Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 68 из 146

– Więc powiadacie, pani, że okolica zdradliwa – zagaił, zaspokoiwszy pierwszy głód. – Tedy z krewniaczki waszej niepłochliwa niewiasta, skoro z jednym pachołkiem na wozie pełnym dobra w drogę się wypuściła.

Starowinka, która podparłszy brodę na ręku, dotąd z zadowoleniem przyglądała się jedzącym, uśmiechnęła się pobłażliwie.

– Ona przy dworze chowana, tutejszych niebezpieczeństw nieświadoma, przy tym gorącej krwi i czasami zbyt prędka. No, ale dobre z niej dziecko – usprawiedliwiła ją zaraz. – Jak się tą sierotą zajęła, to niejedna by i o własną córkę tak nie dbała.

– Śliczna panienka – zgodził się wojownik – i znać, że w karności chowana.

Przez twarz staruszki przemknął wyraz zmieszania.

– Ot, pobłogosławili bogowie. – Odwróciła wzrok. – A wedle tego, co w lesie, to strzeżcie się waszmościowie w drodze, bo gadają ludzie, że szczurzy znów niespokojni, pod wioski w górach podchodzą.

Od drzwi dał się słyszeć stukot chodaków i do izby weszła służąca z pękatą wazą i chochlą. Postawiła ją na stole i na znak pani oddaliła się spiesznie.

– Nalewajcież sobie, waszmościowie – zaprosiła gospodyni. – Żadnych ceremonii nie czyńcie, bom za stara po temu.

– Tedy powiadacie, pani, że się szczuracy burzą? – powtórzył w zadumie Przemęka. – Osobliwa to nowina i groźna.

Starowinka ściągnęła wargi, a spojrzenie jej zamglonych oczu nagle się wyostrzyło.

– Tak już przed nawałnicą bywa, że się niebo kłębi – rzekła z ironią. – Zwyczajna rzecz. Książę Evorinth w Spichrzy zbroi się i Servenedyjki zaciąga, pomorscy kapłani po górach szpiegują, nawet kupczykowie wiergowscy mury wokół miasta wzmacniają. Żaden dziw, że i szczuracy chcą w zamieszaniu uszczknąć coś dla siebie. A nikt nie wie, na jaką stronę szczęście przeważy, gdy się ta zawierucha raz na dobre rozpocznie.

– A tutaj ziemie czyje? – zapytał Przemęka, łowiąc łyżką grube kawały sera, którym okraszono polewkę. – Trudno się w tym wędrowcowi wyrozumieć, bo ludzi na ścieżkach nie widać, komór celnych nie masz, a kamienie graniczne mchem porosły. Jeno czasami stare słupy oglądałem, co je jeszcze Vadiioned kazał stawiać.

– Ano – starowinka pokiwała głową – kopie

Wojownik uśmiechnął się, bo z tonu pani jasno wynikało, w jak głębokiej pogardzie ma łapczywych sąsiadów.

– A naprawdę?

– A naprawdę każdy u siebie rządzi. Ot, widzisz waszmość – trąciła paznokciem herb na srebrzystym dzbanie – wszyscy my zasiedziała szlachta, od wieków do niezależności nawykła. W wielu książęca krew płynie, ale też po zgonie Vadiioneda niezmierna mnogość książąt porodziła się w Górach Żmijowych, a każdy zacniejszy od i

– Cóż tedy…?

Pani zaśmiała się skrzekliwie.

– Kto to wie? Mnie nie pytajcie, ja jeno zgrzybiała niewiasta, co siła złego widziała, więc, ot, jako kruk kraczę. Ani chybi wszystkich nas na koniec wiergowskie chamstwo wykupi. Pożenią się z naszymi córkami i kupieckie swe gmerki na murach wycisną. Koźlarz podniósł głowę znad miski.

– Tego nigdy nie było i być nie może – odezwał się naiwnym głosem wiejskiego chłopaka, któremu pierwszy raz odsłoniono ponure tajemnice świata.

Starowinka spojrzała na niego pobłażliwie.

