Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 86 из 146

Spędzili woły w gęstą gromadę na brzegu gościńca. Kuna prowadził, a i

Przystanął, łyknął wody z bukłaka. Przed nim zwierzęta parły zbitą masą. Siwe grzbiety wołów wynurzały się z tumanu i, smagnięte, znikały ponownie w kurzawie. Raz po raz migał mu też przed oczyma błękitny skrzydłoń i ciemna chustka na twarzy Szarki.

Słońce wspięło już wysoko, gdy dotarli do brodu. Trwoga sączyła się płytkim, kamienistym korytem, a woda sięgała bydlętom zaledwie do kolan. Kuna objechał stado, zegnał krnąbrniejsze sztuki i powolutku podprowadził je do brodu. Znużone zwierzęta musiały ugasić pragnienie, więc i dla ludzi nastał krótki moment wytchnienia.

– Jakże tam? – krzyknął do Twardokęska.

– Spokojnie – odparł zbójca. – Jeno furgonu ni śladu.

– Może niedługo się pojawi. – Poganiacz obojętnie zakasał koszulę, obmył spocone ramiona i kark. – Albo koło wieczerzy się spotkamy, bo teraz czas nam ruszać.

– Bydlęta utrudzone – mruknął pod nosem zbójca, któremu przypomniały się ostrzeżenia Szarki i znów zdjął go niepokój o wiedźmę.

– A co ja, ślepy, że nie wiem? – obruszył się Kuna. – Bez powodu ich przecież nie marnuję. Ale na drugim brzegu już ze szczętem ziemia szczuraków, nie chcę więc tutaj popasać ani chwili dłużej niż trzeba. A wy na siostrę miejcie baczenie, bo tam łatwo o złą przygodę.

Twardokęsek zaniepokoił się nie na żarty.

– Przecież chyba zwierzołacy na gościniec nie lezą?

– Niby nie – wolarz skrzywił się z niechęcią – ale strzec się trza. Oni od zbójów gorsi.

Twardokęsek omiótł przeciągłym spojrzeniem skały po drugiej stronie Trwogi, z rzadka jedynie porośnięte drobnymi kolczastymi krzakami. W opactwie Cion Cerena zasłyszał od pątników, jakoby zwierzołacy coraz śmielej wyłazili ostatnio z jaskiń pod Górami Sowimi i nawet za dnia pokazywali się na pograniczu. Zmełł w ustach przekleństwo.

Szczuracy zawsze gnieździli się pod Górami Sowimi, choć sów tam nie widywano, bo je dawno ze szczętem zeżarli. Było to plemię zwierzołaków, skryte, plugawe i stroniące od ludzi. Mało kto mógł się poszczycić, że oglądał któregoś z bliska, choć kmiotkowie gadali po przysiółkach, że w jasne noce nadal zakradają się do domostw i porywają dziewki. Nienawidzono ich powszechnie, tym bardziej że nie imało się ich żelazo. Nawet dobrze poranieni przyjmowali na powrót zwierzęce kształty i chronili się pod ziemią. Podobno w dawnych czasach kapłani Mieczownika znali zaklęcia, które broniły im wstępu w ludzkie siedziby. Obecnie pamięć o tamtych remediach ze szczętem już zaginęła, lecz wysoko w górach nikt nie układał się spać, nie omotawszy wprzódy belki nad drzwiami czerwoną nicią, poświęconą w kapliczce Kii Kridnara.

Kiedy stała jeszcze Stopnica o rdzawych murach, stolica Kopie

Jednakże póki państwo kopie

Ukradkiem szli od wioski do wioski i zatruwali studnie. Kiedy pomór rozlał się szeroko i przetrzebił Kopie

Sam herszt nie miewał ze szczurakami żadnych sporów. Zbóje siedzieli na Przełęczy Zdechłej Krowy od niepamiętnych czasów i przezornie unikali zatargów z mieszkańcami Gór Sowich. Gościniec rozdzielono sprawiedliwie. Co na lewym brzegu, to zbójeckie, co na prawym – zwierzołaków, a pośrodku, na strudze, tego, kto pierwszy uderzy. Czasami Twardokęskowi zdawało się, że widzi o zmroku po drugiej stronie przygięte nad ziemią, nie całkiem ludzkie kształty, ale nie przekraczał Trwogi, więc nie wchodzili sobie ze szczurakami w drogę.

Przełknął ślinę. Białe wapie

Z tyłu na trakcie słabo zaterkotał furgon.

– Ot, Morwa nadciąga – z ulgą skonstatował Kuna. – Wytchnęlim, czas dalej popędzić. Jeno powoli, spokojnie, bo tu na rzece wądoły głębokie. Jak noga bydlęciu utknie, i

– Nu…! – krzyknął Kuna. – Poszli!

Twardokęsek okręcił gębę płatem sukna dla ochrony przed pyłem, trzasnął bizunem wielkiego wołu, który zaparł się na skraju Trwogi, i począł spędzać w wodę przestraszone cielaki. Uwijał się, póki ostatnie bydlę nie wlazło do rzeki. Na koniec spiął krępą kasztankę, podarunek mnicha z opactwa Cion Cerena, i wjechał na ziemię szczuraków.

Czy dostrzegł coś kątem oka, czy też przypomniał sobie, jak niegdyś czatował u tego samego brodu – dość że się obejrzał. Morwa dojeżdżała do rzeczki, a za nią, w wąskim żlebie, krzaki tarniny trzęsły się i chybotały coraz niżej.

– Kuna! – wrzasnął co tchu Twardokęsek. – Bywaj tu, Kuna!

Ale pierwsi zbójcy wpadali właśnie do kotlinki. Twardokęsek zmrużył załzawione od kurzawy oczy. Na przedzie gnał Mrówka, w kołpaczku suto rysiem obszytym, w nabijanym ćwiekami półkożuszku, i wywijał nad łbem maczugą. A obok był Mroczek, niegdyś kupiec bławatny, z rohatyną. Za nimi Olsza z pałką, zbiegły niewolnik, który pół życia strawił na kupieckich galerach, postarzały teraz mocno, z bielmem na lewym oku, lecz wciąż krzepki. Dwóch następnych Twardokęsek nie rozpoznawał, musieli dopiero co dołączyć do kompanii. Ale zaraz mignęła mu znajoma, od stóp do głów odziana w błękit sylwetka – to z taneczną gracją schodziła w dół Vii, Visenka, jak ją czasami Twardokęsek zwał, smagłoskóra Servenedyjka; zgrabna, zakrzywiona szabelka połyskiwała u jej boku w srebrzystej pochwie. Dalej leciał Strzałka, potężny, głupawy pachoł z pobliskiego sioła. W ręku miał sznur do łapania koni.