Страница 49 из 146
Ojca zadźgali kosą na samym początku. Nawet nie bronił się za bardzo, przekonany, że bogowie karzą go za spłodzenie plugastwa. Matka długo darła się za stodołą. Co było z braciszkiem, wiedźma nie widziała. A kiedy z Miłki została kupa zwęglonych szmat, wieśniacy postanowili uczcić śmierć wiedźmy. Bo zabić przeklętnicę to jest wielkie święto. Zarżnęli owce, rozniecili ognisko pośrodku obejścia, wytoczyli baryłkę śliwowicy. Krowę też zaszlachtowali, chociaż była stara i żylasta, nie do jedzenia.
Tylko z wiedźmą mieli kłopot: była dziewicą, a śmierć dziewicy ściąga gniew Bad Bidmone. Ponieważ jednak w Szczerkotce mieszkali ludzie solidni i skrupulatni, postarali się, żeby już nie była dziewicą.
Kiedy się ocknęła w kręgu pijanych wieśniaków, drewno chaty przestało się żarzyć, jedynie smród spalenizny wisiał w powietrzu. Posiedziała sobie, pogapiła się na pogorzelisko. A potem zapomniała, bo rozum wiedźmy jest jak dziurawe rzeszoto, za lichy, by pamiętać. Uciekła z wioski i uciekała coraz dalej, a z każdym krokiem i z każdym dniem jej pamięć przecierała się jak stare płótno, gubiła nitkę za nitką, aż na koniec nie pozostało zupełnie nic. Nawet swoje imię zapomniała.
Dzisiaj zaś była potwornie zmęczona. O świcie dzieci zdybały ją w pobliżu obory na skraju osady i przez resztę dnia wymykała się bandzie wieśniaków przekonanych, że czarami osusza wymiona ich krów. Kiedy dwa lata temu pojawiła się w okolicy, panowała plamista gorączka i ci sami kmiecie błagali ją o ratunek. Jednakże teraz chcieli tylko, aby wyniosła się jak najszybciej i jak najdalej.
Zazwyczaj tak się działo i nie miała do nikogo żalu. Dawno temu, na samym początku, gdy nie rozumiała jeszcze zbyt dobrze, czym jest, lgnęła do ludzi. Jak i
Z wolna przywykła do swojej doli. Dalej łaziła po Górach Żmijowych, a gdy gościniec brzydł jej ze szczętem, osiadała gdzieś na krótko, póki wieśniacy nie wypędzili jej z kolejnej wioski.
Po Kurdzielu miała jeszcze kilku kochanków, zazwyczaj jednak szybko sprowadzała na nich nieszczęście. Ponadto była bezpłodna, gdyż taką karę nałożyli bogowie na początku świata na te, które ośmielały się parać nieprzystojnym wiedźmim rzemiosłem, i zbyt głupia, by utrzymać przy sobie mężczyznę za przyczyną magii.
O zmierzchu krzak zwykle pachniał najmocniej, dziś zaś księżyc stał w pełni i woń kwiatów rozleniwiała wiedźmę. Ziewnęła, przeciągnęła się, stara
Nagle kot wygiął się w pałąk i fuknął ostrzegawczo. Nie zdążyła jeszcze odwrócić głowy, gdy poczuła gwałtowne, niemal bolesne wezwanie. I nie było ono z rodzaju owych drobnych, codzie
Pospiesznie – gdyż nakaz stawał się coraz bardziej naglący – zgarnęła do worka oba dzbany, nóż z ułamanym trzonkiem, glinianą miskę, spódnicę z grubego płótna, koszulę, grzebień, zimowe pończochy i największy skarb, stary mosiężny imbryk. Potem wrzuciła kocię do kaptura i stara
Wezwanie bezusta
Po policzku spływała jej pojedyncza, zapomniana łza.
Twardokęsek jęczał. Ślina ściekała mu po brodzie, jak wiejskim głupkom, którzy zwykli przesiadywać we wnękach u wejścia do kościołów. Palce spazmatycznie darły ziemię, aż paznokcie połamały się i starły aż do krwi. Nie wiedział, ile czasu minęło ani gdzie się znajduje, choć w krótkich przebłyskach paniki czuł, że powinien natychmiast zerwać się i jak najszybciej uciekać z tego miejsca, przesyconego wonią krwi i przerażeniem. Mimo to nie mógł odwrócić wzroku od jadziołka, od jego czterech miodowych ślepi. Potwór pożerał mu duszę, krok po kroku prowadząc w głąb koszmaru.
Ścieżka była wąska i kamienista. Wiła się w dół pomiędzy wielkimi głazami. Jego rzecz szła z wysiłkiem, macając drogę kijem. Powoli wracał jej wzrok i czasami jadziołek widział drożynę jej oczami, zniekształconą i wykrzywioną pod dziwnym kątem. Kiedy w nią spoglądał, rzecz przystawała i ze stłumionym skowytem chwytała się za głowę. Wciąż próbowała walczyć. Chwytała ostre kamienie i ciskała nimi w jadziołka. Unikał ich bez trudu i skrzeczał tylko ostrzegawczo, ałe w istocie jej opór napełniał go zadowoleniem. Była silna i należała tylko do niego. Nie zamierzał zrobić jej krzywdy.
Jej sny wabiły go, krzyczały zachęcająco, wzbudzając w nim pragnienie silniejsze nawet od żądzy krwi. Na razie jednak musiał się powstrzymać. Nie chciał zadać jej więcej bólu, niż mogła znieść. Jeszcze nie teraz. Z czasem jednak wyłuska majaki z jej umysłu, przywoła jeden po drugim. Będzie się nimi karmił, rósł w siłę, potężniał. A ona wraz Z nim.
Skały ścieśniały się wokół, a ich krawędzie niemal stykały się ponad ścieżką. Musiał zniżyć lot, bardzo ostrożnie, bo na skrzydłach nabrzmiewały mu kropelki oleistego jadu i któraś mogła przypadkowo skapnąć na jego rzecz. Potem nagłe znaleźli się na otwartej przestrzeni, a z przeciwnej strony, pokrzykując i wygrażając, zmierzała ku nim gromada dwunogich rzeczy. Jego rzecz – odgadł już, że jest samicą – odpowiedziała im coś urywanym z bólu głosem, wzbudziwszy tylko jeszcze większą wściekłość tamtych. Jedno z obcych, pokaźny samiec, wysforowało się naprzód. Trzymało przed sobą dwie zakrzywione, połyskliwe rzeczy.
Jadziołek spostrzegł, że jego rzecz zawahała się i zwolniła kroku, a jej niepewność tylko bardziej ośmieliła tamtego. Nie uciekała jednak i nie przestawała krzyczeć. Zapewne próbowała ostrzec pozostałe rzeczy przed jadziołkiem. Nie miało to oczywiście żadnego znaczenia.
Przycupnął na skale u ujścia ścieżki, na razie jego rzecz nie oddaliła się zbytnio i w każdej chwili mógł jej dosięgnąć bez trudu. Sądził, Że niebawem zechce go zaatakować razem z resztą. Wtedy przekona się, jak beznadziejna jest wałka ze stworzeniem nieskończenie potężniejszym od niej.