Страница 41 из 146
ROZDZIAŁ 8
Deszcz zaczął siąpić, kiedy tylko zeszli z Przełęczy Skalniaka, i derka, którą nakryto księcia, wnet doszczętnie przemokła. Księżyc się skrył, ścieżka też przepadła i Przemęka nie rozpoznawał już okolicy. Po jakimś czasie natrafili na dno żlebu, może wyschłej rzeczki, bo kamienie były obłe i wygładzone falami. Potykając się raz po raz, brnęli w dół. Głowa księcia bezwładnie podskakiwała na noszach, ale kiedy siwowłosy najemnik pochylał się nad ra
Szedł więc uparcie i we ćmie zwidywała mu się i
– Dosyć! – Kostropatka zatoczył się. Nosze zahaczyły o krzewinę i zachybotały się niebezpiecznie. – Starczy, dalej iść nie Iza! Noc ciemna, choć oko wykol. Kto wie, co za licho tutaj w wykrotach przyczajone? Jeno krecim się po próżnicy, jak pies za chwostem.
Przemęka z wysiłkiem otrząsnął się ze wspomnienia. Powoli, z ogromną delikatnością, dziwnie nieprzystającą do jego postury, odłożył nosze. Kapłan odetchnął z ulgą, a wtedy najemnik przyskoczył do niego, wczepił się rękami w kaftan na piersi. I nieomal krzyknął z przestrachu, kiedy pod kapturem zamajaczyło mu zupełnie i
– Będziesz lazł! – powiedział chrapliwie. – Będziesz lazł, ile trzeba, choćbyś miał zdechnąć! Bo on tu nie sczeźnie! Bo się nie godzi… – zająknął się, gdy usłyszał w swoim głosie echo słów wypowiedzianych dawno temu i przez i
=… w kohorcie boga! – Rudobrody wojownik potoczył szeroko roztruchanem. – Powiadam, w kohorcie Org Ondrelssena człowiecze dziecko jeździło!
Ucztowali w dolnej izbie dworzyszcza, obszernej i ciemnej, gdyż w ścianach pozostawiono jedynie wąskie, zazwyczaj zakryte okie
– Prawdę gada – przytaknął władyka. – Zeszłego miesiąca, jak mi popod samym dworem przelecieli, tom się przypatrzył. Szarszun na plecach wielgachny nosi, jako oni wszyscy, tyle że sam ledwo na dwa łokcie od ziemi odrosły. Prosto smarkacz!
– Ano! – podjął wojownik. – Już drugi rok go u nas oglądają. Nie wiedzieć, skąd pomiędzy widmami ludzkie szczenię.
– Może on z owych dawnych wodzów, co w kurhanach śpią? – Żona Czerwieńca, bardzo młoda niewiasta o długich, jasnych warkoczach, przyłożyła dłonie do zarumienionych z przejęcia policzków. – A nuż prawdziwie poczęły się wypełniać przepowiednie. Toż były znaki… wiek jeszcze nie przeszedł, jak zniknęli żmijowie.
– Tfu, nie gadajcie, pani. – Wojownik wzdrygnął się. – Strach słuchać!
– Z początku odejść miało, co wieczyste – ciągnęła. – Potem wrócić, co umarłe…
– Mnie się widzi raczej – przerwał władyka – że to pomiot boginki. Sorelki, co popod lodowymi górami żyje, albo wichrowej sevri. Bo mnie się on za bardzo na człowiecze nasienie nie patrzy.
– Choćby bóg szczeniaka w palcach ze szczerego lodu utoczył, nam i tak za jedno. – Ktoś zaśmiał się w dole stołu. – Ale prędzej go Białobrody z którąś z naszych dziewek utaczał!
Odziani w wilcze opończe wojownicy zarechotali zgodnie, gdyż na północy nie lękano się nieśmiertelnych, a ludzie żyli po sąsiedzku z wszelakim nieczłowieczym drobiazgiem. Nawet sam Org Ondrelssen od Lodu, czy też, jak go pospolicie zwano, Białobrody, często zaglądał do siedzib śmiertelników i wszyscy radzi go witali, bo pan był hojny, skło
– A na koniec… – mówiła uparcie gospodyni. – Na koniec świat cały sczeźnie, rozpęknie się w płomieniach…
– Dosyć! – uciął z rozbawieniem Czerwieniec. – Miodu każ nam jeszcze z piwniczki przynieść, a my doglądać będziem, żeby nic nie sczezło ani się nie rozpękło.
O świcie srodze przepity władyka odjechał. Wkrótce też zapomniano o wyrostku, co przemierzał północ w kohorcie Org Ondrelssena od Lodu. I jeśli już ktoś o dziecku napomykał, to o i
Nastała zima. Żona Czerwieńca napakowała na sanie mnogość dobra, słoniny, solonych ryb, mąki, i jak przystało żonie władcy zaczęła objeżdżać co biedniejszych sąsiadów. Cztery dni minęły, nim przyniesiono wieść, co ją spotkało. Czerwieniec ani się dopytywał, czy ktoś mu żonę z oparzeliska wyciągał. Jak stał pod wrotami, tak się na pięcie odwrócił i przez kolejne trzy dni nikt go nie oglądał.
Rankiem czwartego dnia zszedł do wielkiej izby. Kopniakiem odpędził psy i kazał szykować biesiadę. A później, kiedy się już gościom dobrze ze łbów kurzyło, rozdał dobytek – wszystko prócz topora – okręcił się baranicą i ruszył z cytadeli ku morzu. Dziwili się ludzie, że tak zwykłej niewiasty żałuje; na północy wszak powiadano, że jedna sroka z krza, dziesięć srok na krze. Ale powiadano też, że gdy się mąż na coś zaprze, grzech go zatrzymywać, choćby sam sobie łeb rozbić zamierzył. Nikt więc Czerwieńcowi na drodze nie stawał.
Nocką mróz uczynił się okrutny, a wicher aż dech zatykał. We ćmie Czerwieniec niewiele widział, nadto spił się straszliwie i trafem jedynie znalazł w końcu brzeg. Wyszedł na Bramę, jak nazywano dwie połączone skały, wysoko na urwisko. Stanął w samym środku, pomiędzy ciemnymi głazami. Górą wichura wyła potępieńczo, a Czerwieniec wsparł się twardo na stylisku topora – bo też ziemia kołysała się pod nim bardziej niż pokład okrętu – i wrzasnął w mrok nad zamarzniętym oceanem:
– Zabrałeś ich, Białobrody, zatem i mnie sobie zabieraj, kurwi synu!
Ale choć złorzeczył ze wszystkich sił, żaden piorun nie strzelił. Tylko ochrypł z daremnych zachodów. Wreszcie, rozebrany gorzałką, zwalił się pyskiem prosto w śnieg.
I