Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 18 из 146

Zdziwiło go, że wciąż tu stoi, jakby wrosła w ziemię. Miała znużoną, bladą twarz, z wielkimi, zielonymi oczyma. Zbyt wielkimi. Jeszcze jedna odurzona przyprawnym napojem dziwka, pomyślał. Wiele ich widział w porcie, niewolnic kupionych od frejbiterów na targach pod Hałuńską Górą. Otumanione, wiotkie dziewki o źrenicach wielkich od bellado

Przyszło mu na myśl i

Nie umiał powiedzieć, jak długo wędrował z Przemęką i Kostropatką przez ten ogród, który z każdym krokiem wydawał mu się coraz mniej rzeczywisty. Pił jałowcówkę, nalewaną z ogromnych stągwi przez kapłanów w białych szatach. Odpowiadał na uśmiechy niewiast we wzorzystych sukniach i z odsłoniętymi włosami, bo wiele z nich ścigało wzrokiem jasnowłosego cudzoziemca. Wymykał się dłoniom, które usiłowały go pociągnąć w mrok. Kątem oka obserwował podpitych mieszczan, złodziejaszków i zabijaków, którzy ściągnęli tu z portu w poszukiwaniu okazji do bitki. Ale jego myśli uparcie uciekały na północ i nie potrafił ich zatrzymać.

Podmuch wiatru targnął migdałowcami. Białe płatki zawirowały w powietrzu, przesłaniając nieznajomą, a kiedy rozproszyły się nieco, znienacka zobaczył w jej twarzy zgoła i

Dziwki i jałowcówka, pomyślał, przyciągając dziewczynę bliżej, tyle dobrego na tych przeklętych wyspach. Trunku miał na dzisiaj dosyć. Zerwał z szyi gładko spleciony srebrny łańcuszek. Zielony kamyk błysnął z wyrzutem, kiedy wciskał go ladacznicy w garść. Jej palce były lekkie, najlżejsze, a powieki mocno zaciśnięte, i czuł, że wspólne pożądanie zaniesie ich w całkiem i

Jadziołek z cienkim wrzaskiem zanurkował z ciemności ponad drzewami prosto ku jego oczom.

Odskoczył, o włos unikając ostrego dzioba. Odepchnięta Szarka zatoczyła się gwałtownie, niemal upadła na trawę.

Oprzytomniał w jednej chwili.

– Ty dziwko! – powiedział bez złości, zadziwiony nieco własną lekkomyślnością, bo przecież widział już kilku nieboraków, zaszlachtowanych w krzakach za przyczyną niepohamowanej żądzy. – Ty podstępna dziwko!

Z góry znów dobiegł wściekły gwizd. Uniósł głowę i ze sztyletem w dłoni wypatrywał kolejnego uderzenia. Lecz gdy złe znów pojawiło się w kręgu światła, dziewczyna wydała gniewny, nakazujący trel. Jadziołek zawahał się. Krople jadu lśniły oleiście, gdy zakreślił łuk wokół fonta

– Nie poznajesz mnie? Naprawdę nie poznajesz? – spytała ze zdumieniem. – Jak mogłeś zapomnieć?

– Pamiętałbym. – Uśmiechnął się krzywo.

Postąpił kilka kroków w tył, wciąż wyglądając ptaszyska, i zahaczył butem o porzuconą w trawie obręcz dri deonema. Resztki jałowcówki wywietrzały mu z głowy. Kiedy pierwszy raz przybył na Tragankę, jeszcze jako przerażony wyrostek, któremu w oczach wciąż stały płonące dachy Czerwienieckich Grodów, Przemęka zabrał go w świąteczny dzień na plac przed świątynią i pokazał mu pieczystego osiłka. Koźlarz dobrze zapamiętał wąską opaskę na głowie wybrańca bogini, który zabijał dla niej za dnia, a w nocy pokładał się z nią gdzieś w trzewiach Białogóry. Nie wygasła też odraza, jaką poczuł wtedy dla rzezimieszka, co po trupie poprzednika wspiął się do łoża bogini. Ale po nim wnet nastał kolejny dri deonem. I następny. I jeszcze jeden. Fea Flisyon była nienasycona.

Jednakże jej oblubieńcami zawsze zostawali mężczyźni. Aż do dzisiejszego dnia.

– Chyba jednak powinienem pamiętać – przyznał. – Dzisiejsza walka? Nie, nie ruszaj się – ostrzegł. – Stój tam, gdzie jesteś. – Powoli cofał się ku ścieżce, skąd dobiegały rozbawione krzyki, gdy nagle tknęła go i

– Mylisz się.

– Nie w tym. – Potrząsnął głową. – Nie w sprawach Zird Zekruna. Tak samo jak nie sposób pomylić z czymkolwiek znak, który nosisz na czole, i stworzenie, które cię prowadzi.

– Nie słyszałam o Zird Zekrunie – zaprotestowała.

– O nim każdy słyszał. Nie, nic nie mów. Daj mi odejść. Nic więcej.

Patrzyła, jak się oddala, bez pośpiechu, czujnie, i nie próbowała go zatrzymać. Choć wciąż miał na twarzy nieznaczny, rozbawiony grymas, znała go wystarczająco dobrze – a przynajmniej wierzyła, że tak jest – by nie próbować.

Skoro zniknął pomiędzy drzewami, z rozmachem uderzyła pięścią w jadeitową krawędź sadzawki.

– Plugastwo – słowa nie były potrzebne, ale przywykła przywoływać je głosem – wytłumacz mi. Zrób to naprawdę szybko.

Z góry, spoza wierzchołków świerków i migdałowców napłynęła fala złości i przestrachu. Jadziołek pozwalał się unosić prądowi ciepłego powietrza ku portowej dzielnicy i w głębi jego małego, plugawego umysłu Szarka nie znalazła żadnej odpowiedzi.

ROZDZIAŁ 4

Trudno ukrywać, Seradela spił się niby wieprz. Brnął przez krzaki na oślep, we łbie mu się mąciło, a kontur ścieżki rozmywał się nieusta

Jako bezwąsy wyrostek opuścił rodzi

Jednakże po tym ostatnim wyczynie drabi srodze zawzięli się na Seradelę. Dybali na niego, następowali na pięty, aż Wilcze Jary stały mu się przyciasne. Chcąc nie chcąc, ruszył na południe. Imał się różnych zajęć, czasami przymierał głodem, aż wreszcie mało co pozostało w nim z owego zepsutego szlacheckiego pacholęcia, które wierzyło, że bezczelnością i śmiechem zawojuje cały świat. Kiedy dotarł na południowy skraj Gór Żmijowych, usłyszał na jarmarku o wielkiej akademii naTragance. Zafrapowany, jął się rozpytywać wśród przygodnych towarzyszy o to obce mu miasto, gdzie żacy podlegają jedynie samej bogini, wolni od wszelkich podatków, kar i obowiązków.

Im bliżej zawędrował Kanału Sandalyi, tym częściej spotykał szkolarzy, gdyż ci w letnich wyprawach zapuszczali się głęboko na ląd. Z początku patrzyli na niego nieufnie, jako że nie nawykli dopuszczać obcych do komitywy. Ale z czasem Seradela zdobył w nich godnych kompanów, skło