Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 65 из 146

Chłopina przestąpił z nogi na nogę i popatrzał na wojownika wyczekująco. W tejże samej chwili, jakby w odpowiedzi, rozległ się kolejny krzyk, lecz tym razem nie ptasi. Przemęka szarpnął ostro wodze i nasłuchiwał moment, z której strony nadeszło wołanie. Odgłos nie powtórzył się jednak.

– Co to było? – zapytał szeptem, wychyliwszy się w siodle ku kmiotkowi, by capnąć go za kaftan. – Kamraci przy ścieżce zaczajeni wypatrują zdobyczy?

Przewodnik szarpnął się rozpaczliwie, a oczy mu nieomal wyszły z orbit.

– Gdzieżbym ja podobną niegodziwość… skądże mnie wiedzieć… – zaklinał się bełkotliwie, a Przemęka przyciągał go coraz bliżej, aż dotknął piersią końskiego strzemienia.

Najemnik rzucił szybkie spojrzenie na Koźlarza, ten jednak puścił mimo uszu tłumaczenia wieśniaka. Poddał się w siodle w przód i ze wzrokiem utkwionym w kępie olszyny wciąż bacznie nasłuchiwał.

– Pomiłujcie, panowie. – Przewodnik wodził oczami między Przemęka i Koźlarzem, jakby badał, który okaże się bardziej skło

Przemęka przyłożył mu nóż do gardzieli, by uciąć ten nieoczekiwany potok wymowy, gdy znów ozwał się wrzask. Przeraźliwy, bolesny głos mordowanej kobiety wwiercił się w uszy jak świder i zaraz ucichł – widać zatkano jej gębę, pomyślał Przemęka, albo też gamratka jest ze zbójcami w zmowie i sama zmilkła, by ciekawość naszą podniecić. Ale drzyj się, zarazo, dodał prędko, choćby gardło zedrzyj. Nic nie dopniesz.

Docisnął ostrze, aż po skórze chłopka potoczyło się kilka drobnych, koralowych kropli.

– Jest tutaj boczna ścieżka? Zdałoby się nam tę przeszkodę ominąć… – nie dokończył wszakże, bo Koźlarz zaciął konia i runął naprzód.

Bodnięty znienacka ostrogą, chłopski mierzynek kwiknął i na złamanie karku pognał ścieżką, nie pozostawiając Przemęce czasu na namysł. Wojownik dostrzegł jedynie błysk Sorgo pomiędzy gałęziami, a zaraz potem zielona gęstwina zamknęła się bez śladu za księciem. Nie mógł zwlekać. Zmełł w zębach grube przekleństwo, kopniakiem posłał przewodnika w chrzęślę po boku dróżki i podążył za wychowankiem.

Pierwszym, co zobaczył, był kolebiasty wózek, przy którym żywo uwijało się kilku kmiotów w ciężkich, skórzanych kaftanach. Zdołali już wytoczyć beczki na murawę: jeden właśnie odbijał wieko, dwaj i

Zrazu Przemęka ujrzał jedynie smugę rudych włosów, rozsypanych na bogatym, podbitym jedwabiem płaszczu. Materiał odcinał się błękitem od zieleni trawy, na nim zaś widniała jasna plama skóry między rozerwanymi połami sukni i jeszcze bielszy rąbek zakasanej wysoko spodniej sukni. Przy głowie kobiety przykucnął chłopina w wypchanym paździerzami kabacie, wykręcał jej ręce i zatykał usta. Drugi tkwił pomiędzy rozrzuconymi udami i pospiesznie rozpinał klamrę pasa. Nie spostrzegł nadjeżdżającego, zanadto pochłaniał go widok nagich piersi. Nie podniósł nawet głowy, kiedy ostrze Sorgo spadło na jego kark, zwalił się tylko w przód, znacząc jej skórę i błękitny płaszcz cętkami krwi.

