Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 80 из 146

Tym razem jednak sen okazał się kruchy i książę ocknął się, nim kroki służebnej na dobre ucichły w korytarzu. Jasenka obiecała sobie, że jeszcze przed wieczorem odprawi tę tępą krowę, która najwyraźniej nie rozumiała, komu służy.

– Zatem gra się rozpoczęła – powiedział książę Evorinth, pan Spichrzy. – Zarzyczka przybyła.

Jasenka skinęła głową: cóż i

– Dziękuję, że byłaś tej nocy moim wytchnieniem – rzekł z uśmiechem. – Jak zwykle, ukochana.

Powi

– Nie odchodź jeszcze – i zaskoczył ją własny głos, cichy i pełen smutku.

Książę spojrzał na nią ze zdziwieniem, niepewny, czy to jedna z gier, którym od lat oddawali się z upodobaniem i które sprawiały, że żadna z przelotnych kochanek nie zajęła miejsca Jasenki. Ale dziś nie wyczuwał w jej tonie ni cienia kokieterii. Nie odsunęła prześcieradła, by odsłonić rąbek szczupłego, białego ciała, porównywanego przez nadwornych minstreli do żywego marmuru. Nie uśmiechała się nawet.

Pomyślał, że może daje wiarę plotkom, a w cytadeli aż od nich huczało, odkąd stało się powszechnie wiadome, że żalnicka księżniczka będzie podczas Żarów jego gościem. Oczywiście Jasenka powi

– Nigdy cię nie opuszczę – rzekł miękko.

Wydała mu się taka krucha. Przytrzymała jego rękę i przytuliła do swego policzka.

– Wiem – wyszeptała i zdumiała go ta odpowiedź. – Lecz nie zostawiaj mnie teraz.

Zawahał się. Jego matka nie słynęła z cierpliwości i często wypominała mu nadmierne uleganie woli faworyty. Tego zaś ranka przybywała żalnicka księżniczka i naprawdę wiele zajęć czekało na niego jeszcze przed oficjalnym powitaniem. Ale powstrzymał go ton błagania w głosie nałożnicy. Jasenka rzadko o coś prosiła.

Nawet klejnoty przyjmowała ze śmiechem, jak błahostkę, którą można beztrosko odrzucić.

– Mam takie uczucie – odezwała się znowu – jakby pozostała zaledwie ta jedna chwila przed nawałnicą, która nas zniesie bez śladu.

– Pragnęliśmy tego – przypomniał jej łagodnie, bo przecież od początku była wtajemniczona w grę, jaką miał niebawem podjąć.

– To prawda. – Skinęła głową. – Lecz cóż z tego?

Przez moment miał ochotę ją zganić, że znów ulega zabobo

Jasenka przymknęła oczy i poddawała się jego dłoniom, miękka jak aksamit i bezwolna. Przez na wpół uchylone powieki widziała nad sobą plamę jego twarzy i jasne włosy, przez które przeświecał blask słońca. Wszystkie pora

W dole, w ogrodzie cytadeli, śpiewały ptaki.

Wnętrze powozu stara

Tuż przed wierzejami orszak przystanął. Gdzieś z przodu dęto w trąby, a ich donośny dźwięk wzmagał oszołomienie księżniczki. Pragnęła wychylić się z powozu, bo plecy strażników przesłaniały jej widok, co się dzieje, ale nawet gdyby spowiednik przymknął oczy na podobne uchybienie, nie zdołałaby się sama poruszyć pod ciężarem sukni. Czuła, jak za uszami i po szyi spływa jej pot, a że słońce stało już wysoko z trwogą myślała o drodze, która jeszcze pozostała do przebycia.

Trąby zagrały niemal z bliska, oni zaś wciąż czekali w bezruchu, choć nad głowami tłumu rysował się już ciężki łuk bramy i lada chwila mogliby się zanurzyć w ożywczy cień. Mieszczanie wiwatowali coraz głośniej. Ich wrzaski towarzyszyły jej od dawna, podobnie jak kwiaty rzucane koniom pod nogi albo nawet do wnętrza powozu, teraz wszakże coś odmieniło się w rytmie wiwatów i udało się jej wyłuskać dwa słowa, powtarzane z rosnącym zapałem:

– Spichrza! Evorinth! Evorinth i Spichrza!

Opuściła na moment powieki, bo krzyki zdawały się napierać na powóz i odbierać jej powietrze. Usiłowała oddychać głęboko i nie myśleć o nagrzanej koronie, która uwierała ją w głowę. Kiedy otworzyła oczy, strażnicy rozstąpili się gwałtownie i zobaczyła przed sobą księcia.

Nie spodziewała się bynajmniej, że wyjedzie do bram, aby ich powitać, lecz rozpoznała go natychmiast – nikt i