– Czemużby nie? Oni rosną w siłę, my zaś coraz niżej upadamy, na dodatek naśladować ich próbując. Nawet syn mój rodzony więcej przy dworze przebywa niż w rodzi

Przemęka zerknął na nią ze świeżym zainteresowaniem. Owszem, słyszał to i owo o wiergowskich tkalniach, foluszach i farbiarniach, a Spichrza z tradycji była siedzibą wielkich kupieckich rodów i niejedna bankierska fortuna kryła się za ciężko kutymi wrotami kamienic z żółtego piaskowca. Ale wojownik nie sądził, że i szlachta Przerwanki zaczęła się parać rzemiosłem.

– Sam z bydła żyję – mruknął, gdy gospodyni popatrzyła ku niemu wyczekująco.

– Bo taka turzniańska tradycja! – ofuknęła go. – A nasza tradycja, żeby wielki pan był pan co się zowie, nie zaś byle kramarz. Żeby ziemi pilnował i na rodzinę baczył, jak bogowie każą. Ale mój syn woli z majstrami po warsztatach latać i tkaczom do krosien zaglądać. I co mu z tego przyszło? – Wyciągnęła triumfalnie palec. – Ano tyle, że się w podzięce za łaskawość chamstwo zbuntowało i warsztaty popaliło!

– Nie może być! – obruszył się Przemęka. – Nie dopuściłby chyba książę Evorinth podobnej obrazy.

– Cóż to księcia obchodzi? Zresztą nie on prawdziwie we Spichrzy włada, jeno jego pani matka i ten chudy klecha, Krawęsek ze świąty

– Mechanicznych? – Książę powtórzył powoli, jakby obracał na języku nowo usłyszane słowo, usiłując rozgryźć jego sens. – Cóż to, na bogów, znaczy?

Pani machnęła ręką, chcąc zbagatelizować wyznanie, które wyrwało się jej we wzburzeniu i nieroztropnie.

– At, błahostka. Jest z dawien dawna między alchemikami gadka, że niby można z gliny ulepić człeka, co jeśli mu się w usta wetknie tabliczkę z zaklęciem tajemnym wypisanym, jak żywy chodzić będzie i spełniać rozkazy.

Wojownik pokręcił z przyganą głową.

– Czegóż to ludzie nie bajają. Aż dziw bierze słuchać.

– Klechdy to jeno dla dzieci nierozumnych – odparła starowinka. – Podobnież alchemicy od wieków rozmaite machiny z drewna i metalu tworzą, co wzorem ptaków w niebo się potrafią wzbijać i jak konie po ziemi kroczyć. Że zaś są ludzką ręką zrobione i pozór życia mają, zowią je mechanicznymi.

– A widział je ktoś kiedy? – zapytał z powątpiewaniem Przemęka.

Gospodyni znów zaśmiała się skrzekliwie.

– Skądżeby znowu. Za to wielu alchemików oglądano na stosach, jak się żywcem za herezje piekli. Kapłani zgodnie uczą, że jest grzechem okrutnym te mechaniczne machiny czynić, bo stanowią one naśladownictwo i szyderstwo z żywych boskich tworów.

– I są kapłani w swoim prawie – zgodził się siwowłosy. – Ale rzeknijcie mi, pani, cóż to ma wszystko z waszym synem wspólnego? Wszak nie mieszałby się chyba w obmierzłe alchemickie herezje.

Staruszka z niechęcią ściągnęła wargi. Najwyraźniej wcale nie miała ochoty odpowiadać.

– Jest taki alchemik w Książęcych Wiergach – odpowiedziała wreszcie z westchnieniem. – Lat temu parę przypałętał się nie wiedzieć skąd i teraz mistrzem Szmudruchem go zowią. Kupczykowie wielce go poważają, bo umny podobno niezmiernie i osobliwą ma do rzemiosła smykałkę, więc im raz po raz coś w foluszu czy garbarni podpowie. Syn mój, przez te tkalnicze warsztaty nieledwie będąc opętany, zrazu dobrym słowem i obietnicą sowitego zarobku próbował go do siebie przywabić. Ale hultaj odmówił. – Ze złością stuknęła w stół srebrną łyżeczką. – Miał jednak ucznia, co o nim wszyscy mówili, że zdolny nad podziw i wkrótce samego mistrza geniuszem przewyższy. Tedy syn go przekonał, że lepszy los sobie zgotuje, jeśli we własnej pracowni osiądzie. I chytry chłopak czmychnął z Wiergów do naszych włości.