wojna kraj pustoszyła i czegoś się w tym zamęcie musieli uchwycić, więc się siebie chwycili. Dwójka to smarkaczy właściwie była i we ćmie, co nastała, jako wszyscy przerażonych. Wtenczas już tylko w lasy umykać trzeba było i tam się gdzieś w glibieli głęboko skryć, na uroczyskach. A oni się we stołpie zaparli – pokręciła głową. – Głupio, bo ze wszech stron wojsko szło pobuntowane, a przy nich ledwie nędzna przygarść straży została. I najemnicy. Ale ojciec uparł się, że uciekać nie będą, choć tyle ten jego upór wart był, co błysk na sztylecie, kiedy gardło podrzyna. Matka chodziła z nim po murach, brzuch dumnie jak bitewny bęben przed sobą obnosząc, i o mścicielu, co się z jej żywota pocznie, bełkotała. Słowem, wyczekiwali rzezi.
– I jakoż było?
– Matkę potem na wpół żywą najemnicy Dumenerga ze stołpa wywieźli. Kiedy się jatki na dobre zaczęły. Wtedy nas rodziła, oboje. Przed czasem i gdzieś w rowie. Z niebem jasno oświetlonym od płonącego zamku, bo w zamęcie rebelianci ogień zażegli. Rodziła pod tą łuną, buntownikom zemstę obiecując. I tam mi imię nadała.
– A wasz ojciec?
– Przy bramie go szafelinami zakłuli jak odyńca. A matkę w rowie Dumenerg zostawił wykrwawioną. Dość, nie podpytuj mnie, Twardokęsek, jutro jeszcze się językiem namłócisz, a pewnie i nie tylko językiem.
– No, ciekawym tylko, na co nam teraz przyjdzie – zbolałym głosem odezwał się zbójca. – Spichrze podpalim czy szczuraków do miasta wpuścim, czy może tylko księcia łaskawie utrupim?
– A skąd ci to we łba zaświtało? – popatrzyła na niego spod opuszczonych powiek. – Tu wokół nas samych obręcz się łatwo zacisnąć może.
Twardokęsek zakłopotał się trochę. Pogryzł chleba z cebulą, pomilczał posępnie.
– Nieskładnie mi to wyjaśnić – podjęła dziewczyna – ale wciąż mi się zdaje, że pogoń za plecami słyszę, pogoń i psów granie. Może mi to tylko jadziołek w rozum kładzie, ale ja się, Twardokęsek, w obławie chowałam… prędzej bym samej siebie zapomniała.
– Nic i
– I cóż stąd? Wciąż o wiedźmach słucham, że plugastwo od bogów przeklęte, a ludziom zatracenie knujące. Ale jakoś nikt nie potrafi objaśnić, czemu plugastwo zwłaszcza w czas wojen roić się zwykło. Pomnisz Łysą Wiedźmę? Czy nie za najazdu norhemnów spustoszyła brzegi Kanału Sandalyi? A Pustułka? Nie wtedy grasowała, gdy Vadiioned wojnę rozpętał? Nie – pokręciła głową – im więcej nad tym myślę, tym wyraźniej mi wychodzi, że kiedy się tylko jakiś zamęt w Krainach Wewnętrznego Morza zaczyna, to wiedźmy ludzi szczególniej gnębią. A jak spokojnie, to i one czemuś przycichają. Przecież nawet po wioskach gadają, że ich magia z krwi się bierze, z czarnej posoki.
– Aż krwi! – zaperzył się zbójca. – Jeno że z tej krwi plugawej, co ją co miesiąc zrzucają!
– To wszystkie byśmy już wiedźmami były! – prychnęła. – Nie, Twardokęsek, ja się jej dobrze przyglądałam. I tyle wypatrzyłam, że płochliwa jest i przestraszona, nie – lekkie widać miała życie. Jednak złości w niej żadnej, czy ku ludziom nienawiści, nie spostrzegłam ani czarów żadnych. Aż do tej ostatniej nocy, kiedy o krwi i o ogniu bredzić zaczęła – przygryzła wargę. – I tak mi się wydaje, że to z tych zbójców, których jadziołek nad Trwogą przydybał. Jeden na niej z opuszczonymi spodniami zdychał. Strasznie w gospodzie płakała, że krew do niej krzyczy i coś mi się zdaje, że nie pierwej w niej ta magia rozgorzała, póki krwi na trakcie nie przelano.
– A cóżże za różnica – złośliwie zauważył zbójca – za jaką przyczyną wiedźma nas wygubi, czy od tej krwi, co z kupra ciecze, czy i