Przerażona, targnęła się dziko, chcąc strącić z siebie bezwładny ciężar. Kamrat martwego zbója poderwał się i Przemęka zobaczył wreszcie twarz niewolonej dziewczyny. Blada, zakrzepła ze zgrozy i pokryta drobnymi kroplami krwi nieoczekiwanie przypomniała mu oblicze Fei Flisyon, pani moru. Przez moment wydało mu się, że to właśnie jej służkę widzi na stratowanej murawie, jak w poszukiwaniu schronienia usiłuje wpełznąć głębiej między korzenie dębu. Jednakże złudzenie zaraz minęło: włosy tej kobiety połyskiwały miedzią, nie czerwonym złotem, a na głowie miała złotą siatkę, nie zaś obręcz Zaraźnicy. Aż się skarcił w duchu za głupotę, bo przecież wojowniczka, która zastąpiła Koźlarzowi drogę przed grotą skalniaka, nie tuliłaby się teraz do pnia drzewa jak sponiewierane kocię i nie przyciskałaby rąk do uszu, aby stłumić odgłosy walki. A potem nie mógł dłużej rozmyślać, bo dwaj zbójcy ruszyli ku niemu, sprytnie zachodząc go z dwóch stron.

Mieli tylko długie noże i kiścienie, zwykłą chamską broń, ale nie zamierzał ich lekceważyć, zwłaszcza że jego konik, zgoła nienawykły do potyczek, stanął dęba. Chociaż Przemęka szybko go zdołał opanować, szarpał się i cofał, kiedy któryś z napastników przysuwał się bliżej. Na szczęście zbóje też się bali. Stary najemnik kątem oka spostrzegł, że czwarty z grasantów, ten, co pilnował zaprzęgu, puścił kobyłki i za plecami kompanów czmychnął chytrze w krzaki, niezawodnie chcąc w bezpiecznym schronieniu przeczekać na wynik starcia. A nie był on trudny do przewidzenia, bo Koźlarz rozprawił się już z ostatnim amatorem niewieścich wdzięków i ze zbroczonym Sorgo w ręku powolutku podjeżdżał ku pozostałym rabusiom.

Zbóje zerkali przez ramię na księcia, a ich desperacja rosła z każdym kolejnym krokiem mierzynka. Przemęka wiedział, że lada chwila ktoś przyskoczy ku niemu. Zapewne będzie celował kiścieniem w dół. Może spróbuje zdruzgotać kolano konia, licząc, że zranione zwierzę zrzuci jeźdźca i otworzy przed nimi drogę ucieczki.

Na razie jednak marnowali ce

Ostatni wytrzeszczonymi oczami gapił się na śmierć kompana, po czym runął w las. Przemęka z westchnieniem otarł miecz w połę. Ani myślał zapuszczać się za pobuntowaną hołotą w chaszcze i dać sobie poderżnąć gardło. Zeskoczył z konia i wbił solidny sztych w plecy powalonego zbója, aby się upewnić, że na dobre nieżyw i nie markuje tylko niemocy, po czym czujnie ruszył ku wozowi. Nie wypuszczał z ręki miecza, na wypadek gdyby na skraju polanki czaił się kolejny rzezimieszek. Nie znalazł go, ale kiedy z bliska przypatrzył się tobołom, zdało mu się, że jeden z nich, owinięty w burą, woskowaną materię i utknięty głęboko pod ławeczką woźnicy, drgnął nieznacznie. Bez namysłu nabrał sukna w rękę i szarpnął z całej siły, a wtedy materiał opadł nieco, odsłoniwszy czerwone od gniewu niewieście oblicze.

Dziewczyna pod dębem znów zaniosła się wrzaskiem tak przeraźliwym, że Przemęka cofnął się odruchowo. Pozbawiona oparcia kobiecina klapnęła tyłkiem na wózek, a woskowane sukno do reszty zsunęło się jej z ramion. Pod nim miała grubą, podróżną suknię z gładkiej brązowej wełny, zebraną na piersi pozłocistymi guzami i przewiązaną szerokim pasem, pośrodku którego stara

– Nie kpij, waszmość – skarciła go nieznajoma – bo tu nic do śmiechu. A i ty milcz, niecnoto! – krzyknęła do młodszej. – Na co poniewczasie gardło marnujesz?

Pa