Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 26 из 146

– Ano właśnie Tarnawca – przytaknął kapłan. – Muszę zapamiętać jego imię. Bo widzisz, synku, kiedy ów Tarnawiec skarb na własne oczy ujrzał, taka nim łapczywość owładnęła, że bez nijakiego ostrzeżenia za nóż złapał i dri deonemowi gardło poderżnął.

– Co też powiadacie?! – zakrzyknął żywo chłopak i byłby się ze stołka poderwał, gdyby go więzy w miejscu nie przytrzymały. – Tarnawiec nigdy by…

– A jednak. – Mierosz smętnie pokiwał głową. – Sześciu to ludzi widziało i pod przysięgą zeznają, że dziewkę kozikiem zarzezał.

– Przecież odpłynęła! – rozdarł się na całe gardło Seradela, który powoli zaczynał wątpić, który z nich postradał zmysły, on czy też kapłan.

– Któż tak mówi? – zdziwił się zwierzchnik świątyni. – Sam trupa oglądałem, bardzo gracko sprawiony. A teraz zacny Tarnawiec u bogini popasa, jak zwyczaj nakazuje. Jutro się ludziom pokaże, w obręczy na głowie, a jakże. Mieczem robić nie umie, więc szybko go ktoś utrupi, ale to rzecz zwyczajna. Naród się wręcz ucieszy z tej szybkiej dri deonemów odmiany, bo zawsze to jakaś wyżerka i wino darmowe w ogrodach. Nim marny miesiąc przejdzie, wszyscy zapomną o rudowłosej dziewce. Bo nigdy jej tu nie było. I nigdy nie odpłynęła w obręczy bogini na głowie. Czy teraz rozumiesz, chłopcze?

– To zwykłe kłamstwo – rzekł z jakimś bezbrzeżnym zdumieniem Seradela, który wreszcie dostrzegł prawdziwy sens tego, co mu się przytrafiło. – Zwykłe kłamstwo.

– Nie, synku – odparł Mierosz. – To polityka.

ROZDZIAŁ 5

Szyper błyskawicznie zhardział, gdy tylko statek odbił od nabrzeża. Teraz, kiedy zelżało niebezpieczeństwo, że kapłani wydrą mu ukochaną krypę, bynajmniej nie zamierzał udawać, że jest szczęśliwy z powodu dodatkowych pasażerów.

– Bydlę do ładowni – burknął, popatrując beznamiętnie na skrzydłonia. – I wy też, pa

Podpokładzie okazało się równie prymitywne, jak cały statek. Szarka ułożyła się na skąpej wiązce słomy, okręciła płaszczem i zaraz usnęła, widać zmęczona przeprawą z zakonem Fei Flisyon albo i wcześniejszymi harcami w grocie bogini. Zbójca ostrożnie przysiadł obok i przyglądał się jej bacznie. Z początku myślał o listach zastawnych, które postanowił zrabować, ale wkrótce o nich zapomniał. Kiedy tak bezwstydnie leżała obok, z głową na szyi skrzydłonia i długimi, szczupłymi palcami wplecionymi w jego czarną grzywę – jej włosy przybrały barwę rdzy, ale pamiętał, że podczas wędrówki przez miasto połyskiwały niczym ciemne złoto – pragnął jedynie jak najszybciej rozsznurować jej kubrak i rozsunąć szeroko uda.

Przejechał palcami po gładkiej, ciepłej skórze na karku dziewczyny. Nie otwierając oczu, odepchnęła go i se

– Twardokęsek, następnym razem złamię ci rękę. Obudź mnie, kiedy i

Wymamrotał coś pod nosem, po czym usadowił się jak najdalej od niej, sole

Pomysł wydał mu się ze wszech miar godny wprowadzenia w życie. Na razie jednak przycupnął cichutko w kącie, aby się nad nim jeszcze raz zastanowić. Tak chciał rzecz całą marynarzom przedstawić, aby lwia część dobytku jemu się dostała. A nade wszystko pragnął skrzydłonia, błękitnej bestii, aby go odtąd unosiła bezpiecznie ponad wszelkie mury i zamki.

Ale nie wytrzymał długo pod pokładem, oj, nie. I to wcale nie za przyczyną Szarki. Ku uciesze załogi zawisł na burcie i rzygał bez końca. Podobno pomaga, jeśli człowiek napije się słonej wody. Twardokęskowi nie pomogło.

