Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 21 из 72

– A tak! – ciągnęła. – Niech sobie służba myśli, że ja dzieciaka wywarami zratowałam. Niech mnie nawet wiedźmą obwołają. Po to ich odesłałam, żeby bzdurzyli. Ot, miecz na posłaniu połóżcie i drew do ognia dorzucajcie… Poczekamy sobie w spokojności, póki…

– …w spokojności, póki się ta ryża dziwka nie napatoczyła! – wybuchnął Kostropatka. – Przeklęty wiedźmi pomiot, trzeba ją było zrazu na krypie zaszlachtować!

Kapłan siedział w kuche

– Zabierzcie go, panie – poradził z cicha guślarz. – Dałem mu gorzałki na rozgrzewkę, ale widać nienawykły, rozebrało go do cna. A tu w alkierzu jeszcze jeden człek śpi, lepiej, żeby się w waszych sprawach nie rozeznał, jeszcze kłopot będzie. Mam szopkę na siano wedle koziej zagrody, tam się układajcie.

– Przysposobim sobie posłanie w komórce przy alkierzu.

– Jak chcecie. Mnie za jedno. Weźcie kożuch z sionki, bo tam w komórce nielicho przez ściany wicher dmucha.

– Wszystko zmarnowane! – Kostropatka pozwolił się ściągnął z ławy, ale bynajmniej nie zamierzał zamilknąć. – Wszystko wniwecz obrócone! A za jaką przyczyną? A taką, żeście nie chcieli jednej parszywej dziwce gardła poderżnąć!

Przemęka przytaknął obojętnie. Był doszczętnie zmordowany i nie zamierzał się spierać. Koźlarz leżał w ciepłej, suchej izbie, z Sorgo przezornie wsuniętym pod posłanie. Co prawda gospodarz nie był może najbardziej godny zaufania – Przemęka jakoś nie miał przekonania do tych jego zielonych gadzin – ale będzie jeszcze czas, żeby mu cichaczem łeb ukręcić. Na razie ściągnął z ławeczki w sieni połatany, wilgotny kożuch znachora i zamierzał na nim zasnąć, jak tylko Kostropatka zmęczy się gadaniem. Tyle że kapłan nie zamierzał zamilknąć.

– Wyście człek prosty, z miecza żyjecie – mamrotał niewyraźnie, lecz wytrwale. – Wy się tam, na Północy w naszych sprawach nie wyznajecie. Za jedno wam, kto na żalnickim stolcu zasiada. Smardz nie był może najmilszym człowiekiem – przyznał po krótkim milczeniu. – Wielce nieroztropnie wybierał małżonki. Ale znał granice. I był nasz. Pamiętam, jak wrócił z krucjaty przeciwko Skalmierczykom… z pięć tuzinów chorągwi rzucono w błoto przed wrotami świątyni… I to stado beczących jeńców, których kniaź przeznaczył na świąty

– A teraz na co nam przyszło? Chamy mnie w łozinie dopadły – oparł się ciężej na Przemęce i coraz bardziej mieszał wątki – jak jaką wiedźmę i gębę mi porznęli, kurewniki… herezja obmierzła… Herezja… w twarz mi powiedział., choć dużo nas jeszcze po lasach pochowanych… trzymają się starych rytów i obrzędów dopełniają…

– Ale spieszyć się trza – gadał niewyraźnie. – Toż jaki wielki czas my się sposobili. Pod samym Wężymordowym nosem knuli. A ninie, kiedy dzień nastał… Wszystko zmarnowane. Żalnicki pan zaszlachtowan jako świnia. Na gościńcu, na zbójeckim. I co teraz? – mamrotał, usypiając. – Co my teraz…

– …my teraz zrobimy? – Koźlarz niespokojnie potarł się po czerwonym, niezawodnie przemrożonym policzku.

Czerwienieć poślinił palec, sprawdził i znów pociągnął osełką po ostrzu topora. Westchnął pod nosem. Nie miał. zacięcia do wychowywania dzieci, ale dawno wyrozumiał, że wrzaskami niczego nie dopnie: zresztą klucznica wyrzekała za dwoje, aż lód strzelał na potokach. Nie, Czerwienieć nie dawał się sprowokować. Kiedy zdarzyło się coś wyjątkowo złowieszczego, po prostu siadał i bez słowa ostrzył topór, a na dzieciaka nawet nie patrzył.

