Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 5 из 146

Prawdopodobnie tylko dla starej znajomości gospodarz wciąż cierpiał jego obecność. Póki trzeźwy, Krupa miarkował się jako tako i powściągał nienawiść do kapłanów i bogów, pijany wszakże zaczynał głośno ich przeklinać, wygłaszając coraz gorsze herezje. Dzisiaj widać powiodły mu się interesy w porcie, bo zdążył się już dobrze oszołomić.

– Po niebie oni wtedy chadzali gładko jak krowy po łące – mówił. – Gwiazdy rozpalili według porządku, aby ludziom świeciły, i słonko, by ich grzało. Dobry był czas, jadła dostatek wszelaki, ludzie z bogami pospołu żyli.

Na wpół zamroczeni rybacy przycichli nad poszczerbionym stołem. Z rzadka tylko jeden czy drugi potrząsnął głową. Gdyby noc była cieplejsza albo oni trzeźwiejsi, zapewne uciekliby co prędzej, aby wicher znad morza wywiał im z uszu bluźnierstwa Krupy. Dziś jednak chłód ich zobojętnił, a gorzałka otępiła, słuchali zatem bez zadziwienia, jakby rozprawiał nie o bogach, lecz o jakichś niezwykłych baśniowych rybach, których nigdy nie sięgną swoimi sieciami.

– Później wszakoż ci, którzy stworzyli świat, a było ich pięcioro, rozeszli się i oddalili od siebie – ciągnął Krupa – gdyż powstał wśród nich spór za sprawą tego, który spętany spoczywał w otchłani. W zapalczywości swej jęli bez miary tworzyć stwory poczwarne a silne, i nazywali je Dziećmi Gniewu. Najpotężniejsza z nich zaś była A

Rudowłosa dziewka wzdrygnęła się na kolanach Twardokęska. Zbójcę też trwoga zdjęła, ale i niechętny podziw dla Krupy, bo w Krainach Wewnętrznego Morza mało kto ważył się wspominać przeklęte imię A

– Podarowano jej skrzydła jasnopióre, by ją po niebie niosły, a także – na własną i i

Zbójca Twardokęsek przymknął oczy, owładnięty tą dziwną, bluźnierczą gawędą. W Górach Żmijowych też znano imię A

Tak właśnie witano wiosnę w Górach Żmijowych. Nie sądził jednakowoż, aby ktokolwiek, nawet Krupa, słyszał o tym zwyczaju, w którym więcej było prześmiewczej radości niż trwogi przed bogami. Zbójca zdążył już spostrzec, że ludzie na Tragance poważniej niż w Górach Żmijowych i z większym respektem traktowali sprawy bogów.

– Wtenczas bogowie spuścili z nieba deszcz ognia i siarki. Dzieci Gniewu rozbiegły się struchlałe, szukając schronienia w podziemnych grotach. Lecz szaleństwo i pycha A

Strach wielki tedy padł na Stworzycieli, gdyż wiedzieli, że w owym ostrzu drzemie ich zagłada.

– A bodajby suka sczezła! – mruknął ktoś twardo i nader bogobojnie.

– Szaleństwo A

Dlatego zatem, pomyślał nerwowo Twardokęsek, kapłani kazali oćwiczyć Krupę i wygnali go precz ze świątyni. Zaiste, zbezczelniał ponad miarę, skoro jawnie spotwarza bogów Krain Wewnętrznego Morza i oskarża ich, że stanęli po stronie A

Nic, trzeba się zbierać, pomyślał, wysupłując z sakiewki półgroszówkę. Kapłani nie puszczą podobnych bluźnierstw płazem, a licho nie śpi. Wiatr dziś od Pomortu wieje i nie wiedzieć, co on nam przynieść może. Kto teraz dojdzie, jak ze Stworzycielami było? Za to dobrze wiadomo, że ani z kapłanami zadzierać nie warto, ani z bogów sobie nieprzyjaciół czynić. Nie ma co, czas sobie i

Długo jeszcze miał potem wspominać, jakie sobie plany roztropne obmyślił. Tyle że nazbyt późno, bo najwyraźniej strażnicy świąty

I tak się zaczęły kłopoty Twardokęska.

Ocknął się w ciemności nierozświetlonej nawet kagankiem czy ogarkiem świecy, przemarznięty do szpiku kości. Poruszył się niemrawo i potrząsnął łbem, by rozegnać nieco otępienie. Gwałtowny ból przygiął go do ziemi, ale jednocześnie myśli rozjaśniły się nieco. Cuchnąca, zimna woda powoli omywała mu gołe łydki. Po omacku wybadał swoje więzienie – cztery kroki w każdą stronę, ograniczone solidną metalową kratą. I nic więcej. Żadnego towarzysza, żadnego znaku, co się z nim dalej stanie.

Jak się potem dowiedział, bluźnierców trzymano pod niższą świątynią, w żelaznych klatkach wpuszczonych w kanały ściekowe. Strażnicy ich nie torturowali, co to, to nie. Po prostu pozwalali im tkwić całymi dniami w kanale, rozmyślać i przyglądać się wielkim jaszczurom, od których roiło się w ściekowisku. Z gadami zaś było tak. Niegdyś pewien niefortu

Jaszczury tymczasem rozpleniły się tak bujnie, że w żaden sposób nie można się było ich pozbyć. Poczynały sobie coraz śmielej, wypełzały na brzegi kanałów, czaiły się u wodopojów w ogrodach bogini, porywały bawiące się w porcie dzieci. Coś należało uczynić. Świąty