Co gorsza, był świadom, że wszystkie jego plany rychło spełzną na niczym. Dziewczyna wnet się obudzi, a kiedy przypasze miecze, rybakom minie chętka, aby się na nią rzucić. Zresztą sam stał się teraz łatwiejszą zdobyczą i tkwiąc u burty, wyczuwał na plecach taksujące spojrzenia. Już same tylko paradne buty z żółtej świńskiej skóry, które mu kapłani oddali na pożegnanie wraz z resztą przyodziewku, nęciły oczy. I zląkł się, czy przypadkiem nie skończy w morzu jeszcze przed Szarką, ale nie miał dość siły, aby się tym martwić.

Czas mijał mu wśród jednostajnego kołysania i równie jednostajnych szarpnięć w żołądku, aż osłabł tak dalece, że nieomal chciał, aby go ktoś zdzielił bosakiem w łeb i skrócił tę męczarnię. Dopiero dobiegające z rufy wrzaski odrobinę go ocuciły. Rybacy wciągali na pokład małą łódkę, a kilku ludzi – ani chybi tych, co ich Szarka tropiła na Tragance – wdrapywało się właśnie po sznurowej drabince.

Nowo przybyli nie wyglądali na przemytników, choć wsiedli na statek na pełnym morzu, co jest starym sposobem na kontrabandę. W słabym świetle czerwonej nocy Twardokęsek dostrzegł, że oblicze jednego z nich znaczyły potworne blizny po usuniętym tatuażu. Zbójca widywał podobne u zbiegłych z Żalników kapłanów Bad Bidmone od Jabłoni i od pierwszego spojrzenia poczuł do niego dojmującą niechęć. Jak wszyscy w Górach Żmijowych, Twardokęsek szczerze nie cierpiał zakonu żalnickiej bogini.

Kapłan rozdarł się przeraźliwie, ledwo postawił stopę na pokładzie. Miał krótkie, krzywe i żałośnie chude nogi, wystające spod przykusej karwatki brzuszysko i z trudem jedynie utrzymywał równowagę na rozchybotanym statku. Ale gardło go nie zawodziło. A dźwięk niósł się po wodzie donośnie, tak że Twardokęsek nie zdziwiłby się, gdyby dał się słyszeć na nabrzeżu Traganki. Słów zbójca nie potrafił zrozumieć, bo z wielkiego wzburzenia glos kapłanowi się łamał i przechodził w piskliwy skowyt.

Drugi z przybyszów był nieco starszy od zbójcy. Włos, zebrany północnym zwyczajem w dwa długie warkocze, mocno już mu przetkała siwizna. Nosił owalną, jednolicie ciemną tarczę i przyzwoity, długi miecz w pozbawionej ozdób skórzanej pochwie. Ot, pomyślał Twardokęsek, jeden z najemników, jacy ostatnimi czasy pałętają się po Krainach Wewnętrznego Morza. Usiłował on uspokoić kapłana, co okazało się zajęciem mozolnym i beznadziejnym. Wreszcie zniecierpliwiony złapał go za ramiona i dźwignął na stopę. Kapłan wierzgnął ze dwa razy, nabrał powietrza chrapliwie i zamilkł. Zbójca posłał najemnikowi pełne uznania spojrzenie: choć niemłody, miał krzepę, że pozazdrościć.

– Dlaczego wrzeszczysz, Kostropatka? – spytał cierpko stary.

W tej samej chwili na pokład wdrapał się trzeci człowiek. Wysoki, o płowych włosach, rozrośnięty w barach, w prostym kubraku, z ciężkim, oburęcznym mieczem na plecach. Jego twarz wydała się Twardokęskowi znajoma, nie potrafił jednak przypomnieć sobie, gdzie ją wcześniej widział.

– Bo to popatrz, Przemęka – syknął kapłan – szyper, ścierwo, oszukał nas i wziął jeszcze jakoweś szumowiny. Dziewkę spławić trzeba – wyciągnął oskarżycielsko palec – nim się jaka bieda trafi.

Twardokęsek podążył za nim wzrokiem. Szarka stała na dziobie, zbójca nie dostrzegł nawet, kiedy wyszła z ładowni. Płaszcz zsunął się z jej ramion, odsłaniając długie, rozpuszczone włosy. Czerwona, południowa noc barwiła je ogniem, połyskiwała na obręczy dri deonema, zmieniała czerń sukna w głęboki fiolet. I kiedy tak stała, patrzyła na jasnowłosego najemnika i czekała, Twardokęsek zrozumiał, z jakiego powodu przyszło mu opuścić mury Traganki. Dzika kotka, pomyślał, dzika kotka w rui. Niech jej kto na drodze stanie, a rozerwie na strzępy.