Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 15 из 146

Szarka przełknęła ślinę. Odgadła już, skąd biorą się opowieści o podziemnym pałacu i cudownych ogrodach bogini, gdzie kwitną kwiaty z czystego złota, a pszczoły są uczynione z bursztynu i hebanu. Fea Flisyon nie potrzebowała niczego, prócz tych drobnych strzałek, połyskujących teraz w jej dłoni. Ci wszyscy nieszczęśnicy, którzy nie potrafili zawczasu wyczuć natury kryształowych szypów Morowej Pa

– Grozisz mi? – spytała kobieta, choć teraz rozumiała w pełni, dlaczego kapłani tak bardzo pragnęli ją posłać na Białogórę. – Grozisz czy ostrzegasz?

– Zgadnij – zakpiła Fea Fliyson. – Zgadnij też, jak długo zdołasz się ukrywać, nawet jeśli pozwolę ci odejść wolno. Aż wibrujesz od mocy. Świecisz jak latarnia w mroku.

W górze, u krawędzi szczeliny, jadziołek poruszył się lekko i załopotał skrzydłami. Był drobny, niewiele większy od gołębia. We wnętrznościach czuł znajomy, palący głód, co nie wprawiało go w przyjazny nastrój. Ciemnooliwkowe, zakończone haczykami pióra uniosły się i nastroszyły. Na końcu każdego z nich połyskiwały drobne krople jadu jak zawsze, gdy ruszał na polowanie.

W dole drobna, jasna postać podawała coś jego rzeczy. Szpony jadziołka zazgrzytały o skałę, zakrzywiony dziób klekotał z rozdrażnienia. Nie powi

Ale potrafiła śnić i należała do niego. A jej sny były pełne ognia.

– Jesteś do niej bardzo podobna – rzekła Szarka. – Tak łatwo wziąć cię za Delajati.

– Jestem jej bękarcią siostrą, choć słabszą i bardziej trwożliwą. Nie chcę wszczynać wojny. Cokolwiek zamyśla Delajati, weź obręcz i idź na północ. I nie wracaj tutaj.

– A ty?

– Będę cicho i nie wyściubię nosapoza Tragankę, choćbyście pospołu obróciły resztę Krain Wewnętrznego Morza w perzynę – odparła drwiąco Fea Flisyon. – Ale pozostali ściągną do ciebie, jak muchy do lepu. Weź ją! – powtórzyła z naciskiem. – Moja moc jest poślednia i nie ochroni cię przed wszystkim, lecz przesłoni ślad Delajati. Przez jakiś czas. Potem jednak… – Rzuciła jej pod nogi obręcz. – Czy naprawdę musisz przysparzać sobie wrogów?

Dobrą chwilę patrzyły na siebie bez słowa, wreszcie Szarka pochyliła się i podniosła znak bogini. Chłodny metal parzył palce. Dziewczyna odwróciła się i ruszyła pomiędzy ciemnymi zwałami kamieni. Jadziołek też się poderwał i zataczał w ciemności szybkie koła.

– I tyle? – krzyknęła za nią z kpiną bogini. – Nie będziemy rozprawiać o zgubie świata? O czasie szafelinów i siekier, o krwi na darmo przelanej i ogniu za plecami?

Kiedy kobieta, która nosiła jej znak, wyszła z trzewi góry, Zaraźnica stanęła w smudze księżycowego światła, uniosła wąskie, ostre dłonie i rozpoczęła inwokację:

Witaj, jasna gwiazdo zmierzchu, zaklinam cię przez potężne imiona, poprzez dwunastu, którzy umarli od stali, poprzez dwunastu, których powieszono, poprzez dwunastu, których poćwiartowano, poprzez chleb i sól, poprzez dwanaście gwiazd, które są jedno, zaklinam cię, jasna gwiazdo zmierzchu…

Było to zaklęcie stosowne raczej w ustach wioskowej wiedźmy, nie bogini, ale ten, którego przywoływała, nie pojawiłby się na i