– Gdyby nie wasi druży

Jak wszyscy czerwienieccy wyrostkowie, Koźli Płaszcz nosił kubrak z miękko wyprawionej skóry, na nim długą kolczugę, a na ramionach, jak zwykle, wytarty płaszcz z koziej skóry. Ostatnimi czasy wkroczył w pełen udręk i zgryzot wiek młodzieńczy. Bardzo urósł. Kiedy chodził po dolnej izbie dworzyszcza, wieńcząca jego hełm biała kita omiatała pajęczyny z belek powały. Ruszał się niezgrabnie, a jego głos zawodził w najmniej pożądanych chwilach, łamiąc się i zmieniając w zabawny pisk ku uciesze dziewek służebnych.

– Tylko że na brzegu przyczaiła się gromada Pomorców – dokończył zakłopotany chłopak. – Strasznie nas poszczerbili. Warka w ramię cięli, rozkazałem mu przodem iść.

Wark był synem sinoborskiego kniazia. Ojciec przyłapał go z kuzynką w komorze, co zgoła nie było niczym niespotykanym. Tyle że dziewkę wprzódy bogini przeznaczono, więc okrutnie kniazia ich nagła komitywa zeźliła. Jeszcze dziewczyna nie obciągnęła dobrze spódnicy, jak ją do świątyni powieźli, a synowi kniaź grzbiet otłukł. Kniahini uderzyła w wielki płacz, bo to był najmłodszy syn, wychuchany, wypieszczony. Kniaź nie słuchał. Dosyć już, oznajmił, chłopaka niewiasty pomarnowały. Toż on nie pa

Chłopak okazał się chudym wyrostkiem o jasnej czuprynie i radosnych, szarych ślepiach. Kiedy tylko stanął w jednej izbie z Koźlim Płaszczem, wyszło na jaw ich ogromne podobieństwo. Aż się Czerwienieć zląkł, żeby z gościem pospołu jakie nieszczęście do dworca nie przyszło. Szczęściem druży

Rychło miało się okazać, że wojownicy Czerwieńca bynajmniej nie zamierzali hołdować dworskim obyczajom. Póki pan hamował ich zapędy, obchodzili z daleka młodego kniazia, spluwając otwarcie na jego widok. Ale kiedy tylko Czerwienieć nieopatrznie upił się na biesiadzie, obdarli Warka do gołej skóry, potem wymazali dziegciem i wytarzali w śniegu na podwórcu, a na koniec pospołu opróżnili baryłkę starego miodu. Bardzo się przy tym pobratali. Klucznica zadbała, żeby rankiem pobratali się jeszcze bardziej: uwarzyła wielki gar ługu i zagoniła wszystkich do szorowania podłogi. Nic tak nie jednoczy, jak przepicie i wyrzekanie na babską bezduszność.

Wiosną zaś ze stołecznego dworu przysłano wieści o nieudanej wyprawie. Obu braci Warka zarąbano gdzieś przy brzegach Pomortu i stary kniaź upraszał, by Czerwienieć zatrzymał chłopaka na dłużej przy sobie. Na wszelki wypadek, bo na dworze też niepokoje nastały: kniahini bardzo zachorzała i wiele gadano o truciźnie. Czerwienieć trochę się zafrasował. Nie widziało mu się słusznym, by sinoborski dziedzic rósł pospołu z synem żalnickiego kniazia. Ale nijak było mu oponować.

Chłopcy chowali się wśród druży

Ani się obejrzał, jak we dworzyszczu zalęgła się cała gromada wyrostków. Zwabieni opowieściami o dziecku, które jeździło w kohorcie boga, i sposobnością wkupienia się w łaski następcy tronu synowie wielkich rodów ściągali do Czerwienieckich Grodów jak muchy do lepu. Czas jakiś polowali na wilki, łowili biełuchy przy brzegach Orrth, a przeważnie włóczyli się bez celu po okolicy. Póki nie znaleźli sobie lepszej rozrywki.