Krążyli bez celu po uliczkach niskiego miasta, ot, trzech zwyczajnych najemników – dwóch zapewne krewniaków, bo ich rysy zdradzały tę samą surowość, trzeci zaś, pobliźniony na gębie i schorowany od dawniejszych ran – którzy w poszukiwaniu nowego zarobku zbłądzili do jednego z najzasobniejszych miast świata, a teraz z szeroko otwartymi oczami podziwiają jego cuda. W każdym razie Przemęka miał nadzieję, że tak właśnie myślą o nich przechodnie spotykani w portowych zaułkach, robotnicy z deskami na ramionach, rybacy w spłowiałych koszulach, przesiąknięci wonią ryb, przekupnie z garncami flaków albo polewki, handlarze winem, bosonodzy mnisi, jałmużnicy o długich, skołtunionych brodach czy wreszcie niewolnicy, którzy z koszami na plecach wędrowali od straganu do straganu za swymi paniami. W tej ludzkiej ciżbie, przelewającej się nieusta

Kiedy gorąco zelżało, wszyscy trzej przysiedli w podcieniach gospody. Wiatr dmuchał od strony portowego targu, nawiewając ostrą woń ryb, a przy jedynym stole kilku robotników z nabrzeża spiesznie pochłaniało wieczorny posiłek. Pod karcącym wzrokiem oberżysty przesunęli się, by uczynić nowo przybyłym miejsce, ale pomrukiwali coś z wrogością. Przemęka uśmiechnął się pod wąsem. Dobrze znał to miasto. Jak ladacznica chętnie wyciągało dłoń po złoto i wdzięczyło się do przybyszów, lecz w istocie nie było im przychylne. Mało kto z obcych bądź i

Oberżysta przetarł ścierką blat przed nimi i nie mówiąc słowa, przyniósł trzy gliniane miski. Przemęka zamieszał łyżką wśród morskiego drobiazgu, kawałków ryby, kałamarnic, wodorostów, marchwi i pokruszonego chleba. Skosztował bez zapału, ale polewka okazała się zacna, mocno przyprawiona czosnkiem i cebulą. Jadł ostrożnie, obserwując otoczenie spod opuszczonych powiek. Koźlarz przysiadł na skraju stołu, z pozoru zaprzątnięty wyłącznie jedzeniem, ale lewą dłoń trzymał pod stołem na rękojeści długiego sztyletu. Sorgo, jego rodowy miecz, spoczywał bezpiecznie na ławie. Robotnicy portowi z początku zerkali na tę broń z respektem, bo nawet w porcie Traganki z rzadka oglądano tak wielkie, oburęczne ostrze. Wkrótce jednak odzyskali rezon. Szturchali się łokciami pod boki, pokazując wzajem na kapłana, gdyż Kostropatka z wyraźną niechęcią gmerał łyżką w zupie. Raz po raz odsuwał na brzeg miski jakieś morskie stworzonko, to znów wypluwał odłamki muszli czy twarde cząstki pancerzyka, przeklinając przy tym z cicha acz siarczyście.

– Patrzajcie go, jaki wydelikacony! – nie zdzierżył wreszcie najmłodszy z robotników. – Kole cię w zęby nasze jadło, koźlichwoście paskudny?

Przemęka zaśmiał się dobrodusznie i już otworzył usta, aby obrócić przymówkę w żart, lecz niestety kostropaty odezwał się pierwszy.

– Świniom ta strawa zdatniejsza alboli waszej bogini – wypalił. – Alem też się i

Siwowłosy najemnik aż zaniemówił ze zdumienia. Nawet kapłan przybyły z odległych Żałników nie mógł być nieświadom, że pomornikami obelżywie nazywano wyznawców Fei Flisyon, oskarżając ich, że w istocie czczą czarną śmierć i zarazę. Albo więc Kostropatka był głupcem co się zowie, albo wręcz przeciwnie – z rozmysłu parł do burdy. Robotnicy portowi porwali się bowiem jak jeden mąż z ławy i wnet wyszło na jaw, że każdy miał w przyodziewku utajony jakiś oręż, a to tasaczek o szerokim ostrzu, a to kord okazały czy zakrzywiony szpikulec na drewnianym trzonku.